piątek, 9 października 2015

Trondheim, przesiadka w drodze na północ

Jak jeszcze może część odwiedzających pamięta, w poprzednie wakacje postanowiliśmy spontanicznie wybrać się do Norwegii. Wróciliśmy zachwyceni i zainspirowani.
Dlatego też, w tym roku pomyśleliśmy trochę wcześniej i na wiosnę mieliśmy już kupione bilety. Nie planowaliśmy jakoś za dużo - a, bo my lubimy niespodzianki ;)

W upalny sierpniowy dzień wsiedliśmy do samolotu w Gdańsku. Lotów nie cierpimy, ale ten "przeleciał" jakoś bezboleśnie - może dlatego, że drogę umilała nam rozmowa z pewną Meksykanką, która leciała w odwiedziny do córki. Na pamiątkę dała nam breloczek z Meksyku - na szczęście.

A jakby ktoś zastanawiał się, gdzie tak właściwie nas wywiało... ;)
Dzień I - trasa
Trondheim.
Kiedyś ta nazwa kojarzyła mi się tylko ze skokami narciarskimi. Później, wraz z nadejściem norweskiej fascynacji zaczęła pociągać - a, bo to już trochę bardziej na północ... Trondheim na pewno musi być niezwykłe!

Wylądowaliśmy na niedużym lotnisku v Værenes. Wysiadamy. I co? Po pierwszych dziesięciu minutach Wojtek stwierdził, że:
"jakoś tak... bez szału tutaj. Coś jakby Beskidy były nad morzem".
Może ktoś nie wierzyć, ale jak na Norwegię, to na prawdę bez szału.
Niemożliwe, nie ma dookoła gór o niesamowitych kształtach, wysepek... Czy to aby na pewno to Trondheim, którego nazwa tak kusiła?
Na pewno.
Trondheim, jedno z pierwszych miast Norwegii. Powstało w X wieku i można powiedzieć, że było pierwszą stolicą Norwegii. Miasto założone przez Olava Tryggvasona, w czasach Wikingów. Właściwie to nie dziwię się, że te norweskie "niziny" zachęciły ludzi do osiedlania się - w okolicy da się uprawiać ziemię, jest dostęp do morza (konkretniej do fiordu). Czego chcieć więcej?

Lotnisko Værenes
No cóż, turyści liczą może obecnie na coś jeszcze. Ale wracając do naszej wycieczki. Po wyjściu z lotniska trzeba było się jakoś przedostać do Trondheim. Jak? Oczywiście autostopem! Najpierw próbowaliśmy łapać stopa na głównej drodze do Trondheim, szybko jednak okazało się, że to raczej kiepsko pomysł... Norwegowie często sami dają znać jeżeli miejsce, w którym łapiesz stopa jest złe.  Machają zza kierownicy, w którym kierunku przejść, żeby dać szansę się komuś zatrzymać. Oczywiście - kulturalnie ;)

A więc, postanowiliśmy wybrać dużo mniej ruchliwą, jak się później okazało - starą drogę.  Po drodze spotkaliśmy Polaków, którzy też wybierali się w tygodniową podróż stopem z metą w Ålesund. Jeśli jakimś cudem to czytacie, to pozdrawiamy! :)



I znaleźliśmy się o w miejscowości o takiej wdzięcznej nazwie ;) Na szczęście - i to dosłownie! Jesteśmy w Norwegii (hell po norwesku oznacza szczęście). Przy okazji natknęliśmy się na centrum handlowe, w którym udało nam się kupić gaz - byliśmy więc gotowi na podróż na północ.



"Nizinne" okolice Trondheim.
W Hell udało nam się w końcu złapać stopa. Węgierka zadomowiona już w Norwegii podwiozła nas paręnaście kilometrów. Pogadaliśmy trochę o dialekcie w tych okolic, styczności z którym się trochę obawiałam.

Wysadziła nas koło centrum handlowego, zaraz koło głównej drogi. Zawsze to trochę bliżej do Trondheim.



Na kolejnego stopa nie czekaliśmy zbyt długo. Tym razem dwóch Norwegów, zawiozło nas już do samego centrum miasta.



I na dzień dobry uderzenie tego, co kojarzy się z Trondheim - taka właśnie zabudowa.

Zaraz po dojechaniu do miasta idziemy na dworzec kolejowy - o 23 z kawałkiem mamy bowiem pociąg dalej na północ, ale bilety kupione dopiero od przystanku na lotnisku. Trochę boimy się jechać te 30 km na gapę, więc chcemy dokupić bilet z Trondheim. Podczas rozmowy z panią w kasie okazuje się, że wcale nie musimy żadnego biletu dokupować... Hm. Nie wierzymy, bo być może pani nas źle zrozumiała? Całkiem w sumie wierzę w swój norweski, no ale... Nic. Postanawiamy wrócić tu za jakiś czas i zapytać jeszcze raz ;)

Z racji tego, że mieliśmy cały dzień na pozwiedzanie miasta, postanowiliśmy znaleźć miejscówkę na śniadanie. Nie było to nic dziwnego - dzień był upalny i dosłownie we wszystkich parkach na trawnikach przesiadywali ludzie, urządzali sobie pikniki... Tereny zielone nawet w mieście są tutaj traktowane praktycznie jak chodnik - chodzić, siedzieć można wszędzie. Nie dostaje się głupiego mandatu za deptanie trawy, jak to zwykli robić "stróże prawa" w Polsce.



Plecaki cholernie ciężkie - jak to na początku wycieczki, w której nosi się prowiant na tydzień. Ale nie mogliśmy cały dzień siedzieć w jednym miejscu, więc zaczęliśmy zwiedzanie.

parking:-)

Ścisłe centrum miasta otoczone jest rzeką Nidelva, a bezpośrednio nad rzeką wznoszą się magazyny kupieckie, obecnie zaadaptowane głównie na hotele i restauracje.



I jeszcze jedna rzecz, która rzuciła się nam w oczy - całe mnóstwo jachtów. Czasami wygląda to tak, jakby jachty stały pod domami jak na parkingu, zamiast samochodów ;)

Pokręciliśmy się trochę po mieście i skierowaliśmy nasze kroki w stronę zielonej plamy na mapie - Kristiansten Bakken.






Pnące się w górę uliczki doprowadziły nas do takiej oto górki, z której roztaczał się widok (mocno ograniczony drzewami) na miasto i Trondheimsfjorden.



Tam trochę się powylegiwaliśmy - a co, jesteśmy na wakacjach! ;)

Po leniuchowaniu wybraliśmy się poodkrywać dalej okolicę - w stronę twierdzy Kristiansen festning.

Mieszkańcy przesiadujący na trawnikach pod murami twierdzy i wewnątrz nich pijący piwo czy wino (kolejny mandat?)

Budynek zbudowany w XVII wieku po pożarze miasta. Później służył głównie jako twierdza w czasach wojny. A obecnie... Atrakcja turystyczna.



A skoro jest twierdza, to są i armaty.



Z okolicy Kristiansen festning widać całe miasto jak na dłoni. Wejście na teren jest bezpłatne, rozsiąść się można praktycznie wszędzie. Wystarczy tylko nie śmiecić.







Ten widok chyba najładniejszy - stare miasto, katedra Nidaros i Trondheimsfjorden.



Naszym kolejnym celem była katedra, więc znaleźliśmy tajemne drzwiczki i podążyliśmy w jej kierunku ;)



Po drodze napotykając stromą uliczkę pełną przepięknych, czerwonych domków.





Sweterki obowiązkowo muszą być. Co ciekawe, podczas tego pobytu w Norwegii przyuważyliśmy, że Norwegowie mają fazę na robienie na drutach - włóczki można było kupić nawet w zwykłych supermarketach.

Po drodze do katedry odkrywaliśmy coraz bardziej urokliwe części miasta. Uwielbiam tą architekturę!





I kiełbaski za jedyne 10 zł - wtedy jeszcze, świeżo po wylocie z Polski wydawało nam się to drogo :)

Zaraz po zejściu z wzgórza znaleźliśmy się chyba w najbardziej pocztówkowej części Trondheim - któż nie zna tego obrazka!






Mało kto jednak wie, że taki widok roztacza się z pięknego czerwonego mostku o nazwie Gamle Bybro. Podobno most nosi też nazwę Bramy Szczęścia - czyli, że to już nasze trzecie szczęście dzisiaj! ;)







Przekraczamy więc rzekę Nidelva i wchodzimy na teren katedry.



Katedra otoczona jest przez cmentarz i piękny park.



... a zaraz obok grają rockowy koncert ;) Ciekawie to wygląda - ludzie siedzą na trawie, czytają książkę albo słuchają koncertu - zaraz obok nagrobków :)



Wejście na koncert było płatne, na cmentarz już nie:)

Katedra Nidaros

Katedra Nidaros robi duże wrażenie. Przede wszystkim - jest ogromna! Jak widać, niezbyt mieści się w obiektywie ;)



Ale najpiękniej prezentuje się z przodu. Mnóstwo szczegółów... Siedzimy i wpatrujemy się w nie przez parę minut.

Dzionek się kończy. Wracamy więc powoli w stronę dworca, żeby wyjaśnić finalnie sprawę z naszym biletem. Po drodze przechodzimy przez plac Torvet, ale nie robimy tam żadnego zdjęcia - tego dnia bowiem w mieście miały miejsce zawody Trondheim Triatlon i cały plac zawalony był czymś na podobieństwo trybun... No nic. Jeszcze kiedyś wrócimy :)

Zamiast pomniku Olava Tryggvasona na placu Torvet robimy więc zdjęcie pomnikowi Den siste viking (Ostatni Wiking), co kojarzy się głównie z powieścią Johana Bojera o tym tytule. Wdrażamy się w rybackie klimaty, które będą jednym z przewodnich motywów całej wycieczki. Tak czy siak - zostałam zachęcona do przeczytania powieści;)






Przy zachodzącym słońcu pojawiamy się ponownie na dworcu - tym razem kasy już zamknięte, zaczepiamy więc ochroniarza i (tym razem dla pewności po angielsku) dopytujemy o bilety. Ochroniarz uśmiecha się do nas i zapewnia nas, że biletu nie trzeba dokupować... No cóż. Na siłę nie będziemy więc.



Pozostaje więc czekać do północy. Dworzec nie zachęca nas jakoś do spędzenia tam wieczoru, więc wracamy na Kristiansen Bakken.



Ze znalezionej wcześniej miejscówki oglądamy zachód słońca, który wdał nam się dość długi.
Jeszcze nie wiedzieliśmy, że to był nasz najszybszy zachód słońca na tej wycieczce.



Wycieczkowiec płynie zapewne w stronę otwartego morza. Polubiliśmy obserwowanie poruszających się po wodach wielkich statków.



A kiedy słońce już zachodzi, idziemy jeszcze raz spojrzeć na Trondheim z góry.





Zbliża się godzina odjazdu naszego pociągu. Ruszamy więc w kierunku dworca, a tu proszę - w całym mieście trwa impreza! Ogólnie to wygląda to jak rozpoczęcie roku akademickiego. Trondheim to w końcu miasto studentów ;)


Mocno zmęczeni i śpiący koczujemy już na dworcu niemal do północy (jakoś mało ściemnionej?).
W końcu nadjeżdża nasz pociąg. Przed nami prawie 10 godzin jazdy. Jazdy na północ...