środa, 1 kwietnia 2015

Śnieżne powitanie z Beskidem Sądeckim

TRASA:
Rytro -> Wietrzne Dziury -> Wielka Przehyba -> Schronisko PTTK Przehyba -> Złomisty Wierch -> Mała Radziejowa -> Wielka Radziejowa -> Przełęcz Żłobki -> Duniska -> Rytro


Zima w Beskidach ma w sobie coś urokliwego. Szczególnie po świeżym opadzie śniegu, kiedy to choiny uginają się pod śnieżnymi czapami, można stąpać po białej, niewydeptanej jeszcze ścieżce...

Tego weekendu śniegu było aż za dużo. Intensywne opady sprawiły, że nawet jazda autostradą do Brzeska była wyzwaniem. Toteż z mała obsuwą zjawiliśmy się z Rytrze.

Wyruszamy na szlak, na pierwsze spotkanie z Beskidem Sądeckim, a tu ciągle sypie i sypie...



Szlak oczywiście przykryty był dość porządną warstwą świeżego śniegu. Na szczęście mieliśmy ze sobą kogoś, kto lubuje się w przecieraniu ścieżek ;)



Po jakimś czasie okazało się, że jednak będziemy mieć widoki. Strasznie mnie to ucieszyło, bo myślałam, że podczas tej wycieczki będziemy wędrować raczej w chmurach. A tu proszę, nawet przestało sypać.



Tylko Radziejowa jakoś nie chciała się nam pokazać...



Śniegu było sporo, mniej więcej od połowy łydki, momentami do połowy uda. Nikt z nas nie miał rakiet. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jakie to dobrodziejstwo :P



W lesie schodziły na nas pyłówki ;)

Jakoś dłużyły mi się te śnieżne kilometry. Grań, do której planowaliśmy dotrzeć jakoś wyjątkowo wolno się przybliżała... Było chyba trochę mroźno, bo postanowiłam założyć na siebie wszystko, co miałam.

Powtarzaliśmy sobie, że pewnie po dojściu do grani ścieżka do schroniska będzie przetarta, że przecież na pewno ktoś tędy szedł... Hm, na pewno mieliśmy fajne miny, kiedy po dotarciu do rozejścia szlaków zamiast ścieżki ujrzeliśmy nietknięty, biały puch ;)





Schronisko Przehyba było jednak bliziutko. Trochę brodzenia w śniegu i oto wyłoniło się zza drzew.

Schronisko Przehyba

W schronisku spotkaliśmy tylko GOPRowców. No cóż, chyba wszystkich turystów wystarczająco odstraszył świeży śnieg w takiej ilości ;)

Zajadając całkiem smaczny żurek toczyliśmy ciężką debatę. Co z tą Radziejową? Może jednak wrócić po swoich śladach niebieskim szlakiem? A tymczasem wiatr na zewnątrz uderzał śniegiem o szyby. Brr ;)

W sumie podjęliśmy ostateczną decyzję, że wracamy. Dlatego też jakoś specjalnie nie spieszyliśmy się z wytaczaniem się ze schroniska.

Mówią, że to góra decyduje, czy chce cię wpuścić, czy nie. A więc, na rozstaju szlaków tak jakby Radziejowa puściła do nas oczko... Pierwszy raz dzisiaj padły na nas promienie słońca. Okazało się też, że GOPRowcy ze schroniska idą na skiturach na Radziejową. Hm, czyli można powiedzieć, że mamy chociaż częściowo przetarte.



To wystarczyło, żeby przekonać nas do dalszej wędrówki czerwonym szlakiem.



To była chyba najlepsza decyzja dnia dzisiejszego. Po kilkudziesięciu minutach chmury zaczęły ustępować miejsca błękitnemu niebu, a nam ukazał się chyba jeden z najpiękniejszych widoków zimą - świeżo ośnieżone Beskidy w promieniach słońca. Od razu jakoś śnieg przestał przeszkadzać... :)





Pokazała się też Radziejowa. Co prawda jeszcze kawałek przed nami, ale aura jakoś dodała sił :)

Radziejowa zimą
Radziejowa

Radziejowa - szlak

Radziejowa zimą

Radziejowa zimą

Po jakimś czasie zameldowaliśmy się na najwyższym szczycie Beskidu Sądeckiego. Spotkaliśmy tam GOPRowców, którym mogliśmy podziękować za przetarcie szlaku ;)

Radziejowa zimą

Jakimś sposobem wdrapaliśmy się na wieżę (chociaż nie należało to do przyjemnych rzeczy) i mogliśmy cieszyć się takimi właśnie widokami.

Radziejowa - widok zimą

Radziejowa - widok zimą
Pieniny



Trochę kiepsko niestety wyglądała sprawa z czasem. Toteż w miarę szybko ruszyliśmy nareszcie w dół. Po drodze spotkaliśmy pierwszą tego dnia grupkę turystów. Strasznie ucieszyli się na nasz wiok. Ciekawe dlaczego... ;)





I w końcu pojawił się widok, który cieszy najbardziej. Tatry!



Na Przełęczy Żłobki mieliśmy opuścić grań. Nie zdziwił nas oczywiście brak śladów. Wiedzieliśmy tylko, że czeka nas jeszcze dłuuuga droga zejściowa...

I niestety taka była. Jak na złość, śniegu było tu jakoś wyjątkowo dużo, przeważnie do kolan. Szliśmy drogą, która zdawała się nie kończyć. Kończył powoli się za to dzień. Zmęczenie zaczęło dawać się we znaki, po jakimś czasie drogę zaczął oświetlać nam księżyc. W zimowym, śnieżnym lesie było bajkowo. Nasze myśli krążyły jednak bardziej dookoła tego, ile jeszcze kilometrów pozostało nam do cywilizacji ;)

Nie pamiętam po jakim czasie doszliśmy do odśnieżonej drogi. Było już wtedy całkowicie ciemno. Jakiś czas później dotarliśmy w końcu do auta. Uff. To była porządna wycieczka ;)