niedziela, 23 czerwca 2013

Gorący podkrakowski weekend

Data:
20-22.06.2013

Rejon:
Zakrzówek, Dolina Kobylańska

Drogi: 
Zakrzówek: 
 - Na Dzień Dobry (V+),
Dolina Kobylańska:
 - Skałka Przydrożna I:  depresją (V),
 - Żabi Koń: Trawers Żabiego Konia (III+) - do pierwszego stanowiska,
 - Żabi Koń: Jarzębinka (V-),
 - Mnich: Novemberfest (IV),
 - Mnich: Plemnik (V+),


Upał. Jakże często towarzyszy naszym wspinaczkom! A już największy zapowiada się w ten weekend, na przełomie wiosny i lata. Z racji, że ma być to nasz wolny weekend, na pewno nie będziemy go spędzać w dusznym blokowisku. Czwartkowym wieczorem postanawiamy po raz pierwszy udać się z liną na Zakrzówek. Niby wieczór, ale powietrze nie zachęca do działań. Już w drodze z parkingu pod ściankę stwierdzamy, że nie będzie łatwo - ciapią nas paskudnie komary:-/





Szczerze mówiąc, dopiero po powrocie do domu zorientowaliśmy się na którą ściankę i na jaką drogę poszliśmy:-) Nawet przewleczenie liny i założenie uprzęży nie było łatwe. Przez gryzące paskudy:-/
Moja królewna znalazła częściowo na nie sposób - kosztem moich pleców osłoniła nóżki:-)



Plecy jak plecy. Ale Hemli nóżki są cenne:P



Jeszcze trochę walki z liną przy akompaniamencie wszędobylskiego bzyczenia...

I w górę.







Tak się składa, że to była jedna, jedyna próba tego dnia. Szybko się zniechęciliśmy. Jeżeli się nie mylimy, była to droga "Na dzień dobry". Wedle wynalezionego w sieci TOPO, wycena drogi to V+. Za przeproszeniem, trudnościami ta droga nie przekraczała Kobylańskich czwórek. Pytanie, czy tu jest przesadzona trudność czy tam są niedocenione? A może tam są na tyle wyślizgane? Nie wiem. Wracamy do domu, wpadniemy tu innym razem.





Następnego dnia skwar był jeszcze gorszy. Wracając do domu długo się nie namyślałem. Zajadamy pyszny obiad przygotowany przez śliczną narzeczoną, pakujemy do karocy sprzęt wspinaczkowy, biwakowy i spadamy na weekend z betonu na trawę.

Zajechaliśmy do Kobylan, autko zostawiliśmy nieopodal knajpki Sen o Dolinie, po właściwej stronie drogi (zaznaczam!). Jak się okazało, zrobiliśmy świetnie nie pchając się dalej w teren objęty zakazem wjazdu - rano następnego dnia zawitali do dolinki mundurowi z informacją o uroczystym wręczeniu mandatów za złamanie zakazu wjazdu. Przestrzegamy czytelników:-)

W dolinie natomiast niespodzianka. Zastaliśmy tam grupkę dziwnie odzianych ludzi, wśród których kobiety nosiły wianki na głowach. Dookoła przygotowanego paleniska ustawione kilka namiotów, jakaś dziwna flaga rodem z Władcy Pierścieni i zwierzęce czaszki na wbitych w ziemię gałęziach. Jeden z uczestników przedsięwzięcia wyjaśnił, że dzisiejszej nocy będzie w dolinie zabawa - Noc Kupały. Natomiast zabawnicy są poganami:-) Przestrzegają, że się raczej w dolinie nie wyśpimy. To bardzo w porządku, tak sądzę, że nam o tym mówią:-) Zapraszają również do zabawy oznajmiając, że każda panna powinna mieć wianek na głowie. Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że dziewczyny powinny uważać podczas wchodzenia w gęstsze zarośla. Niektórzy Panowie bowiem całkiem poważnie traktują tradycję. Włączył mi się oczywiście instynkt samczy. Ani myślę, uczestniczyć w tej zabawie. Dziękujemy za informacje, rozstawiamy namiot i idziemy w kierunu wylotu z dolinki na Skałkę Przydrożną. Mamy tam upatrzoną drogę.



Wchodzimy w końcu na oglądaną kilkukrotnie skałę podczas spacerów z i do doliny. Komary żrą nie gorzej niż w Zakrzówku. Hemli kupiła jakiś odpędzacz w areozolu - skończył się tego samego wieczoru:P Ze skały w pamięć mi zapadł ostatni chwyt tuż przed stanowiskiem. Dla uwolnienia choć na chwilę jednej ręki, z braku innego pomysłu postanowiłem "złapać" wystający kawałek skały brodą. Co ciekawe, idąc w tym samym miejscu drugi raz postąpiłem identycznie i za każdym razem rozwiązywało to mój problem:-)

Pojawia się w końcu zapowiadana na dziś burza, na którą czekaliśmy cały dzień. Oczywiście akurat teraz, kiedy mamy w perspektywie noc pod namiotem! Objawia się pod postacią grzmotów słyszanych gdzieś w oddali... Może jeszcze nas ominie:-)


Przydrożna Skałka miała być fajna, ale jest strasznie wyślizgana. Jak większość dróg w Kobylańskiej, niestety:-) Robię jedną średnio-przyjemną drogę. Z której później Katarzyna się ześlizguje :P Korzystamy z okazji i idziemy się zaopatrzyć w okolicznym sklepie, a potem postanawiamy powspinać się trochę na starym, sprawdzonym Żabim Koniu:-)



Z poganami :P



Kula.

Burza nie nadchodzi. Wspinamy się do zmroku na łatwym, czwórkowym pierwszym wyciągu. Tylko do pierwszego stanowiska. Postanowiłem jeszcze spróbować jakiejś drogi na wystającym i pięknie kuszącym filarku. Okazał się dla mnie zbyt trudny, ale do połowy zaczepiłem ekspresy i trzeba je było jakoś zdjąć. Wracam więc na czwórkową drogę z liną przeciągniętą przez ekspresy na filarku, co strasznie utrudniło wspinanie, do tego już zmrok sprawił, że przestało być łatwo i przyjemnie. Postanowiłem wiec podchodząc coraz wyżej wpinać się do ringa, schodzić niżej i wypinać poprzedni ekspres. Trochę to ułatwiało, ale w ciemności nie było fajnie i lekko. Najgorsze, że chcąc dojść do stanowiska, z którego miałem zjechać na filarek i zabrać ekspresy, musiałem wypiąć się całkowicie z asekuracji i przetrawersować (o czym Hemli się właśnie teraz razem z Tobą, czytelniku, dowiaduje:-). Nie był to trudny teren, ale było ciemno i się ździebko bałem. Jestem tu, piszę, żyję:-)


Po wspinaczce niezbyt chce nam się schodził w dół, do pogan - otwieramy więc po piwku i postanawiamy oglądać obrzędy z bezpiecznej odległości i wysokości:)



Poganie rozpalają swój święty ogień, wypowiadają jakieś zapewne ważne słowa, które niezbyt dobrze słyszymy... I skaczą przez ogień. Potem wyruszają zdobyć Żabiego Konia, wypowiadając przed tym: bądź dla nas łaskawa, góro! Zapewne była, bo chwilę później widzimy, jak nieopodal nas lądują zrzucone z góry pety :P

Mimo zabawy, która trwa w najlepsze dość późną porą postanawiamy się położyć. W akompaniamencie słowiańskiego folk-metalu udaje nam się zasnąć. O 1:30 dość gwałtownie budzi nas... warkot piły mechanicznej! Dość nieprzyjemna pobudka. Jeszcze bardziej nieprzyjemne skojarzenia z jej użytkownikiem.

Panowie i Panie, obrzęd obrzędem, nawet był ciekawy i nam się podobał. Ale czy dla takiego obrzędu musicie wkraczać z piłą do tak pięknego miejsca jakim są podkrakowskie doliny, ciąć (nie swoje!!!) drzewo, mniemam, że żywe i chwilę temu rosnące, i palić?? A w naszej pierwszej rozmowie ktoś z waszej grupy udzielał nam paru wskazówek rodem ze szkoły przetrwania. Naszym zdaniem to bardzo nie w porządku.

Słychać coraz bardziej podpite głosy. Zasypiamy ponownie, z nadzieją, że dzisiejszej nocy już nic nas nie obudzi.

I faktycznie, tak jest. Budzimy się rano. Miała być wspinaczka od 6.00, a wytoczamy się z namiotu dopiero po 7.00. Poranek jest rześki, poganie znużeni Nocą Kupały śpią. W dolinie cisza, słychać tylko dwójkę wspinaczy działających na Szarej Płycie. Rozsądnie - za 2 godziny będzie tam prażyło bezlitosne słońce :)





Dzień zaczynamy od Żabiego Konia... A raczej śniadania :) Po śniadanku rozpoczynamy ponownie Trawersem Żabiego Konia (IV), gdzie w połowie zakładamy stanowisko i bawimy się w opuszczanie.




Następnie przechodzimy na Jarzębinkę (V-). Całkiem przyjemna droga. Zaczynają się zbierać ludzie, poganie się budzą, pojawiają się nawet kursanci. Słońce dość konkretnie przygrzewa.







Są i chwile dyndania:-)



Postanawiamy się przemieścić. Znajdujemy całkiem przyjemną turnię z "serduszkiem" - Mnich.
Trochę przedzierania się w krzaczorach i jesteśmy pod nią. Cisza, spokój. Znajdujemy jedną przyjemną drogę, którą prowadzę, a potem na wędce pokonuje Hemli. Korzystamy z zawieszonej liny i jeszcze trochę się wspinamy. Trochę niefortunnie wybieram drogę - rozpoczynam drogą Kantem (VI.4) i ze sporym wysiłkiem przemieszczam się na Kominkiem (V-). Uff, lepiej:-)













Słońce coraz bardziej przygrzewa. Bawimy się jeszcze trochę w zjazdy, zakładanie stanowisk i postanawiamy wracać do domu. Pogoda zgodnie z prognozami się psuje.



Ach, te wygodne buciki...;-)







Ten skałkowy wypad zaliczamy do zdecydowanie udanych i pozytywnych :-)

I na koniec zasłyszała przez nas piosenka o Nocy Kupały:P