niedziela, 24 lipca 2011

Klimczok popołudniową porą

Trasa:
Olszówka Górna->Szyndzielnia->Szyndzielnia->Klimczok->Szyndzielnia->Olszówka Górna


Zdarza się, że puszczają nas wcześniej z pracy. Zdarza się, że wtedy jest pogoda. I zdarza się, że jadąc powrotnym autobusem do domu wpada do głowy pomysł... ażeby pójść w góry.

Tak było w moim przypadku. W tempie ekspresowym wpadłam do domu, przebrałam się, ubrałam buty górskie, spakowałam parę rzeczy do plecaka i wsiadłam ponownie w autobus. Zaczął się więc dzień naginania czasoprzestrzeni.

Z racji, że ostatnio jestem w szale zbierania pieczątek, postanawiam odwiedzić schronisko na Dębowcu. Pomimo częstej obecności kebabów schronisko po pierwsze wygląda, a po drugie... podobno ma miejsca noclegowe!

Okazuje się, że pieczątkę też mają.

Do tego jest nawet termometr, który trochę mnie przeraża.




Dla zimnoluba to zdecydowanie za dużo. Trudno, wyciągam aparat i idę dalej. Na zegarku godzina 13.30.




Stamtąd się wyrwałam, o!

Tabliczki pokazują, że na Szyndzielnię wędrować będę dwie godziny. To oznaczałoby, że nigdzie dalej dziś nie zajdę. Ale zastanawiać nad tym będę się na szczycie.

Upał daje mi się we znaki. Do tego bezskutecznie mocuję się z moimi zapasami płynów - 0,5 litrowa buteleczka! W końcu napotkana para kolejkowiczów, którzy pytają się mnie jak daleko jeszcze pomaga mi otworzyć upragnioną wodę. Wtedy już wiem, że na dzisiejsze realia taka ilość to zdecydowanie za mało.

W niezbyt pięknym, ''sapiącym'' stylu dochodzę do rozwidlenia szlaków. Ten informuje mnie, że do celu jeszcze 1,5 h. Czyli póki co, wszystko się zgadza.




Drogę na Szyndzielnię znam dobrze. Nie potrafię jednak dobrze skojarzyć ją czasowo.




Po drodze mija mnie sympatyczny pan na rowerze, który pomimo wieku ma o wiele lepszą kondycję ode mnie. Wstyd! Muszę wyglądać nieco żałośnie, gdyż mija mnie z pytaniem ' Aż tak ciężko?'

W rezultacie walcząc z upałem, szukając cienia docieram na szczyt... W godzinę. Klapkowiczów jest mało, prawdziwy wysyp góra przeżywa w tygodniu.

Lecę do schroniska po wodę ( z pewnością najdroższą w tym miesiącu, ale w tej chwili jest mi wszystko jedno! ) i ledwo co opieram się przed zakupem beskidzkich panoramek. Moje są już trochę sfatygowane, a poza tym... nie najmłodsze. Obiecuję sobie wstąpić w tym tygodniu do Podróżnika i zakupić je bez schroniskowej marży.

Godzina 14.30. A więc co? Czas na Klimczok!

Wędruję już nie-pustym szlakiem, jest całkiem przyjemnie. W drodze rozmyślam i myślę, że pokusiłabym się o stwierdzenie, że szlak Szyndzielnia-Klimczok jest najpopularniejszym szlakiem w Beskidzie Śląskim. Ale i tak go lubię.

Przy rozwidleniu skręcam w prawo, na szczyt Klimczoka. Po drodze podnoszę małą, dziecinną czapeczkę, którą ku uciesze rodziców oddaję niedaleko przed szczytem.

A skoro dzisiaj wyżej już nie będzie, robię sobie dłuższy odpoczynek.








Wypoczęta, lecę po pieczątkę! Po drodze zajadam się lipcowymi smakołykami - borówkami!





iby mam już zawracać, ale kusi mnie jeszcze szczyt, z którego są ponoć piękne widoki - Magura. Podchodzę kawałek, ale wycofuję się - jakoś nie lubię samotnie przecierać nieznanych mi szlaków.

Przy powrocie na szlaku robi się luźniej. Długi czas idę sama. Przynajmniej mogę sobie podśpiewywać :)









Dochodzę z powrotem na Szyndzielnię. I co odnajduję? Tabliczkę szczytową! Niezbyt dumna, ale zawsze jest.




Cały czas w pamięci mam, jak te okolice wyglądają na jesień. Jest tu naprawdę malowniczo. Z chęcią i tej jesieni poświęcę jeden dzień, żeby się tu zjawić, ale tym razem za Szyndzielnią skręcę w prawo, na Błatnią :)



Zejście jest spokojne. Poza tym, że co chwilę coś szuszczy w krzakach.

Pomimo tego, że wypad był udany, jakoś nie przekonałam się do samotnego chodzenia po kopczykach. W towarzystwie zawsze raźniej. Pomijając fakt - na Szyndzielni/Klimczoku i tak nie da się czuć samotnie :P