czwartek, 27 listopada 2014

Autostopowe perypetie pośród fiordów

TRASA III i IV dzień:
Jostedal -> Gaupne -> Sogndal -> Lærdalstunnelen -> Voss 
Voss -> Granvin -> Lofthus -> Tyssedal -> Skjeggedal



Wioska, którą opisywaliśmy w poprzedniej notce była tak właściwie osadą hytter, czyli chatek letniskowych, o których pisaliśmy w poprzednich notkach. Z racji, że był wrzesień i to do tego poniedziałek, w domkach nie było nikogo.





Tak właściwie to szliśmy na górę z nadzieją na jakiś fajny widok na lodowiec Jostedalsbreen, ale niestety - widzieliśmy tylko jego skrawek :) Urok miejsca jednak na tyle nas oczarował, że zapomnieliśmy o naszych wcześniejszych zamiarach. Delektowaliśmy się ciszą w pięknym otoczeniu, którą zmącał tylko dźwięk owczych dzwonków. Oprócz nas były tam tylko owce ;)

Czas leciał i leciał, a my chcieliśmy jeszcze dzisiaj trochę kilometrów podjechać. Musieliśmy się wiec pożegnać z wioską i zabraliśmy się za schodzenie. Kto wie, może kiedyś uda się tu powrócić - a nawet jeśli nie, do tego miejsca będziemy przecież nieraz powracać w myślach...

Schodzenie szło nam dość sprawnie, chociaż musieliśmy się uporać z paroma owczymi drobnymi problemami... Upodobały sobie leżenie akurat na szlaku i średnio skore były do tego, żeby robić nam przejście. Pewnie w poniedziałek nikogo się tutaj nie spodziewały... ;-)

Plecak leżał tam, gdzie go zostawiliśmy. Zamknęliśmy za sobą grzecznie furtkę  cały szlak był na olbrzymim, owczym terenie. Do Gaupne, czyli prawdziwej głównej drogi mieliśmy nadal jakieś 30 km, trzeba więc było oczywiście łapać stopa.



Hm, hm - ruch na naszej drodze był raczej mały. Samochód pojawiał się tam średnio raz na 5-10 minut. Dlatego żadnej okazji nie można było przepuścić.



Jaki ruch, taka stacja benzynowa... ;)

W końcu ktoś się nad nami zlitował - kamper na niemieckich blachach. W środku całkiem liczna niemiecka rodzina. Okazało się, że wracają już powoli do Niemiec. Udało nam się ustalić, że wysiądziemy w Sogndal. Stamtąd teoretycznie bezproblemowo złapiemy coś dalej.

Niemiecka rodzina składała się w większości z dziewczynek, około 10-letnich. Były tak wpatrzone w swoje gry na smartfonach. A za oknem Norwegia! Piękna Norwegia! Można się dziwić, ale w ich wieku pewnie też bym tak robiła... ;)



A oto i Sogndal. Zaledwie prawie 7-tysięczne miasto.





Zanim zabraliśmy się za łapanie stopa, postanowiliśmy sobie zrobić małą przerwę na papu. W rezultacie najlepszym miejscem okazały się kamory zaraz nad wodą. Mieliśmy okazję przynajmniej dotknąć Sognefjord...






Po małym gotowaniu zawinęliśmy się i rozpczęliśmy poszukiwanie szczęścia. Ruch tutaj był akurat dość spory. Na początku mieliśmy mały problem ze znalezieniem odpowiedniego miejsca na łapanie. Przejeżdżające tiry świszczały nam koło ucha i nikt się jakoś nie zatrzymywał.

Po pół godziny postanowiliśmy zmienić taktykę i łapać kogoś na prom. Tabliczka Ferry miała nam się jeszcze później przydać. Niestety nie pamiętałam wtedy czy prom po norwesku pisze się ferje, czy farje, a Norwegowie podobno nie lubią błędów w ich języku.



Tabliczka po angielsku okazała się jednak skuteczna. Zatrzymała nam się pierwsza dziewczyna! Po chwili rozmowy okazało się, że znowu mamy dzisiaj szczęście - jechała akurat do Bergen przez... Voss :) Czas dzisiaj się kurczył, a Voss już znaliśmy.

Najpierw jednak czekała nas kolejna przeprawa promem. Jeden akurat odpłynął na naszych oczach, więc mieliśmy parę minutek na rozejrzenie się po okolicy.



Na miejscu okazało się, że na prom można dostać się tylko samochodem - miejsce, z którego odpływał prom było małym wycinkiem lądu, na który można się dostać tylko tunelem. Jak wiadomo, w tunelach nie można chodzić pieszo, czy też jeździć na rowerze.





Na promie oczywiście trzymaliśmy fason - na wszystkie strony robiliśmy zdjęcia, zwyczajem azjatyckiego turysty. W tym samym czasie znudzeni miejscowi grzebali w telefonach i czekali tylko na moment, w którym prom przybije do brzegu :)







To coś białego to podobno latarnia morska :)


Na drugim brzegu dowiedzieliśmy się, że czeka nas przyjemność jazdy najdłuższym tunelem drogowym na świecie - Lærdalstunnelen mierzącym 24,5 km długości.

Wioząca nas Norweżka stwierdziła, że nie lubi jazdy tunelami, bo są... nudne. My, na początku zachwycając się każdym przejazdem, po czasie musieliśmy przyznać jej rację. Norweskie tunele są niezwykłe, ale o wiele lepiej podczas jazdy jednak coś widzieć :)



W Lærdalstunnelen co 8 kilometrów bodajże porobione są podświetlone zatoczki, w których można się zatrzymać. Nie ma jednak opcji szybszego wydostania się z tunelu jakimś innym przejściem.

Po wyjechaniu z tunelu jechaliśmy chyba jednym z najpiękniejszych, odwiedzonych przez nas krajobrazów. Niestety, mało było jakoś okazji do zdjęć. Próbowałam uchwycić jakiś ładny kadr przez szybę, Norweżka trochę się ze mnie śmiała - w sumie co się dziwić, dla niej taki krajobraz jest codziennością, a ja coś takiego mogę zobaczyć w najlepszym razie raz na rok :)



W Voss pięknie podziękowaliśmy naszej Wybawczyni i wysiedliśmy. Tak się złożyło, że Voss było jej rodzinnym miastem - poleciła nam bardzo dobrą pizzerię, jak sama stwierdziła - całkiem niedrogą.

Zamiast pizzerii wybraliśmy jednak Kiwi Minipris - supermarket. Po obejściu sklepowych półek z dość wysokimi jak dla nas cenami w końcu znaleźliśmy coś - banany! W promocji za 10 NOK! (5 zł/kg). Niestety, po dokładnym doinformowaniu się okazało się, że te za 10 NOK dawno się skończyły i musieliśmy zadowolić się jakimiś droższymi. Ale za to jak smakowały!

Z racji, że w Voss spędzaliśmy naszą pierwszą noc w Norwegii dwa dni wcześniej, znaliśmy okolicę. Nasza miejscówka niestety była już zajęta, ale szybko znaleźliśmy sobie inną.

Noc ponownie była deszczowa. Jaki z tego wniosek? W Voss nocami pada! Po przebudzeniu okazało się, że okolicę pokryły ciężkie chmurzyska.



Nie było jednak na co czekać. Szybko się zwinęliśmy, po drodze wstępując jeszcze raz do Kiwi sprawdzić, czy czasem nie dołożyli bananów za piątaka. I co? Ha! Były! :)

Dzień czwarty naszej wycieczki należał ogólnie do cięższych. W planach było dostanie się do Oddy, a najlepiej do Skjeggedal i wyżej. Nie chcieliśmy w końcu wyjeżdżać z Norwegii bez wizyty na języku trolla, a póki co to wisiało to na włosku.

Pierwszym dobrodziejem okazał się być przesympatyczny Chilijczyk. Opowiedział co nieco o Norwegii z punktu widzenia obcokrajowca i przewiózł nas całkowicie elektrycznym samochodem :)



Niestety, podjechaliśmy z nim tylko paręnaście kilometrów. Wysadził nas przed tunelem. Tunel = obowiązkowe łapanie stopa.
Tak się jakoś złożyło, że parę minut później siedzieliśmy już w samochodzie dwóch norweskich Księży. Opowiadali o swojej wizycie w Krakowie, jak w sumie większość Norwegów, z którymi jechaliśmy na stopa :)

Całkiem przypadkiem przewieźli nas na drugą stronę fiordu - okazało się, że skrzyżowanie, na którym teoretycznie mieli nas wysadzić było w tunelu, a zaraz za tunelem był... most :) Te dwa stopy jakoś podniosły nas na duchu. Spojrzeliśmy na mapę - byliśmy po dobrej stronie, na drodze prosto do Oddy. Według naszej mapy - byliśmy na jednej z główniejszych dróg. Dlaczego więc coś miałoby pójść źle...



Odda maybe? ;)

Do Oddy mieliśmy jakieś 50 kilometrów. Po parunastu minutach uświadomiliśmy sobie, że z pewnością nie jesteśmy na głównej drodze. Wynikało to z częstotliwości, z jaką jeździły samochody - raz na 5 minut...

Niezbyt chciało nam się czekać. Postanowiliśmy więc iść przed siebie i łapać wszystko, co pojedzie. Niestety, szło nam to na tyle opornie, że z jakieś 1,5 godziny później nadal byliśmy w drodze. Dookoła czasem coś pokropiło.



A ten pieroński most coś nie chciał się oddalać...



Sama droga też nie należała do sympatycznych. Co jakiś czas pojawiały się na niej tiry - musieliśmy wtedy skakać za barierkę, a w najgorszym razie na niej siadać, żeby nie przejechali nam po stopach :)



Plusem tego wszystkiego była okolica, w której się znajdowaliśmy. Przechodziliśmy przez malutkie, sadownicze miejscowości. Oczywiście w towarzystwie Sørfjorden po prawej stronie :)







Tyle smakowitych owoców... Co prawda mieliśmy jeszcze upolowane banany w plecaku, ale apetyt i tak był ;)

Dostrzegliśmy kolejny szczegół napotykany w Norwegii - samoobsługowe budki z owocami. Podjeżdżasz, zabierasz, ważysz i zostawiasz w miseczce pieniądze. Wyobraziliśmy sobie jakby to wyglądało u nas - pewnego razu właściciel nie znalazł by pieniędzy, owoców, pewnie i budki, i miseczki...



Śliweczkę?



Z perspektywy czasu żałuję, że nie kupiliśmy chociaż paru śliwek. Pewnie były pierońskie drogie, ale chociaż z szacunku, że coś takiego tam istnieje. Oby istniało zawsze :)

W końcu stał się cud - na środku drogi Wojtek złapał stopa! Okazało się, że Pan podwiezie nas co prawda tylko jakieś 10 km, ale w takiej sytuacji ratowała nas każda ilość kilometrów.



Zawitaliśmy do Lofthus. Wyglądało na to, że tutaj już coś się dzieje - czyżby szansa na większy ruch drogowy?

Niestety. Po tej krótkiej podwózce znowu nastąpiła długa przerwa. Wyszło słońce, ale za to my robiliśmy się coraz bardziej zmęczeni.





Widoki za to robiły się coraz piękniejsze. Po drugiej stronie fiordu, wysoko dostrzegliśmy lodowiec Folgefonna.



Podczas wędrówki poboczem wąskiej drogi czasem towarzyszyły nam zwierzęta. Taki paradoks - w tym przypadku akurat my byłyśmy dla nich atrakcją :) Pewnie niezbyt często mają okazję oglądać ludzi spacerujących tutaj drogą. Kozy, czy tam owce, wszystkie zwierzaki odprowadzały nas wzdłuż ogrodzenia coś tam w swoim języku gadając :)



Cyk. I mam zdjęcie, o którym marzyłam, aaa! :>

Ogólnie to nie było nam jednak wcale do śmiechu. W końcu, w jednym z miasteczek mój kręgosłup zdecydowanie powiedział DOŚĆ.



... i było to dokładnie na tym zakręcie. Zrzuciłam plecak i zarzekłam się, że dalej nie pójdę.

I w tym momencie znowu jakby los się do nas uśmiechał - stopa złapaliśmy od razu!

Trafił się nam bardzo rozgadany i strasznie sympatyczny Norweg, który wybierał się do Oddy. Opowiedzieliśmy mu o naszych planach wycieczki na Trolltungę, przy okazji dowiedzieliśmy się paru ciekawych rzeczy o Norwegii, m.in. o tym, co to jest Vinmonopolet i w jaki sposób istnienie tych sklepów przysparza się do alkoholizmu wśród Norwegów oraz po raz kolejny usłyszeliśmy, że Odda to miasto ćpunów. Hęęę?

Rozmawiając o norweskiej rzeczywistości wjechaliśmy do Tysseadal, w którym to mieliśmy wysiąść i udać się do położonego 7 kilometrów dalej i ok. 300 metrów wyżej Skjeggedal. Nasz Kierowca jednak, zamiast zjechać na pobocze skręcił w lewo. "Podwiozę Was te 7 kilometrów. To przecież niedużo."



Mój wewnętrzny głos krzyczał: huraa! Byłam strasznie zmęczona, a te 7 kilometrów z ciężkim plecakiem byłoby pewnie niezłą męczarnią. Wznosiliśmy się stromą, krętą drogą, zostawiając w dole Sørfjorden i Tyssedal. Jechaliśmy pickupem z przyczepką - trochę ciężko było kręcić na ostrych zakrętach :) Paręnaście minut później wjechaliśmy na parking nad jeziorem Vetlavatnet.

Byliśmy tak wdzięczni naszemu Dobrodziejowi i bardzo chcieliśmy się jakoś odwdzięczyć... Niestety, nie mieliśmy czym. Na pewno o tym nie zapomnimy podczas kolejnego wyjazdu :) Pozostało więc nam pięknie podziękować, uśmiechnąć się i życzyć wszystkiego dobrego.



Byliśmy więc w Skjeggedal! Tak się z tego faktu cieszyliśmy, że zapomnieliśmy o zmęczeniu i głodzie. Było późne popołudnie, nie było więc na co czekać - ruszyliśmy w drogę.

Od języka trolla dzieli nas już tylko szlak...