niedziela, 8 marca 2015

Zapoznanie z czeskimi kopcami

Listopad. Coroczne spotkania forumowe na Filipce należą już do nieodłącznej tradycji. Takie podsumowanie całego górskiego roku w znanym gronie. W tym roku i nam udaje się tam zawitać. Filipka trochę odbiega od innych spotkań forumowych, skupię się więc na stricte górskiej części naszej wycieczki do Czech.

Tegorocznej zimie jakoś niespecjalnie spieszyło się w Beskidy. Mamy drugą połowę listopada, a śniegu ani śladu. Mało turystycznie dojeżdżamy na Filipkę samochodem, jak i inni forumowicze. Filipka jest raczej mało znanym kopczykiem. Ma 768 metrów, ale za to jakie znaczenie!

Pierwszy atak szczytowy robimy jeszcze w pierwszy dzień, o północy. Obywa się bez czarownic ;)

Następnego dnia nie ma zmiłuj, trzeba wstać wcześnie.



Aura typowo jesienna, ale niesamowicie przyjemna. Zdobywamy Filipkę po raz drugi i schodzimy do Gródka. Trochę się schodzi - a trzeba będzie jeszcze dzisiaj tędy wracać!



Przy zejściu niespodzianka. Z daleka wydaje nam się, że za płotem pasą się owieczki... Ale co to za owieczki, które pochrumkują ;)

Na dole pakujemy się do pociągu. Naszą wycieczkę zaczynamy w Mostach koło Jabłonkowa.

Podobno dzisiejszy szlak ma być szlakiem schronisk. Chyba coś w tym jest - do pierwszego wpadamy niecałą godzinę po wyjściu na szlak.



A więc pierwsze schronisko: Chata Skalka.



A tam oczywiście tzw. napój turystyczny. Integracja jest ważnym elementem spotkań forumowych, w szczególności Filipki :)



Po pamiątkowym zdjęciu ruszamy na dalszy podbój Beskidu Morawsko-Śląskiego.





Po drodze mijamy jeszcze w sumie dwa schroniska, aż w końcu zaczynamy się zbliżać do naszego dzisiejszego celu - Wielkiego Połomu. Tutaj otoczenie nieco się zmienia. Wkraczamy w końcu na poważne wysokości 1000m+ ;)



Z reguły to na dole jest biało i człowiek kopie się w śniegu, a drzewa pozostają bez śniegu. Tym razem jednak jest inaczej. Coś takiego to mi się podoba! ;)



Mijamy parę pagórków i zdobywamy Wielki Połom - trochę zimowy, a trochę jeszcze jesienny ;)





Schodzimy w dół do nieco mało cywilizowanej wioski. Stamtąd w końcu zabiera nas autobus, którego kierowca wcześniej postanawia przetrzymać nas 30 minut w zimnie, sam czytając sobie gazetkę w ciepełku (no tak, jesteśmy przecież w Czechach). :)

Docieramy szczęśliwie do Gródka. Stamtąd w ciemności znowu wdrapujemy się na Filipkę. Po raz trzeci. Z niczego się chyba dzisiaj tak nie cieszę jak z widoku znanego szałasiku na szczycie ;)

Kolejny dzień jest już niestety ostatnim dniem filipkowego spotkania. Na dzień dobry, też zgodnie z tradycją gospodarz Stasiu i pomocnicy przygotowują prawdziwą jajecznicę vel. jajówę.





Zadanie niełatwe, ale wyszła wyśmienicie ;)

Na pożegnanie odwiedzamy pobliski szczyt - Łączkę.



Zanim wszyscy się rozjadą jeszcze zdjęcie pamiątkowe.



I czas wracać w dół... Do następnego za rok :)