sobota, 11 czerwca 2016

Na łonie natury

Standardowy wypad w podkrakowskie dolinki w weekendowy dzień, w którym nie planujemy dalszych wyjazdów, wygląda u nas nieco inaczej niż w poprzednich sezonach. Wcześniej zabieraliśmy w nie głównie linę ze sprzętem do wspinaczek. Nie jest to jednak aż tak ciekawe, jak się nam wcześniej wydawało, choć wspinaczka skałkowa nigdy nie była ulubionym celem. Teraz jadąc w dolinki zabieramy głównie sprzęt ogniskowy:-)
Ogniska lubiłem kiedyś, lubimy teraz, a pewnie z czasem zaczniemy je uwielbiać!
Miejscem do tego typu posiadówek stała się dla nas okolica Doliny Kobylańskiej - dla moich oczu najpiękniejsza w okolicy.


***

UWAGA:
W związku z paskudnymi kradzieżami paliwa z samochodów na parkingu przy Dolinie Kobylańskiej, prosimy zapoznać się z informacjami poniżej:

http://wspinanie.pl/2016/06/uwaga-kradzi...akowskich/

http://wspinanie.pl/forum/read.php?7,627611

https://www.facebook.com/asia.wolodzko/p...8417661102

http://brytan.com.pl/uwaga-na-kradzieze-...akowskich/

Proszę również zainteresowanych okolicznych wspinaczy, turystów, piknikowiczów o możliwe rozesłanie linków.


***

Poprzeglądanie interesujących, pomysłów do zrealizowania przy ognisku postanowiliśmy kilka wypróbować.
I tak na początek, tym razem jako rozpałka posłużyły nam wiórki zeskrobane nożem z suchego patyka. Podobno skutkuje w mokrej pogodzie, u nas było sucho, więc łatwo.



Ognisko w ostatnio znalezionym, bardzo przyjemnym, zacienionym miejscu.


Hemli udaje się w kryminalny świat naskrobany przez Jo Nesbø i pilnuje ognia, a ja szukam miejsca na piec ziemny.


Znaleźć w miarę czysty kawałek nachylonego gruntu, odgrzebać liście i do roboty.


Myślałem, że z kopaniem pójdzie łatwiej. Już wiem co mieli na myśli autorzy tekstów opisujących kopanie pieca pisząc o korzeniach.


Są bardzo upierdliwe i ciężko je usunąć z głębi szczeliny.


Łopatka ogrodnicza długo nie wytrzymała:)


Dalsze kopanie już rękami i łopatką bez rączki.
Zeszło się więcej niż się spodziewałem - głównie przez korzenie.



W końcu się jednak udało, nie do końca tak jak powinno, ale zadowolony i tak jestem:)


Hemli w tym czasie postanowiła wrzucić coś na ruszt - choć kiełbaskę, bo za chwilę jej działka w działaniu.


W końcu od dawna już potrafi sklecić z podstawowych składników różnorakie chleby. Tym razem wymyśliłem jej utrudnienie - ma to zrobić na ognisku:)


Szurum burum, parę zamieszań i ciasto gotowe.


Wyszukaliśmy kilka metod pieczenia, popróbujemy trzech.
Do upieczenia tzw. Robinsonki potrzebny nam kijek podobny do tego na kiełbaski, ale nie zaostrzany, jedynie oskrobany z kory.


Okleja się na nim ciasto i można piec. Też jak kiełbaskę:)


Hemli piecze chleb, a ja się biorę za grilla na piec ziemny w kształcie rakiety śnieżnej.


Do takich prac trzeba się orientować jakie gałązki do czego używać. Niektóre się dobrze układają, inne kompletnie nie pasują, o czym zdążyliśmy się już przekonać tydzień wcześniej budując grilla nad ognisko z Bartkiem i Izą:


Nie była to najtwardsza konstrukcja, ale karczek czy kiełbasy się pięknie piekły:)


Nasza Robinsonka powoli się dopieka, a w tym czasie grzeje się też jeden kamień do pieczenia na nim chleba.


Układamy jeden placek chlebowy na kamieniu, a drugi wrzucamy wprost do gorącego popiołu obok ognia.


Pieką się znacznie szybciej niż na patyku, a i nawet trochę puchną, jak to chleb powinien.


Ten z popiołu trochę straszy wyglądem:)


No i pora na kosztowanie, co też nam z tych wypieków wyszło.


No więc tak. Ten z patyka, Robinsonka, wydawał się nam najlepszym sposobem przygotowania, ale ani nie było to najprostsze, ani nie najlepszy efekt - taki jakby sama skórka chleba.
Placek pieczony na kamieniu ładnie urósł, zrobiło się coś na kształt bułeczki i był w porządku.


Największym zaskoczeniem był dla nas chlebek z popiołu - znany pod nazwą Ash Cake. Zrobić go było najłatwiej, ot po prostu walnąć płaski placek w popiół, urósł tak jak ten z kamienia, jedynie na zewnątrz miejscami się przypalił.


Podobno to normalne i wystarczy spalone miejsca zeskrobać nożem i można się zajadać.


No i po naszej próbie kulinarnej resztę ciasta na chlebki piekliśmy w popiołach:) Patyk odrzucamy, na kamieniu jeszcze pewnie będziemy próbować.


Pora jeszcze zrobić małą próbę upichcenia czegoś w piecu ziemnym - na dzisiaj nic specjalnego, kiełbasa i jeden chlebek. Tutaj celem było samo wykopanie i rozpalenie pieca więc kulinarnego przygotowania nie mamy.


Pali się doskonale, wylot komina wyższy niż wlot powietrza kieruje ciepło jak należy, ale wykopałem chyba nieco za głęboki dołek.


Ogromną zaletą w niektórych przypadkach jest kamuflaż takiego ognia - można wręcz przejść kilka metrów od ogniska i go nie zauważyć, co się zdarzyło pewnym ludziom koło nas przechodzącym:-)


Kiełbaska się zrobiła normalnie jak na grillu, ciasto chleba się klei do patyków i to raczej słaby sposób. Czas na dopiekanie skróciły nam standardowe już grzmoty niosące się ze wszystkich stron.
Niestety trzeba było przedwcześnie zwijać obóz i zbierać się do domu.


Powrót do domu był dobrym pomysłem, przy wejściu do samochodu zaczął walić solidny grad więc nie żałujemy.
A co wymyślimy następnym razem w dolinkach? A jeszcze nie wiadomo, ale potrzebny nam ogniskowy kociołek:)