wtorek, 15 grudnia 2015

Za koło podbiegunowe

DZIEŃ II:
Trondheim -> Bodø -> Moskenes -> Reine -> Vindstad -> Bunesstranda



A więc powróćmy do pewnej ciepłej nocy, w Trondheim...
Wsiadamy do pociągu, znajdujemy nasze miejsca i rozsiadamy się. A na siedzeniach czeka nas niespodzianka - szara paczuszka. Opis na paczuszce: śpij dobrze... 
Otwieramy, a w środku - kocyk, dmuchana poduszka, opaska na oczy i zatyczki do uszu. To dopiero komfort :) Wszystko w cenie biletu - a po podróży możemy sobie taki zestaw zatrzymać. Dmuchane poduszki wielkości chusteczki higienicznej po złożeniu od tamtej pory są z nami zawsze w namiocie.


Czeka nas prawie 10 godzin jazdy, jest północ, więc po całym dniu wrażeń zasypiamy dość szybko. Po jakimś czasie Wojtek przenosi się na wolne dwa siedzenia gdzieś obok - mijają kilometry, a my, śpiąc, nawet nie wiemy gdzie jesteśmy...

Budzi mnie głośny dźwięk. Patrzę za okno - świta. Właściwie to jest już całkiem jasno. Dźwięk, jak identyfikuję chwilkę później okazuje się być trąbieniem lokomotywy. Pociąg nie jedzie jakoś szybko. Jeszcze w półśnie ślepię przez okno... I nagle - hop, koło torów przeleciał łoś. Wow! Chwilę później - kolejny, tym razem z rogami... Mobilizuje mnie to do wyciągnięcia aparatu.
Jak się okazało, jadąc przez te tereny maszynista co jakiś czas trąbi, ostrzegając leśne zwierzęta.



Okolice, przez które jedziemy są dość górzyste, raz na jakiś czas pojawią się ze dwa domki obok siebie, ale ogólnie - las, las, góry i las. Jak sobie pomyślę o ludziach, którzy żyją w tak pięknej okolicy to zatłoczony Kraków wydaje mi się strasznie nieatrakcyjny :) Ale wiadomo, życie na odludziu nie należy do łatwych.





Jest coś koło 5:00, czyli jeszcze 4 godziny jazdy. Robię parę zdjęć i idę znowu spać. Czeka nas w końcu długi dzień.

Około dwie godziny później budzą mnie promienie słońca. Zarządzam ostateczną pobudkę - dziewczyno, jedziesz Norlandsbanen! Budzę Wojtka i teraz już wgapiamy się w okna.





A jest co oglądać. Pociąg nabiera wysokości, a to oznacza, że zbliżamy się do Koła podbiegunowego (Polarsirkelen) i wjeżdżamy w góry Saltfjellet.



Masyw Saltfjellet to przede wszystkim olbrzymi, kilkudziesięciokilometrowej długości płaskowyż z gdzieniegdzie wyróżniającymi się szczytami. Najwyższy szczyt ma ok. 1700m. My jedziemy na wysokości około 600-700 m n.p.m. Tory poprowadzone są wzdłuż drogi E6, która ciągnie się praktycznie aż na Nordkapp. Oprócz niej w promieniu wieelu kilometrów nie ma tutaj żadnej innej drogi.

Przekraczamy Koło podbiegunowe. Jesteśmy więc w 100% na północy :) 



Odludny płaskowyż bardzo przypadł nam do gustu, ale czas się z nim pożegnać. Zniżamy się powoli znowu do poziomu morza.

Jeszcze parę słów o naszym pociągu. Pewnie część z Was zastanawia się ile kosztuje podróż takim pociągiem - otóż, wcale nie dużo! Koleje norweskie, czyli NSB mają stałą promocję, dzięki której z około 2-3 miesięcznym wyprzedzeniem możemy kupić bilety za tzw. minipris, która bez względu na odległość wynosi zawsze 249 NOK za bilet (wtedy było to około 125zł), obecnie kurs jest korzystniejszy. A biorąc pod uwagę to, że pociąg jest naprawdę wygodny a widoki przez 700km za oknem piękne... To myślę, że jest to bardzo dobrze zainwestowane 249 NOK :) Więcej szczegółów wraz z linkami pojawi się w zakładce Norwegia.



Na zdjęciu zestaw podróżny - kocyk i poduszka. Zatyczki do uszu i opaska na oczy przydadzą się później ;)



I znowu jesteśmy nad fiordem.



Momentami pociąg jedzie bardzo blisko wody.



Okrążamy sporych rozmiarów Skjerstandfjorden. Gdzieś tam na horyzoncie majaczą już wyższe góry - czyli klimaty robią się bardziej "lofociarskie" :) Niestety, żegnamy się ze słońcem - tam, gdzie jedziemy, niebo przykrywają chmurzyska.

Zbliża się 9:00, opuszczamy brzeg fiordu. Zabudowań coraz więcej, aż w końcu wjeżdżamy do Bodø. Tutaj kończą się tory.



Bodø nie jest miastem turystycznym, ani zbytnio urokliwym. Mało tu drewnianych domków, sporo za to nowoczesnej zabudowy. Mieszka tu ponad 40 000 ludzi, czyli jak na norweskie warunki dość sporo. Jest to raczej miasto portowo-przemysłowe.



Zaczynamy rozglądać się za promem. Postanawiamy iść za tłumem i wychodzi to całkiem dobrze. Okazuje się, że prom do Moskenes odpływa za kilkadziesiąt minut. Znacznie szybciej niż doczytaliśmy wcześniej w internecie. Dla nas idealnie ;)



Udaje nam się nawet kupić jeden bilet ulgowy, o co nie prosiliśmy - chłopak kasujący jakoś tak mrugnął okiem. A dla nas to dużo - jeden normalny bilet to 174 NOK.



Na promie wraca słońce. Huraa! Zajmujemy najlepszą miejscówkę - rozkładamy sobie leżaki na tarasie. I czas na notatki z podróży w Hemli-notatniku chwil uchwyconych;)





W końcu ruszamy. Czeka nas ok. 3,5 h podróży do Moskenes, w czasie których mamy przepłynąć dystans ok. 100 km.



Żegnamy się z Bodø, które jeszcze będziemy mieli okazję nieco lepiej poznać za parę dni. Otoczenie, w przeciwieństwie do samego miasta, jest piękne. 



Prom przeciska się między małymi wysepkami, żeby wypłynąć na otwartą wodę, lecz nadal jest to fiord - Vestfjorden.





Jako przedsmak Lofotów podziwiamy wyspę Landegode.



Po opuszczeniu portu szybko robi się zimno, głównie przez wiatr. Skłania nas do tego, żeby jednak schować się gdzieś w środku promu. Słońce zachodzi, zaczyna trochę bujać... Czas się więc trochę zdrzemnąć ;)






Po przebudzeniu niestety stwierdzamy, że słońca nadal brak. Przybliżamy się jednak do niekończącego się, wyrastającego z morza przed nami łańcuchu gór... Lofoty!



Wyglądają, jakby wybijały się stromymi ścianami wprost z wody.



Marzenia Hemli powoli się spełniają:-)





Opuszczamy prom. Obliczamy godziny - przypłynęliśmy wcześniej, niż przypuszczaliśmy. Trzeba to więc wykorzystać. Zakładamy plecaki i ruszamy wgłąb archipelagu, do miejscowości Reine.



Wierzbówki rosną i tutaj :)



Droga prowadzi wzdłuż Vestfjorden. Z jednej strony góry, z drugiej strony ogromny fiord. Moglibyśmy co prawda łapać stopa, ale to tylko 6 kilometrów, więc w sumie nawet lepiej będzie się przejść i lepiej rozejrzeć po okolicy.



Djupfjorden, czyli głęboki fiord. Szczyty wznoszące się nad nim mają ok. 500-600 m. Takie widoki będą w najbliższych dniach na porządku dziennym :)

Po około godzinie spaceru docieramy do rybackiej wioski Reine. Położona jest na wysepkach i składa się głównie z uroczych, drewnianych domków. Okolica morsko - górska, gdzie góry z każdej strony stają pionowymi ścianami.



Właśnie gdzieś z Reine odpływa kuter do naszego dzisiejszego celu podróży. Nie mamy jednak pojęcia skąd może odpływać - do tego ludzi na ulicy brak, nie ma się kogo spytać... W końcu dostrzegamy kogoś w jednym z ogródków. Głupio tak wyrywać z niedzielnej sielanki, ale cóż zrobić.

Okazuje się, że ów przystań z dwoma kutrami znajduje się zaledwie paręnaście metrów dalej, za domkiem. Są też tam oczekujący turyści, a to już dobry znak.



Rozkład "rejsów". Udaje nam się załapać na tej o 15:00. Jak widać nie kursuje zbyt często. Właściwie to pewnie wszyscy mieszkańcy tych osad mają swoje łodzie czy kutry.

Zajmujemy (znowu najlepsze) miejscówki.





Kiedy kuter rusza, od razu robi się zimniej. Najpierw wolno przepływamy między wysepkami, więc możemy z ciekawej perspektywy przyjrzeć się Reine.
Płyniemy w kierunku szpiczastych wierzchołków po drugiej stronie. 



Lofocka maczuga - oryginalnie nazywa się Hammarskaftet czyli "Trzonek młotka" :)



Rybacka zabudowa.



I puste już stelaże na tørrfisk, czyli suszone dorsze. Suszą się na wiosnę - w sumie to chyba dobrze, że się na okres suszenia nie załapaliśmy, "zapach" z pewnością jest intensywny :)

Jak tylko wypłynęliśmy z wioski, gwałtowne przyspieszenie. Cała naprzód!





Wydawało się, jakbyśmy płynęli bardzo szybko. Ubrałam na siebie wszystkie możliwe kurtki, bo wiało niemiłosiernie i razem z innymi turystami zabraliśmy się za robienie zdjęć - jedyną słuszną czynność ;)





Najpierw płynęliśmy do osady Kirkefjorden. Fjord był dość wąski, a zaraz nad nami piętrzyły się wielkie ścianiska.





A oto i osada - a raczej kilka domków. Stąd można wybrać się na plażę Horseidvika. Nie takie były jednak nasze plany. Parę ludzi wysiało, parę wsiadło i ruszyliśmy ponownie, tym razem zmierzają ku Vindstad.
Ściany ponad osadą i w jej tle są imponujące - wysokością sięgają do około 600-700 m. n.p.m., ale pamiętajmy, że jesteśmy na poziomie morza:-)



Wioska Vindstad była równie mała jak Kirkefjorden. Wysiedliśmy, a razem z nami troje francuskich turystów.



Byliśmy u celu, prawie. Ten kuter był ostatnim środkiem transportu "tam", jaki nas czekał. A więc, czas na wisienkę na torcie. Od naszego dzisiejszego celu dzieliły nas zaledwie 3 km spaceru.



Osada Vindstad była niesamowicie cicha, spokojna... Żadnych samochodów (bo i po co tu komu), przed domami ani żywego ducha, jedna polna droga. Drzewa w okolicy policzyliśmy na palcach jednej ręki. Niesamowite - jak żyje się w takim miejscu?

Rozmyślając o tym ruszyliśmy w stronę szerokiej przełęczy, za którą miała znajdować się nasza plaża.





Niespiesznie wdrapaliśmy się na przełęcz - około 100 metrów w górę. A z niej w dole ujrzeliśmy ogromną plażę otoczoną górami. Plaża Bunesstranda - nasz dzisiejszy cel. 
Dla nas to też niesamowite miejsce na końcu świata - dalej na północ już w tej wycieczce nie będziemy. Przed nami już tylko Morze Norweskie, a gdzieś za nim Svalbard, Grenlandia.



Zatrzymujemy się na chwilę zadumy. Mimo strzelistych ścian wokoło, wpatrzeni byliśmy w wodę wypływającą pieniącą się przy spotkaniu z piaskiem. Schodzimy na dół - czas rozbić obóz i powędrować po okolicy...