sobota, 24 września 2011

Niedzielna przejażdżka rowerowa

Niedzielny wypad rowerowy.
W mojej rodzimej okolicy nie ma zbyt wiele ciekawych miejsc...

Przy porannej, niedzielnej kawie przeglądam mapy. Trzy opcje:
Jezioro na południu, jezioro na wschodzie, Bug na północy.

Podobne odległości. Z racji, że w kierunku południowym  przejechałem się wczorajszym popołudniem, nieco z kierunku wschodniego wróciłem, dzisiaj postanowiłem wybrać się nieco dalej.

Celem do osiągnięcia jest malownicze miasteczko Drohiczyn nad Bugiem. jakieś 4 godziny pedałowania z przerwami w jedną stronę. No to jazda!



Wraz z przekroczeniem słynącej ze śmiercionośnych wirów rzeki, zmiana województwa.





Przebieg licznika weekendowy - 78 km z sobotniego popołudnia spędzonego w lasach łukowskich z rezerwatem Jata w roli głównej (niestety bez aparatu).



Najciekawszym niewątpliwie miejscem w Drohiczynie jest Góra Zamkowa przy "zakręcie" Bugu o znaczeniu historycznym z II wojny. Wspaniałe widokowo miejsce przy zachodzie słońca - panorama odleglejsza niż w górach przez wszechotaczającą równinę:)







Mi się raczej pogoda nie klarowała, chmurzyska zapowiadały niezbyt wesoły powrót. Ale Góra Zamkowa odwiedzona:)

Na górze jakieś wykopaliska. Archeologiczne? Nie wiem...



... oraz niewielki monument upamiętniający wydarzenia lat 40-stych ubiegłego wieku.



No tak, przypałętało się chmurzysko i nie wygląda, żeby miało zamiar szybko odejść. Na szczęście przy rzece z góry widoczna knajpa.



Pamiątkowe zdjęcie ...



... i bez dłuższego namysłu zabieram się tam na obiad i piwo. Całkiem fajne miejsce - tuż przy wodzie (ciekawe, czy to czasami zalewa), o klimacie średniowiecznym. Deszczyk siąpi.



Kufe bardzo fajne:)







Tuż obok jakiś prom - nie wiem czy służy jako przeprawa wodna. Przydałby się - do mostu na drugą stronę prawie 20km.



Na dwa łyki przed dnem kufla rozchmurzyło się. Wykorzystując "okno pogodowe" oraz nabranie sił, zabieram się za jazdę do domu. Prognoza pogodowa na popołudnie w regionie bardzo deszczowa. Bez zastanowienia, prawie bez zatrzymania (tylko w kilku miejscach na zrobienie zdjęcia z okolic)





w dość dobrym tempie. Jak się okazało, dla mnie zbyt szybkim tempie - na kilkanaście kilometrów przed chałupką opadłem z sił i ostatnie kilometry w wymuszonym pedałowaniu, pod wiatr i...
... w deszczu).

Zabrakło może z 15 minut i bym dotarł do domu suchy.

A tak...



... choć nie powiem - sucha nitka na mnie jest:)

Mimo wszystko, weekend pod względem rowerowym uznaję za udany:



I to by było na tyle - nic specjalnego.
W mojej rodzimej okolicy nie ma zbyt wiele ciekawych miejsc...