wtorek, 16 grudnia 2014

Trolltunga - na języku trolla

TRASA:
Skjeggedal -> Trolltunga -> Skjeggedal -> Odda -> Utne -> Øystese -> Bergen -> Gdańsk

A więc, gdzie zatrzymaliśmy się ostatnio?
Ach, tak. Szczęśliwie docieramy na parking, gdzie to zaczyna się szlak na wymarzoną przez wielu Trolltungę. Nasze szczęście daje nam takiego powera, że od razu wyruszamy na szlak...
... żeby po parunastu minutach przypomnieć sobie, że jesteśmy przecież strasznie zmęczeni i głodni :) No cóż. Czas na tradycyjny troszkę śmieciowy obiadek i w górę.



Pierwsze podejście na Trolltngę prowadzi przez las. Całkiem ładny las.





U Wojtka zaczyna się kolejna grzybo-fascynacja. Mi pozostaje machnąć na to ręką i podziwiać otoczenie.







Po niecałej godzince docieramy do pierwszego wypłaszczenia, na którym aż roi się od hytte. Na szlaku roi się też od turystów, którzy raz po raz pozdrawiają nas uniwersalnym: Hi! To dla mnie małe zaskoczenie, bo zawsze wydawało mi się, że Polacy chwalą się, jacy to nie jesteśmy fajni, bo pozdrawiają się na szlakach. A tu proszę :)






W poprzednim wpisie wspominałam, że o Norwegów już ciężko, bo zaledwie parę dni wcześniej skończyli oni swój sezon wakacyjny. Studenci również zaczynają rok akademicki 1go września.

W naszych wcześniejszych planach zakładaliśmy, że właśnie gdzieś tutaj się rozbijemy. Ale zakładaliśmy też, że zjawimy się w Oddzie 1go dnia naszego pobytu w Norwegii, co w rezultacie nie wyszło... A więc: w górę! Udało nam się też zabrać z jakiegoś potoczka butelkę wody. Taki dzień przecież trzeba zakończyć ciepłą herbatką :)



Dookoła niestety ciągle przewijały się chmury. Szkoda, bo widoki na lodowiec Folgefonna mieliśmy trochę ograniczone. Na inną stronę widoków nie było, bo po pokonaniu kolejnego podejścia weszliśmy na płaskowyż :)

Płaskowyż uczy cierpliwości. Podczas delikatnego podchodzenia nim do góry ciągle miałam nadzieję, że już dosłownie za chwileczkę zobaczę, co jest dalej. Zanim ta chwila nadeszła, zdążyłam dwa razy ubrać i ściągnąć kurtkę.



W końcu za kolejnym pagórkiem zobaczyliśmy ciąg dalszy. Hm, może nie do końca na to liczyliśmy. Na dalsze widoki nie było niestety szans, bo nad naszym płaskowyżem zawisły chmurzyska.


Nie wiedzieliśmy, gdzie tego dnia dojdziemy. Wojtek miał w planach zawitać pod sam język trolla, moje plecy jednak były nieco odmiennego zdania.

Decyzja padła gdzieś koło chatki, w której można się ewentualnie schronić, tudzież przespać. Z pomysłu noclegu w chacie zrezygnowaliśmy od razu, po otwarciu drzwi... Uch. Troszkę śmierdziało :) Nie ma jednak co narzekać - czymże jest zapach nazwijmy go - skarpetkowy w porównaniu z zapachem, który spotyka się na polskich dworcach. Hm. Woleliśmy jednak nasz namiot, który po tych paru nocach był dla nas najbardziej, powiedzmy po norwesku - koselig :)








Przed wyjazdem do Norwegii naczytaliśmy się sporo o tym, jak ciężko wbija się tutaj śledzie - szczególnie w górach. Przy szukaniu miejsca pod namiot natknęliśmy się na parę byłych miejsc biwakowych - poznaliśmy po małych kamykach ułożonych w kwadrat. Może w nocy nie będzie jakoś tak wiało? :)



Rozbiliśmy się przy zachodzącym słońcu. Jakkoś od razu zrobiło się ciemno i przy okazji zimno, a więc myk do namiotu i zawijamy się w śpiwory.



To była chyba najgorsza z moich nocy podczas tej podróży. Nie, żeby wiało, nie, żeby było jakoś specjalnie zimno... Pomijając to, że rozbiliśmy namiot trochę krzywo ciągle wydawało mi się, że coś gdzieś koło mnie łazi.

Zagadka rozwiązała się częściowo rano, kiedy to Wojtek znalazł w naszym kubku jakieś małe bobki. Na szczęście zapasy pozostały nietknięte :) Następnego dnia mieliśmy dość napięty grafik, toteż zarządziliśmy pobudkę przed świtem. Nie oznaczało to jednak zrywania się o jakiejś nieludzkiej porze, wręcz przeciwnie. W drogę wyruszyliśmy o 6:30. Nad okolicą ciągle wisiały chmury, a Trolltunga była od nas oddalona jeszcze o jakieś 6 kilometrów. Poszczęści się nam, czy nie?




Po jakichś 15 minutach doszliśmy do miejsca, które było o wiele bardziej widokowe, niż miejsce naszego noclegu. A tam, koło ścieżki, budzili się z kolei jacyś inni amatorzy Języka trolla. W tym momencie trochę mi się od Narzeczoonego oberwało. W końcu to ja wymyśliłam miejsce wczorajszego noclegu. A wystarczyło przejść jeszcze 15 munut... ;)





Po jakichś 2-3 kilometrach spomiędzy chmur zaczął nas witać wschód słońca. Czyli jest jakaś nadzieja... W dole, nad Ringedalsvatnet unosiła się delikatna mgła.





Próbowaliśmy wypatrzeć gdzieś Trolltungę - takie miejsce przecież musi być widać! Hm, no widać, faktycznie... Ale kto by pomyślał, że takie rzesze ludzi zmierzają tylko po to, żeby zobaczyć coś tak małego? :P



Okolica była niesamowita. Dookoła mnóstwo jeziorek, kopczyków.





No i w końcu, chwilę po minięciu ostatniej tabliczki na szlaku... Jesteśmy.



Niesamowite jest stanąć w tak pięknym miejscu, o którym jeszcze do niedawna myślałam, że może kiedyś, kiedyś odwiedzę. Trolltunga wydała mi się jakoś mniejsza, niż na zdjęciach, ale ta przestrzeń dookoła niej... Coś pięknego.

Pierwsza na Język trolla weszłam ja. Usiadłam na brzegu, ale jak tylko chciałam popatrzeć w dół, czułam się strasznie nieswojo. Brr! Zionęło przepaścią. Ale teraz, z perspektywy czasu stwierdzam, że uczucie genialne :)







Wyglądało na to, że byliśmy dzisiaj pierwszymi turystami na Trolltundze. A do tego, byliśmy całkowicie sami, w ciszy. A myślę, że biorąc pod uwagę tą skałkę, to nie jest już takie częste :)

Chciałoby się tu zostać dłużej, ale czas gonił. Niestety. Pożegnaliśmy się z Trolltungą z nadzieją, że kiedyś ją jeszcze odwiedzimy i w drogę.

Pierwszych ludzi minęliśmy jakieś 2 kilometry później. Dobrze, że udało nam się wstać o takiej porze :)







A lodowiec Folgefonna jakby zaklęty w chmurach...



W naszej miejscówce zwinęliśmy namiot i pozostało schodzenie. Paru ludzi pytało się ze zdumieniem, jak to możliwe, że już schodzimy?!

Podczas schodzenia rozwiązała się do końca zagadka mojej średnio rześkiej nocy. Wyglądała jak... Świnka Morska. Hę?



Na płaskowyżu z domkami postanowiliśmy spróbować innej drogi zejściowej. Była to znana mi ze zdjęć trasa - a dokładniej trasa starej, nieczynnej kolejki. Udawaliśmy, ze nie widzimy, że zejście tędy jest zakazane.



W sumie to po pierwszych dwóch minutach odpokutowaliśmy za naszą niesforność. Schodki były pierońsko strome. Wojtek jakoś sobie radził, ale ja, z moim kiepskim błędnikiem i poczuciem równowagi musiałam myśleć nad każdym krokiem. Przegibanie się w którąś stronę mogłoby mnie w najgorszym razie kosztować złamanie nogi... A niezbyt miałam ochotę testować ubezpieczenia ;)



Jedyny plus tego schodzenia to to zdjęcie :P

Po ok. 15 minutach ogromnej męki w końcu los się nade mną zlitował i znaleźliśmy sposób, żeby z tego czegoś zejść. Przypadkiem okazało się, że obok znajduje się normalna ścieżka. No cóż :)

Jeszcze pełni trolltungowych wrażeń znaleźliśmy się na dole. I tutaj uderzenie rzeczywistości: nie było jakoś specjalnie wcześnie, a my jesteśmy sobie w Skjeggedal. A jutro rano przydałoby się być w Bergen, które jest jakieś 150 km + podróż promem stąd. Nie wyglądało jednak na to, żeby ktoś z turystów zbierał się do odjazdu. Pewnie zaczną się schodzić za jakieś 4 h...

Hm. Jednak i tym razem uśmiechnęło się do nas szczęście. Na parking bowiem zszedł jakiś Pan, którego mijaliśmy po drodze, na szlaku. A w sumie to może spytać go, czy podwiezie nas do Tyssedal...

Okazało się, że może nas podwieźć nawet do Oddy. Po chwili okazało się, że Pan jest Czechem z Ostravy - juhu! Mała przerwa od angielskiego :)

W Oddzie ładnie podziękowaliśmy naszemu Sąsiadowi za przysługę. Parę zdjęć pamiątkowych, wizyta w informacji turystycznej - trzeba było się zorientować, o której w razie czego mamy "bus ratunkowy" ;)





Chyba przez cały wyjazd towarzyszyły nam gapiące się na nas zwierzaki :P

Najpierw jednak, oczywiście - stop.



Podczas łapania stopa usłyszeliśmy, że obok pracują Polacy :) No bo w sumie gdzie nas nie ma! :P Dowiedzieliśmy się od nich, gdzie będzie najlepiej łapać i postanowiliśmy się nieco przemieścić.

Podczas tego przemieszczania przed nami zatrzymał się samochód, z którego wyszła dziewczyna i zaczęła coś do nas wołać. Szybko przybiegliśmy i okazało się, że nas zabierają :) Widzieli nas jadąc w odwrotną stronę i stwierdzili, że zgarną nas jak będą wracać, a my, jak na złość z tamtego miejsca już się ulotniliśmy :P

Okazało się, że podwiozą nas na prom. Może nie na ten, na który najbardziej chcieliśmy, ale stwierdziliśmy, że w sumie im bliżej Bergen tym lepiej.

Na prom zdążyliśmy ostatnim rzutem na taśmę - nasz kierowca, Anglik, na samym końcu strasznie gazował... Trochę się dziwiliśmy, do momentu, kiedy nie zobaczyliśmy prawie odpływającego promu! Na szczęście zdążyliśmy... Uff!

Na promie dopadło nas zmęczenie. Jakoś wszystko w biegu. I tak, siedziałam sobie spokojnie na sali restauracyjnej, nie mając zbytnio siły na podziwianie widoków, kiedy to słyszę głos: "Do you want to go to Bergen?" Patrzę w dół na swoją odwróconą do góry tabliczkę właśnie z napisem Bergen i szybko odpowiadam "Yes!".

I tak okazało się, że wylądowaliśmy na stopa u pewnego niemieckiego studenta, który postanowił przerobić swojego vana na coś a la camper i postanowił spędzić wakacje w Norwegii. I tak jechaliśmy, podziwialiśmy Folgefonnę z drugiej strony powoli zbliżając się do Bergen... Hm, trochę szkoda - musieliśmy pożegnać się z fiordami, chociaż strasznie się nie chciało... No cóż :)







Hm... Ale o co z tym czymś chodzi nadal nie wiem :)

W Bergen nasz Dobrodziej wyrzucił nas na dworcu PKS. Lepiej być nie mogło. I znowu ten sam scenariusz - autobus IKEA, wysiadamy, tym razem szukamy gdzieś miejsca noclegowego, co przychodzi strasznie opornie (wokół same pastwiska). W końcu, jak już się ściemnia znajdujemy miejsce, rozbijamy się i zasypiamy kamiennym snem...



Nad ranem trochę pada. Jak tylko przestaje, wychodzę przed namiot i robię zdjęcia budzącym się okolicom Bergen. Coś pięknego... A na pewno jeszcze piękniej byłoby to widać z pobliskiej góry. Że też na taki pomysł nie wpadliśmy...



Ostatnie namiotowe śniadanko, zwijamy manatki i przedostajemy się do Bergen.



Tam, z racji ostatniego dnia kupujemy pamiątki, wodę gazowaną (słona - fe!) i idziemy w odwiedziny do Natalii i Mortena. Tego wieczora rozmawiamy do późna, dzięki Natalii kosztujemy norweskich specjałów. Miłe podsumowanie całego wyjazdu :)

Rano już tylko samolot. Wylatujemy do Polski w pełnym słońcu. Jaka szkoda opuszczać Norgię właśnie teraz! Ale w sumie... Chyba zawsze byłoby szkoda. To co...? Do zobaczenia za rok!



Vi sees, Norge! :)

I taki mały epilog...



Przeżyłam różowy samolot!



A zaraz po przylocie... Kebab :)