sobota, 22 czerwca 2013

Hemli-zahradka I

Na łamach tego bloga nie pisałam jeszcze nic więcej o moim balkonowo-domowym ogródku oprócz tego, że... jest :) Dostałam jednak zlecenie od Narzeczonego, że coś takiego ma tutaj być. No i nie mogę się nie słuchać, więc piszę :)

Zacznijmy od początku. Jeszcze rok temu regularnie podczas wakacji zasuszałam kwiatki mamy, zapominając w ogóle, że istnieją. Co mnie więc zachęciło do pochylania się nad roślinkami? Otóż zamiłowanie do ostrości :)

Zawsze podobały mi się domowe krzaczki, na których wisiał jakiś tam owoc, czy tam warzywko, np. cytryna, małe pomidorki koktajlowe i... papryczki chili :) Zapragnęłam więc mieć jedną. Poszłam do sklepu ogrodniczego, porwałam pierwsze lepsze nasionka i zasiałam. To był październik :) Nie wiedziałam wtedy jednak nic o hodowli takich roślinek w domu.

Po miesiącu, kiedy chciałam ze smutkiem wyrzucić doniczkę z zasianymi nasionkami, ukazał się mały kiełek. A jednak! :) I od tego czasu papryczkomania dopadła mnie na dobre.
2 miesiące później miałam już 4 swoje papryczki, aktualnie w domu mam 6 takich krzaczków (oczywiście inne odmiany). Papryczki wraz z rośnięciem regularnie fotografowałam, więc pewnego dnia, jak się zbiorę, to umieszczę tutaj zestawienie zdjęć, jak rosły :) Z perspektywy czasu fajnie się na to patrzy.

Chciałam jednak zaznaczyć, że w tej dziedzinie jestem całkowitym fuksiarzem - sieję jak mi się podoba, nie patrzę na terminy, tylko czasami na stanowisko, itepe. Część mi wychodzi, część nie :)

W tym poście chciałam jednak zająć się stanem obecnym moich zielonych podopiecznych. Zacznę więc od papryczek, czyli ogrodu praktycznie w całości domowego.



Na początek, najstarsza, największa, papryczka chili. Nadal nie wiem jaka to odmiana, bowiem nie raczyła jeszcze zaowocować. Ostatnio została przesadzona do większej doniczki, mam nadzieję, że tym ją zachęcę do "papryczkowania" :) Jako jedyna z papryczek jest na balkonie - ze względów praktycznych :P



Piri-piri. Mam dwa takie krzaczki i ich uprawa idzie mi najładniej - na większym krzaczu mam już około 15 owocków :) Mniejszy też ma ich parę, czeka jednak na przesadzenie do większej donicy, bo obecna myślę, blokuje jego możliwości :)
Nasionka zdobyłam przez internet, a dopiero potem dowiedziałam się, że trzeba z takim kupowaniem uważać :) Mi jednak się udało :)







Zawiązujące się owoce.




I kolejna papryczka, habanero white. Wojciech się śmieje, ze to habanero yellow, ale ja się nie daję przekonać i wierzę w moją papryczkę :) Jak widac, jest trochę łysa, bo ostatnimi czasy... strzeliła focha. Kiedy pewnego dnia przyjechałam do domu, zastałam ją z połową liści leżących na parapecie :) Tak właśnie moja habanero reaguje na zbyt wysokie temperatury. Po prostu się buntuje :) Zrobiła mi to już drugi raz. Na szczęście owocki nie odpadły i dojrzewają dość szybko.










Habanero ma jednak mały areszt domowy i siedzi w przedpokoju :) Mniemam, że jest tam najchłodniej. Jak tylko skończą się upały - wraca na parapet.




Brazilian Chili. Najmniejsza z moich papryczek - ma już taką naturę :) Za późno ją przesadziłam z kubeczka po jogurcie, bo po prostu myślałam, że ma jeszcze czas, żeby dorosnąć... A ona już korzonkami oplotła każde wolne miejsce, jak się potem okazało :)
Nasionka Brazilian Chili dostałam od Basi ze Słonecznego Balkonu. W tym miejscu jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję :)



I na koniec papryczka, jedyna rodowita krakowianka - Habanero Red. Wyrosła u Wojtka i właściwie to jego papryczka - ja tylko sprawują nad nią mały nadzór :)

I tyle o papryczkach. W moich parapetowych zbiorach można jeszcze znaleźć dwa zioła, a mianowicie:




Oregano. Dość długo mi "dziadowało", ale po przeprowadzce chyba zaczęło nowe życie - tak pięknie rośnie! Póki co jakoś nie mam serca je podżerać :>




I... bazylia. Pewnego dnia zamarzyła mi się świeża bazylia, obeszłam wszystkie czechowickie ogrodnicze i ani pół ziarenka... Poszłam na targ i przypadkowo natknęłam się na śliczną bazylię za 2 zł :) Kupiłam ją z miesiąc temu, od tego czasu nieźle się rozrosła. Co prawda wolę uzyskiwać roślinki z nasionek... Ale, odstępstwa od reguły zawsze są :) Żadne moje ziółko nie pachnie tak jak ona.

Czas teraz na część balkonową. Czyli to, co ostatnimi dniami praży się w słońcu ;)








Mój najnowszy "nabytek" - Lubczyk. Po wysadzeniu przez mamę większości lubczyku do gruntu, ja postanowiłam sobie wziąć ten :) Biedak przetrwał ze mną 3-godzinną podróż w pociągu do Krakowa. Mam nadzieję, że teraz, po przesadzeniu odżyje :)




I z roślinek niestandardowych - truskawka pendulka :) Prezent od mamy, cieszy oko i podniebienie. Zauważyłam ostatnio, że zwiesza się już do sąsiadów z dołu - chyba będzie trzeba pewnego dnia zapukać i spytać, czy nie przeszkadza :)








A poza tym... rukola, czy tam rokietta siewna. Strasznie szybko kiełkuje, toteż postanowiłam jeszcze trochę jej dosiać - część kiełków nie przeżyła pewnej ulewnej burzy :) Ale szybko nadrabia zaległości.




Cząber. Totalny spontan, nasionka kupione u Kapiasa z czystej ciekawości - póki co rośnie i pachnie ładnie :) Jak widać, ostatnie upały bardzo mu służą.




To też niespodzianka :) Wojtusiowi pachnie lekarstwem, a ja... Chcę go skosztować :)




Kolejny spontan. Nie mam pojęcia jak, co i do czego używać :)




To podobno taka jakaś inna odmiana, którą byłabym może i w stanie przełknąć :) Zasiana dla Wojtka, zwolennika pietruszki. Chyba nie będę mu podjadać ;)




Trochę rzadki ten szczypiorek. Ale rośnie :P




Szpinak :) Nie mam pojęcia, kiedy go zbierać :)



Koperek. Jedna z moich ładniejszych roślinek :)




I rzodkiewka. Ale się rozrosła! Póki co nie ma niestety żadnych przejawów tego, że będzie można ją pochrupać :) Pożyjemy, zobaczymy. Póki co robi za ozdobę, jest bowiem najbujniejsza z moich ziołowo-balkonowych upraw :)


I to na tyle :) Na chwilę obecną jestem na etapie poszukiwania nasionek mięty i rozmarynu, ale ostatnio jakoś nie po drodze mi do sklepów ogrodniczych :) Znając życie pewnie nie skończy się na tylko tych dwóch roślinkach. Miejsca na balkonie wystarczy :)