środa, 1 lipca 2015

Krywań - piękny, złodziejski szczyt

TRASA:
Trzy Studniczki -> Niżnia Przehyba -> Wyżnia Przehyba -> Krywań -> powrót tą samą stroną -> Trzy Studniczki

Krywań to złodziejska góra. Wiedział ktoś o tym? Być może jego prawdziwa natura okazuje się dopiero zimą. Tego nie wiem i ja.

Pewnie część z czytelników natknęła się już na relację z tej wycieczki na stronie jednego z uczestników, Red'a. Ja przedstawię ją ze swojego punktu widzenia.

Na szlak wchodzimy w Trzech Studniczkach. Parking poznaliśmy jedynie po wielkim stosie drewna, a i tak nie był łatwy do znalezienia. Jest wszak parę minut po 5 rano, całkiem ciemno jeszcze o tej porze roku. Artur z Kasią już po paru dodatkowych godzinach podróży do Krakowa. Pamiętam dobrze czasy, gdzie do Tatr było 500 kilometrów. Odległość i czas poświęcony na dotarcie do szlaków tatrzańskich dawały dodatkową motywację, dodatkowego kopa do wykorzystania czasu w górach. Pisała o tym w jednej ze swych książek Pani Anna Czerwińska.




Już na samym początku szlaku poznaliśmy zaletę rakiet. Nie jest prosto o tą zaletę. Na nic świeżo nasypane zaspy śniegu, na nic twarda, nieugięta śnieżna skorupa. Rakiety wymagają śniegu twardego, ale zapadającego się pod naszym ciężarem - powiedzmy po kolana. I taki śnieg wymaga rakiet:-)




Na niebie błyszczą ostatnie gwiazdy, szybko się rozjaśnia, na odległych graniach niżnotatrzańskich odbija się w śniegu słońce. Podchodzimy raczej wolno. Mimo popołudniowego zagrożenia lawinowego na poziomie 3, nie śpieszymy się. Szczerze - ciężko się spieszyć, kiedy trzeba co chwilę odkopywać się z dziur w śniegu. Wybrana przez nas droga na szczyt jednak na szczęście omija wszelakie ryzyko lawinowe.






W dole mamy widoki na Dolinę Koprową. Wygląda na to, że kawałek już do góry podeszliśmy.




Chociaż nasz cel nadal wydaje się być bardzo odległy...

Prognozy się sprawdzają tym razem bez zarzutów. Miało być w pełni słonecznie - jest. Miało trochę wiać - wieje. Czasem nawet mocniej zawieje, ale nie na tyle, żeby przeszkadzało nam w marszu. Nie wejście na szczyt jest dzisiejszą naszą główną atrakcją. Najbardziej jesteśmy ciekawi zaproponowanego przez Artura noclegu. Dla nich jest to tatrzański chleb powszedni, dla nas nowość!






Wynurzamy się powoli nad linię kosówki. Momentami po śniegu, momentami zaś idziemy po trawie, całkowicie bez śniegu. Ciężko uwierzyć, że to luty.




Brak śniegu = radość :-)





A piramida Krywania rośnie w oczach. I sprawia wrażenie coraz bardziej stromej.



Dochodzimy do takiej niby przełęczy zawieszonej nad Szkaradnym Żlebem. Ciekawe dlaczego właśnie Szkaradny?





Widok nań i z niego wcale nie jest szkaradny ;-)




Tutaj kończy się nasze wędrowanie szlakiem - skręca on w kierunku drugiej grzędy Krywania i przecina groźny Wielki Żleb Krywański. Zdążę jeszcze dzisiaj się na ten żleb porządnie obrazić. Na szczyt zamierzamy wejść jego południowo zachodnią granią.



Od przełęczy zmienia się znacznie charakter drogi - teraz mamy głównie dobrze przewiane, suche granitowe bloki poprzetykane gdzieniegdzie śniegiem. Dla mnie raj - można iść stąpając jedynie po skałach. Taką zimę nawet lubię:-)




fot. http://www.goryponadchmurami.pl/


Krywań to ładna góra. Porównywaliśmy kiedyś szlak na Krywań ze szlakiem na Sławkowski Szczyt - obydwa popularne zimą. Jeżeli mam określić swoje zdanie, pod względem widoków, panoram, szlaku i samego szczytu, Sławkowski przy Krywaniu wypada bardzo blado. Nie bez powodu jest to dla Słowaków góra symboliczna.

To właśnie dzięki Krywaniowi, wedle słowackiej legendy zawdzięczamy tatrzańskie piękno. O jego wierzchołek Anioł rozerwał worek z pięknem i rozsypał je po tatrzańskiej krainie.



Zaczynamy marsz granią już prosto na szczyt. To ciekawy odcinek, jednak prawie nie mamy z niego zdjęć. Dlaczego? Bo Krywań to piękna, ale złodziejska góra. Mniej więcej 2/3 długości grani szczytowej pokonaliśmy po skałkach. Wyżej niestety już tak dobrze nie było, odsłonięte skały były jedynie na samej krawędzi, gdzie przy większych czasem podmuchach wiatru nie było komfortowo przebywać.

fot. http://www.goryponadchmurami.pl/

Czas obuć się w raki. Śnieg tutaj jest stromy także i czekan się przydaje. Stopniowo brniemy do góry w rozgrzewanym przez słońce śniegu mając pod nogami zaśnieżone, mocno nachylone stoki Wielkiego Żlebu. Kilkadziesiąt metrów pod szczytem wypuściłem z ręki kijek. Zanim się zorientowałem, obrał najprostszą drogę żlebem w dół. I to wcale nie wolno. Oprócz nas, zauważyło zasuwający żlebem kijek dwóch turystów, którzy odwiedzili szczyt przed nami, ale schodzili szlakiem. A że akurat chwilę temu przecięli żleb kilkaset metrów pod nami, jeden z nich zawrócił, złapał pędzący kijek i wbił go w śnieg tam, gdzie go złapał. Bardzo Panu dziękuję, dzięki temu go odzyskałem!





fot. http://www.goryponadchmurami.pl/

Dalej już bez kijka doszliśmy na szczyt. Całość zajęła nam prawie 6 godzin. Dużo, mimo, że się niespecjalnie spieszyliśmy. Panorama z wierzchołka jest niczego sobie. Nic wyższego w okolicy nie ma więc zasięg Tatr jest na prawdę duży. Spodziewałem się jedynie wyraźniejszego spojrzenia na Grań Hrubego, jednak ta się mocno nakłada z graniami następnymi. Ciekawie się też przedstawia Ramię Krywania - ciągnący się od dna Koprowej szereg turni do swego zwornika i dalej do wierzchołka.




Ramię Krywania

Lodowy, Łomnica, Wysoka, Gerlach

Grań Hrubego i polskie Tatry Wysokie

Liptowskie Kopy nad Doliną Koprową

Tatry Zachodnie



Ciężki Szczyt, Wysoka i Smoczy Szczyt




Panorama piękna, ale do schodzenia w dół zachęca nas wiatr, wiejący na szczycie mocniej niż na grani. Po kilkunastu minutach rozpoczynamy drogę powrotną.

fot. http://www.goryponadchmurami.pl/

Podczas schodzenia początkowo trzeba bardzo uważać. Są tu strome śniegi, a wiadomo, schodzić jest trudniej niż iść w górę.

fot. http://www.goryponadchmurami.pl/

Staram się robić możliwie dużo zdjęć, najbardziej lubię zdjęcia z tych trudniejszych czy bardziej niebezpiecznych momentów. Oczywiście żadnego z nich nie zobaczą ani czytelnicy, ani ja. Dlaczego? Bo Krywań to złodziejska góra. Chciałem zrobić zdjęcie. Sięgnąłem ręką do kieszeni - przy otwieraniu grubszą rękawicą klapki kieszonki chwyciłem za sznureczek aparatu i...
... zaczęliśmy go odprowadzać na dół wzrokiem, jak przed godziną kijek. Historia się powtórzyła. Jechał równo po śnieżnym polu, dobrze widoczny przez cały czas. Dogonił nawet kijek, gdzieś w jego okolicach znacznie zwolnił, dał nadzieję, że się zatrzyma. Że też nie było tam teraz tych dwóch turystów:-/ Niestety po kilkudziesięciu sekundach zobaczyliśmy czarny punkt sunący niżej niż kijek, zniknął nam z oczu dopiero na szeregu skał w środku żlebu, dużo, dużo niżej. Duży aparat Hemli w trudniejszych miejscach spoczywa w plecaku. Wisząc na szyi znacznie utrudnia marsz.

Nie dałem za wygraną. Zeszliśmy wspólnie trochę niżej i postanowiłem poszukać aparatu. W połowie grani zacząłem skręcać do środka żlebu. Idzie się bardzo łatwo, jedynie towarzyszy ciągle myśl o rosnącym zagrożeniu przy rozgrzewających promieniach słońca. Przy kijku aparatu nie było - znaczy, że to, co się zsuwało do skał kilkadziesiąt metrów niżej było aparatem (z takiej odległości nie można było poznać)..

Poszukiwania zakończyły się bez rezultatu. Pozostało schodzić w dół, żeby załapać się jeszcze na posiłek w dziennym świetle. Wrażenia z wycieczki zostały niestety w tamtym momencie przytłumione przez myśli o straconym aparacie. W takich okolicznościach zapadający śnieg wkurzał jeszcze bardziej, a droga zdawała się nie mieć końca. Zdjęć z drogi powrotnej nie ma - jakoś nie chciało się ich robić. Wracaliśmy jednak dokładnie tą samą drogą, więc mniejsza strata.

Na posiłek pojechaliśmy do Podbańskiej. Gorące leczo trochę poprawiło nam humory. Zaczęło się ściemniać, trzeba było więc pomyśleć o noclegu.

Nie byliśmy ani w kinie, ani na romantycznej kolacji... Był to przez wielu obchodzony, przez wielu ignorowany dzień Świętego Walentego. Walentynki!
My wieczór jak i całą noc zamierzaliśmy spędzić u podnóży Krywania po namiotem. I też było romantycznie:-)



Pozostaje życzyć dobrej nocy!