poniedziałek, 26 maja 2014

Nieco utrudniona wspinaczka

Data:
26-27.04.2014

Rejon:
Ostańce Jerzmanowickie
Dolina Kobylańska

Drogi - Ostańce Jerzmanowickie:

Psiklatka:
- Superburek (V)
- Psi Instynkt (V+)
- Psubrat (V)

Drogi - Dolina Kobylańska:

Żabi Koń:
 - Direttisima (VI)
 - Jarzębinka (V-)

Mnich Kobylański:
 - Novemberfest (IV)
 - Warianty do plemnika (V+)

Kula:
 - Goło i wesoło (IV)
 - Second life (IV+) - początek w Zadumie (V+)



W górach czasem deszcz się zdarza. Jak już się zdecydujemy, trudno, fatyga przyjechania w Tatry sprawia, że i kiepska pogoda mniej przeszkadza. A w skałkach? A w skałkach jest tak, że (mając je oczywiście pod nosem) nie ma mowy o wyruszeniu z liną!

Ani na spacer.

Oczywiście jeżeli mieszka się niedaleko dolinek, np. w Krakowie. I może jeszcze długo bym nie wiedział jak się zmienia skała, gdy bez ustanku nasiąka deszczem.



Na ten weekend przyjechali do nas Iza z Bartkiem. A blisko absolutnie nie mają.



Anna Czerwińska napisała w "Górfance", że trud, jaki "łojanci lat 70-tych" wkładali w dotarcie w Tatry sprawiał, że żadna pogoda nie była ich w stanie powstrzymać od wspinaczki.
Może dlatego byli na prawdę wielcy?

Bez względu na pogodę, wyciągnęliśmy linę pod znaną już nam i bardzo lubianą Psiklatką.



Deszcz siąpi bez ustanku. Różnica pomiędzy Superburkiem suchym, a Superburkiem mokrym jest znaczna. Nie było sensu wręcz się porywać na drogi o trudnościach dla nas granicznych.

Ale Superburek dał się pokonać. Bartek mógłby włazić do góry bez ustanku. Deszczu tak, jakby dla niego nie było...
Cóż począć?:)



Na podjęcie walki z Superburkiem dała się namówić Hemli, ale śliskość skał sprawiała, że trzeba się było praktycznie na rękach trzymać - buty zjeżdżały ze wszystkiego i Hemli zrezygnowała:-)



Iza wolała rozpocząć przygodę ze skałkami jak będzie bardziej sucho.
Nie dziwię się, w takich warunkach można by było tylko złego nastawienia nabrać do skał.

Jest mokro, zimno i średnio przyjemnie. A Bartek na kolejnej drodze:-)



Tym razem nieco trudniejszy Psi Instynkt.





I drugie prowadzenie w życiu na cieknącym wodą Psubracie.



Niezły początek - pierwsza wspinaczka w styczniu, druga w deszczu, fajnie:)



Idę i ja - na wędkę, z zamiarem poasekurowania z góry. Mało takich rzeczy robimy.





Droga ta jakoś nie stwarza większych trudności. Wydaje się, że nie na aż V, może poza jednym miejscem.







Wbrew pozorom, atmosfera na górze jest lepsza niż na dole - wiatr wieje i nieco tą skałę osusza - przynajmniej przed złapaniem skały nie trzeba wygarniać wody z chwytów.



Z góry zjeżdżamy.



Z racji, że plany jeszcze dzisiaj mamy na zwiedzenie Ojcowskiego Parku Narodowego, robimy zdjęcie pamiątkowe i uciekamy na dół.



Ciekawa lekcja. Dobra na wielowyciągową drogę, gdy w połowie nas deszcz zastanie.
Wspinaczkę zakańczamy dość szybko, dzisiaj w planie jeszcze wycieczka ładnym parkiem, o której opowiemy innym razem.

Tak się jednak składa, że po spacerze postanowiliśmy jeszcze zaczepić o pizzerię "Sen o Dolinie" u wylotu Kobylańskiej. A z racji, że się całkiem ładnie wypogodziło i powolutku dookoła schnie, postanawiamy zanocować w namiocie.

Spodziewaliśmy się jakichś biwakowiczów, a tu pustka - tylko nasz będzie namiot. I dobrze:-) Bawimy się jeszcze na dobranoc w rozpalanie ogniska i smażenie kiełbasek. Miły wieczór, na tyle się wypogodziło, że jeszcze trochę łazimy po skalnych dróżkach przy świetle latarek - niezapomniane wejście free solo po ciemaku na Mnicha Kobylańskiego. A w cale nie jest tak łatwo:)

Następnego dnia też się na niego wspinaliśmy, ale już z liną.



Poprowadził Bartek drogę wycenioną na IV.



Później do działania wkroczyły dziewczyny - najpierw poszła Kasia...



 ... asekurowana przez Izę.



A później zamiana.





Łatwiejszy początek, później ściana nieco stromieje.



Szczęście, jest tutaj dość mocno urzeźbiona i nie ma większych problemów ze znalezieniem pewnego chwytu.



Końcowe metry i Iza też ma już pierwszą drogę za sobą.
Trudne się jeszcze okazało pierwsze zaufanie linie i uprzęży, że szczęśliwie da się na tym dojechać do ziemi, ale nie było i z tym większych kłopotów:-)
I jak Iza, nie jest takie trudne to IV, nie?:)

Na pożegnanie Mnicha Bartek zmierzył się jeszcze z jego najważniejszą ścianą kombinacją kilku dróg.



Minimalne trudności V, choć początek jakiś bardzo trudny:-)



Przenosimy się teraz na Kulę. Pakujemy namiot, nadal jedyny na polance.



W drodze na Kulę przypomina mi się dzisiejszy poranek. Dość zimny - szybko wykorzystując żary wczorajszego ognia rozpalamy ognisko z Bartkiem, coś jemy, pijemy - schodzi się na tym prawie godzina - i około 6 rano uderzamy na Żabiego Konia. Zdjęć nie ma, a szkoda.
Pamiętasz Bartek? W dole jedynie namiot z drzemiącymi jeszcze dziewczynami, ognisko, a u nas lina, 30 metrów ściany i niesamowity jazgot ptaków! Życzę sobie więcej takich świtów.

A tymczasem na Kuli również Bartek rozpoczyna - łatwa droga, ale przyjemna i długa "Goło i wesoło".



... średnio asekurowany:)



I już zakładanie stanowiska.





Wybieranie liny i zaraz Wojtuś idzie do góry, a Bartek asekuruje z góry.



Tak jakoś wyszło, że popróbowaliśmy paru różnych rzeczy w tych wspinaczkach. Warto trochę ze sprzętem pomanipulować - strasznie to bywa długotrwałe i dobrze jest się obyć.



I opuszczanie na dół. Bartek na przykład dokładnie poznał co to znaczy niewygodnie się "rozsiąść" na stanowisku i jak to wszystkie czynności utrudnia:-) A dziewczyny tym czasem robią zdjęcia z góry - ale już nie długo, zaraz same łapią za linę i skały.

Startuje Iza asekurowana przez Bartka.



Droga ta jest łatwa, ale za to długa i sporo metrów pod nogami jak na Kobylańskie skałki.



Pewnie to powód tak wielkiej radości Izy:-)



Ostatnie metry...



wyjście na półeczkę...



i stanowisko osiągnięte z szerokim uśmiechem:-)



Teraz tylko zjazd. W dalszym ciągu nie jest to ulubiony moment Izy we wspinaczce.
Nie martw się Iza, jeszcze kilka dróg i przestaniesz się dyndaniem na linie przejmować:-)



Kolej na Hemli, czekam na robienie zdjęć z góry.



Po krótkiej walce z pająkami Hemli dość szybko wychodzi do góry.





Wyjście na półeczkę i już stanowisko.





Na łatwiej wspinaczce zostały wypróbowane nowe buty - nie-wspinaczkowe, podejściowe. Dla nas - turystyczne. Spisały się na III+ bez najmniejszych zarzutów:-)



No więc jazda w dół.
Na zakończenie wspinaczkowego weekendu jeszcze Bartek prowadzi sobie drogę "Second life" z urozmaiceniami na drogach sąsiednich.





Nikomu jednak nie chce się już za nim jej powtarzać:)
Ostatnim akcentem w ściance jest jeszcze moje nieudolne stękanie na czymś trudniejszym - tego dnia zdecydowanie poza zasięgiem:-)



I to na tyle. Ze wspinaczek, bo dzień nie mógł się zakończyć inaczej jak ogniskiem i pieczeniem. A gdzie? A to zachowam w tajemnicy, niech wiedzą Ci, co miejsce znają.





Bo jest naprawdę bardzo ładne:-)

Była wspinaczka w słoneczku, była i w deszczu. Był spacer Ojcowskim Parkiem, nocowanie w namiocie - ognisko jedno, drugie... poranny Żabi Koń.

Wiem, że łatwo mówić jak drogi w Nasze strony pewnie z pińcet kilometry! Ale przyjeżdżajcie częściej. Bo jak przyjeżdżacie, to się zawsze sporo u nas dzieje:-)