środa, 16 września 2015

Ćwilinowy biwak

TRASA:
Mszana Dolna -> Ćwilin -> Przełęcz Gruszowiec -> Śnieżnica -> Kasina Wielka -> Lubogoszcz -> Mszana Dolna


W dolinach już wiosna. W kalendarzu z resztą też, mamy w końcu koniec kwietnia. W pewną słoneczną i ciepłą sobotę w naszych głowach zrodziła się pewna myśl - czas na biwak! Wpakowaliśmy się więc w karocę i ruszyliśmy przed siebie. Aż do Mszany Dolnej.



Koło Mszanki pozostawiamy karocę i ruszamy z całym dobytkiem na plecach w górę. Lubimy graniówki w każdej postaci, toteż dzisiaj też sobie taki szlak wybraliśmy.



Już po chwili okazuje się, że wybraliśmy bardzo dobrze - szlak jest widokowy.



A wiosna w Beskidach jest piękna.



Żeby nie było tak różowo, po jakimś czasie słoneczko zaczyna nam doskwierać... W takiej chwili wybawieniem jest lasek ;)



W Gorcach jeszcze zalega śnieg.



Wędrówka łąkami nie trwa jednak wiecznie - w końcu dopada nas paskudnie stroma ścieżka z ruszającymi się kamorami. Dzielnie jednak idziemy, to bowiem znak, że nasz dzisiejszy cel jest już blisko!

I w końcu docieramy na Ćwilin. Na szczycie znajduje się bardzo rozległa polana z bardzo fajnym widoczkiem. Niestety okazuje się, że na szczycie paskudnie wieje. Na nic zdaje się grzejące słońce - jedyne co pozostaje to zakopać się w śpiwór ;)



Wojtek za to postanawia rozgrzać się w nieco inny sposób - zbiera drewno na ognicho.



 I po jakimś czasie można się już przy nim ogrzać ;)



A skoro jest cieplej, to można skupić się na widokach. Tatry w śniegu.



Zbliża się wieczór. Podczas ogniskowej kolacji dołącza do nas sympatyczna para z Krakowa. Rozmawia się miło, a przy okazji oglądamy zachód słońca.







Luboń Wielki i Babia Góra świetnie wyglądają razem z tej perspektywy.

Nasi towarzysze po zachodzie słońca nas jednak opuszczają. Zaczyna robić się chłodno, postanawiamy więc, że czas na rozbicie naszego domku. Wsuwamy się w śpiwory. Na początku jest miło, cieplutko... Wydaje mi się nawet, że zasypiam.
Jakiś czas później coś mnie budzi. Wiatr. Paskudnie wieje. Miało przestać, a wieje jeszcze bardziej. Tak się poza tym złożyło, że rozbiliśmy się koło choinek, które strasznie szumiały. Wiatr budził mnie regularnie co jakiś czas. Zerkałam na zegarek czekając, aż ta noc się skończy. Naprawdę nie cierpię wiatru :)

A skoro już nie śpię, to stwierdziłam, że przynajmniej przejdę się na wschód. Niestety - został częściowo odwołany ;) 

Mogielica o poranku
Zebraliśmy się wcześnie. Wojtek wskrzesił wczorajsze ognisko, więc mieliśmy śniadanie na ciepło ;)





A takie urocze by było to miejsce gdyby nie wiatr!



Jak się zebraliśmy do drogi to okazało się, że nie tylko my dzisiaj nocowaliśmy na Ćwilinie. Po krótkiej rozmowie z biwakowiczami okazało się, że u nich podobno wcale nie wiało (!). Albo mieli taki silny sen ;)



W Tatrach o poranku chyba też wiało.

Schodzimy na Przełęcz Gruszowiec paskudnie stromym szlakiem. To jest jednak urok Beskidu Wyspowego - nie pierwszy to dzisiaj, ni ostatni ;)

A skoro już zeszliśmy, to w górę! Następny szczyt na naszej drodze to Śnieżnica. Ścieżka tym razem całkiem przyjemna, tylko z widoków nici.





Szczyt też jest zalesiony.



Ścieżkę urozmaica za to zejście. Niebieski szlak gdzieś gubimy, ale zbytnio się tym nie przejmujemy - jest przecież stok. Jakiś czas później się dowiadujemy, że tamten szlak jest owocem jakichś lokalnych sporów - podobno mieszkańcy zamalowują znaki itp :) Nie wiemy o co dokładnie chodzi... I może w sumie nie chcemy wiedzieć?



Schodzimy do Kasiny Wielkiej.



I zmierzamy w stronę naszego kolejnego celu - a zwie się on Lubogoszcz. Nie wygląda strasznie.



A jak gości nas Lubogoszcz? Nie ustępuje innym górkom Beskidu Wyspowego. Ścieżka jest piekielnie stroma. Za to podczas odpoczynków cała okolica leży nam u stóp.



Uff!



Każda stromizna się kiedyś kończy. Jesteśmy na Lubogoszczu. Dojadamy nasze zapasy (nie wiedzieć czemu na wycieczkę do jedzenia wzięliśmy TYLKO kiełbasę. Oczywiście nie mogę już na nią patrzeć, ale coś jeść trzeba ;)).

Podczas zejścia okazuje się, że Lubogoszcz jest stromy nie tylko od strony Kasiny Wielkiej. Jakieś mocno zmęczone Panie w połowie drogi pytają się nas, czy do szczytu jeszcze daleko. Aż mi głupio odpowiadać twierdząco ;)



Podczas zejścia mamy za to widok na Przełęcz Gruszowiec, na którą schodziliśmy dzisiaj z Ćwilina.



Wiosna, wiosna!



I na koniec pozuje nam Luboń Wielki.

Jakiś czas później docieramy do Mszany. Na odchodne pluskamy się jeszcze trochę w Mszance i czas pożegnać się na jakiś czas z Beskidem Wyspowym.