czwartek, 28 marca 2013

Pożegnanie Zimy

TRASA:
Węgierska Górka -> Glinne -> Hala Radziechowska -> Magurka Radziechowska -> Magurka Wiślańska -> Przełęcz nad Roztocznym -> Barania Góra -> Poplaty -> Przełęcz Siodełko -> Węgierska Górka


Na pierwszym beskidzkim szlaku postawiłem stopę zaledwie kilkanaście miesięcy temu. Przyćmione groźnym, skalistym charakterem niezbyt odległych Tatr, pasma Beskidów wydają się turyście z dalekiego północnego-wschodu nie mieć zbyt wiele do zaoferowania. Owszem, nie naoglądamy się tam kilkusetmetrowych urwisk skalnych, nie przekroczymy 2000 m.n.p.m., nie towarzyszy spacerom beskidzkim również taka dawka emocji, jakich doświadczamy na niektórych szlakach tatrzańskich.

Beskidy mają również w stosunku do Tatr swoje zalety, swój urok, w konsekwencji którego moim ulubionym i najliczniej już przeze mnie odwiedzonym szczytem jest nie żaden tatrzański cypel, a Skrzyczne – jeszcze do niedawna nawet mi nieznany, najwyższy pagór Beskidu Śląskiego. Dzisiaj, w dwa dni po topieniu marzanny (do którego oczywiście nie doszło - wszystkie potoki lodem skute) postanowiliśmy wybrać się na Baranią Górę. Pogoda w stu procentach zimowa, ten początek wiosny wszyscy w kraju niewątpliwie zapamiętamy:)

Jeszcze wieczorem oboje ze skrzywionymi nosami stwierdzamy: eee, 4:30h na mapie na Baranią Górę, na pewno nie będziemy tyle szli. Bez większego pośpiechu, wbijamy rano w pociąg do Węgierskiej Górki.





Uwaga, uwaga - to pociąg osobowy. Z przedziałami! Czaicie?:D Było tak przyjemnie ciepło wewnątrz, że naszemu współpasażerowi się chyba przyspało. Wspominał coś o Żywcu...

I wysiadka! Węgierska Górka. Już na peronie można dostrzec szlaki. Obieramy zielony z zamiarem przejścia na czerwony jakąś drogą. Podobno tak będzie szybciej.
Zima ładna!







Przechodzimy przez mostek i jesteśmy już poza wioską. Teraz tylko, moja droga...
... gdzie jest ta cholerna droga? Na mapie taaaka wieeelka!
No tak, na mapie. Wystarczyło tylko po mapie wzdłuż tej drogi przejechać paluchem, żeby przeczytać: "Planowana Droga":)



Za bardzo się swoją "mądrością" nie przejęliśmy - śmigamy przez jakieś ostatnie przed lasami zabudowania. Gdzieś tam, niedaleko, przy tym pięknym drewnianym domku "a la schronisko" będzie nasz czerwony szlak. I szybciutko go znaleźliśmy:-)




Pogoda piękna, humory świetne, na szlaku pustki. Jakieś tylko przysypane ślady prowadzą nas sympatyczną leśną ścieżką lekka wznoszącą się do góry.






Gdzieniegdzie zatrzymujemy się na dłuższą chwilę, żeby podziwiać a to majaczącą pomiędzy konarami skałę, innym razem wyniosły chojar!
Bardzo lubię drzewa! :)

Na zejście mamy kilka opcji, wychodząc na szlak jeszcze nie wiemy, że nie obierzemy żadnej z nich, że nie będziemy wracać żadnym szlakiem. Tak się podobno nie powinno robić.



Beskidy dają coś, czego chyba nigdy nie dadzą Tatry. Możliwość swobodnego przespacerowania się każdą leśną ścieżką, na którą przyjdzie nam ochota. A lasy są gdzieniegdzie zacne. Nie wielu szczęściarzy ma taką możliwość w Tatrach. I mimo, że wspominając tę wycieczkę ujmuję nieco zalet Tatrom, żal wielki, że gęste chmurzyska nie pozwalają ich dostrzec. Gdzieś tam są:-)



A to - cios poniżej pasa. Ja tu sprawdzam nasze położenie, wysokość, odległości do pokonania, a w tym samym czasie jestem podstępnie fotografowany!
A ja taki nieuczesany:)
Ostatni raz poszedłem na taki szlak bez wcześniejszego strzyżenia. Za mało tu odludnie:)




Choć z drugiej strony na tyle odludnie, żeby do tej pory nikt przed nami tędy po ostatnich opadach nie dreptał.




I dobrze - pięknie zaśnieżone, nietknięte gałązki. Wiedzieliśmy, że weekend zapowiada się przepiękny!

Glinne

Mniej sielankowo zaczęło się robić, jak przerzedziły się drzewka - w okolicach Glinnego (1034m). Zaczęło przyzwoicie gwiździć, do tego na czarno wręcz się chmurzyć. I gdyby nie zgodne prognozy co do braku opadów, już byśmy się pewnie zastanawiali czy za chwilę nie zacznie sypać tak, że zaczniemy wyszukiwać nie czyichś, a własnych śladów do chałupy drogą wstecz.

Glinne

Dało to przy okazji bardzo ciekawe zjawiska świetlno-wietrzne. Moja mistrzyni aparatu bez względu na to co się dookoła dzieje zaczęła uwieczniać:)

Glinne

Glinne

Muszę przyznać, że poniekąd zlekceważyłem może nie tyle Baranią Górę i Beskidy, co na pewno aktualne warunki pogodowe. Nie zabrałem z domu zimowych butów, kijków oraz stuptutów. Już po połowie drogi w górę maszerowałem z mokrymi stopami, co przy nasypującym się cały czas śniegu do niskich butów, roztapiającym się i tworzącym warstwy lodu przy kostkach całkiem sprawnie unieprzyjemniło mi spacer. Później jeszcze, na wieżyczce Baraniej Góry ściągałem buciory, skarpety i rozgrzewałem zmarznięte palce u stóp.
Jak mawiał mój były współpracownik: „Nie uważałeś co robisz to rób co uważasz”.
Obiecuję mojej narzeczonej następnym razem odpowiednio się przyszykować.
I z całego serduszka dziękuję za stuptuty i kijek:)

Troszkę fotografii i dość szybkim krokiem ruszyliśmy w dół (Wojtuś nawet skoko - biegiem:), przez Halę Radziechowską w kierunku Magurki Radziechowskiej. Wiatr zaczął poważnie wkurzać. Wraz z kolejną linią drzew, powróciła radość.





Hala Radziechowska

Dla tego uśmiechu Panie i Panowie, pójdę tam zimą, w sandałach na kolanach.




W okolicach Magurki Radziechowskiej na polance pod drzewkami stoi taka mała chatka. Drzwi otwarte, wewnątrz jakieś stare materace, świeczki, zapalniczka. chyba bez słów się zgodziliśmy: dlaczegóż by nie przyjść tutaj na spędzenie sympatycznej, letniej nocy w górach? A rano, zrobię jajecznicę:)




Ruszyliśmy dalej, ze względu na niezbyt dobry czas, w jakim dotarliśmy na tą polanę. Po dotarciu do połączenia szlaków na Magurce Radziechowskiej dokonaliśmy dwóch niebywałych odkryć.
Pierwsze to ślady, do tego "idące" zgodnie z naszym kierunkiem - na Baranią Górę.
Drugie to lekko przysypana śniegiem czapka właściciela śladów - bo tylko jedne były. Siwa czapeczka z bąblem i napisem "HIP HOP". Nikogo nie widać, więc wzięliśmy czapkę i ruszyliśmy w drogę.
Może uda się dogonić jegomościa. Z całymi i zdrowymi uszami...

Szlak na Magurkę Radziechowską

Momentami zaczyna się przejaśniać.

Magurka Radziechowska

Widać nawet śliczne skałki:)

Szlak na Magurkę Wiślańską

Spędzamy przy nich chwilę, macamy tu i tam. Ah, kiedy będzie cieplej. Tak lubimy ciepłe skałki;-)
Robi się coraz błękitniej, ale chyba jeszcze mocniej wieje. Idziemy granią po śladach Zimnouchego w kierunku Magurki Wiślańskiej.
Po drodze mijamy kępkę połamanych wiatrem drzew. Pokazałbym wam zdjęcie, gdyby właśnie w tym miejscu nie zamarzł aparat. Tak więc przez jakieś pół godzinki wymagał intensywnej terapii rozgrzewającej pod polarem właścicielki.
Dobrze czasem być aparatem, jeszcze nigdy nie zazdrościłem Canonowi:)




Na Magurce Wiślańskiej skręt w lewo - plecami do wiatru. uff, o niebo lepiej.
Niestety, nasz bezczapkowy przewodnik skręcił w drugą stronę. Nici z oddania HIP-HOP-czapki:(

Gdy dokucza mróz Ci ziom, na uszach marznie skórka,
HIP-HOP-czapkę dzierży Twoją Wiślańska Magurka.
Zrób to dla swojego ciała, zrób dla swojej duszy,
Idź na Wiślańską Magurkę, ochroń czapką uszy.


Na Babią Górę

Po rozejściu szlaków w kierunku Baraniej Góry zaś nie mieliśmy ani pół znaku ludzkiego buta. Tylko piękny, dziewiczy puszko-śnieżek.




Niewątpliwie najprzyjemniejsza część dnia. Cisza, nietknięty buciorami śnieg, pięknie obsypane gałązki drzew, wszędzie połysk promieni słońca, nieco przewijających się chmur, i całkiem ciepło. Raj dla oczu.


Podejście na Baranią Górę


Podejście na Baranią Górę

Podejście na Baranią Górę

Dopiero pod szczytem pojawiły się ślady prowadzące w różnych, bliżej nie określonych kierunkach.


Podejście na Baranią Górę

Podejście na Baranią Górę

Jeszcze tylko ta zaspa...
... i szczyt:)

Wieża widokowa na Baraniej Górze

Widok z wieży na Baraniej Górze

Widok z wieży.



I widok zwierzy:)
Kilka fotografii ze szczytu, chwila odsapki i zmykamy na dół upatrzoną wcześniej ścieżynką. I żadnym tam szlakiem:)


Widok z wieży na Baraniej Górze


Widok z wieży na Baraniej Górze

Jak się okazało, rzeczywiście nie szliśmy 4:30h na Baranią Górę. Nieprzetarty szlak, niezbyt głęboki, ale jednak utrudniający marsz śnieg, do tego silny momentami wiatr sprawiły, że dojście na szczyt od początku szlaku zajęło nam ponad 5 godzin! Tyle czasu szliśmy rok temu na Świnicę, nieco wcześniej w podobnym tempie z Siwej Polany na Wołowiec i absolutnie nie uważam, że tamte wycieczki były bardziej wyczerpujące. Barania Góra dała nam w dupę. Ale już schodzimy.




Jeszcze w drodze na szczyt znaleźliśmy inną drogę zejścia i oboje przystaliśmy, że własnie tamtędy pójdziemy. Wprost w dolinę (nienazwaną?) po śladach – na pewno ich właściciel wiedział dokąd zmierza. I było to chyba najkrótsze możliwe zejście.







Wprost w niezbyt gęsty, bukowy las.







Doszliśmy do jakiejś dolinnej dróżki. Dookoła świeży, nietknięty śnieżek. Może poza śladami, którymi się kierujemy.







Do dolinki zeszliśmy względnie szybko, dalej drogą do pierwszych zabudowań i krzyżówki szlaków mamy kilka kilometrów dreptania po równym.







Mijamy leśniczówkę przy rozstaju dróg, i chwilę później skręcamy na rowerowy szlak - skrót do naszego, zielonego szlaku do Węgierskiej Górki.




Niby nie dużo już nam zostało, ale jest jeszcze trochę podejścia na Przełęcz Siodełko - w przybliżeniu około 200 m. Niby mało, ale głód i ciągłe dreptanie w śniegu wyczerpało nas wystarczająco, żebym zatrzymywał się przy tym podejściu co kilka kroków, i równie często sypał epitetami:)


Przełęcz Siodełko

Docieramy jednak na przełęcz, a później już tylko w dół. Choć nadal nie mało - około godziny schodzenia do stacji kolei w Węgierskiej Górce. I zaś bez śladów:)







Dla porównania - w tę asfaltówkę skręciliśmy rano. Wtedy była całkowicie pod śniegiem.




Jeszcze tylko zdjęcie z rodzaju: "Wojtuś na końcu świata":)


Oto nasza pierwsza "wiosenna" wycieczka:) Co prawda wiosny w niej wiele nie było (no może tylko miłe, wyjątkowo ciepłe słoneczko). Po raz kolejny zobaczyliśmy za to fajny kawał Beskidu Śląskiego :)

I na koniec nieco strymacki... ;)




A o tym, gdzie nas poniosło kolejnego dnia... W następnej relacji :)