środa, 28 września 2011

Małe błądzenie

Trasa:
Straconka->Magurka Wiślańska->Przełęcz Przegibek->Kopce->Groniczki->Hrobacza Łąka->Przełęcz u Panienki->Kozy



Spontaniczne akcje wychodzą najlepiej. Późnym wieczorem, popijając kolejną gorącą herbatkę wysyłam sms-a. I nagle okazuje się, że jutrzejszy dzień spędzę... w górach.

Z racji przyszłościowo-przeszłościowych wyjmuję z pawlacza moje stare buty. Nowe podczas ostatniego pobytu w Tatrach odcisnęły zbytnie piętno na moich stopach. Tym razem muszą zostać w domu.

Planowo miałyśmy się wyspać. Ja się nie wyspałam. Z ciężkim sercem opuszczam ciepłe łóżko. Żadne promienie słońca mnie nie budzą, co nie pomaga. Wmawiam sobie jednak, że jeszcze je dzisiaj zobaczę.

W Straconce meldujemy się po 9.00. Wychodzimy na szlak. Dla mobilizacji mówię Adze, że nagniemy szacowany czas przejścia o połowę. Tak naprawdę średnio w to wierzę - tak samo, jak w to, że wyjdzie jeszcze słońce.

Nie mogąc nacieszyć się zbytnio widokami zamiast fotografować szare Bielsko, zabieram się za... pajęczynki.




W końcu mamy Babie lato, hę?

Nie mija godzinka, jak naszym oczom nad drzewami okazuje się wieżyczka. Z zadowoleniem stwierdzam, że moje słowa nie były puste - udało się nagiąć czasoprzestrzeń :)

Nadzieje na zobaczenie dzisiaj czegoś ciekawego maleją z każdą chwilą - co prawda mamy chmury w dole, ale nic szczególnego z tego nie wynika.


Widok z Magurki


Wstępujemy do schroniska na Magurce, wokół którego roznosi się woń ogniska i okrzyki rozentuzjazmowanych dzieciaków. Z naszych obliczeń wynika, że razem z nami na Magurkę postanowiły dzisiaj wejść trzy szkolne wycieczki w wieku chyba gimnazjalnym.


Schronisko na Magurce Wilkowickiej

Dopijamy herbatę, kosimy widokówkę z Dębowca (!) i stwierdzamy, że idziemy na Hrobaczą Łąkę.







Dlaczego na każdym zdjęciu robionym samowyzwalaczem mam dziwną pozę?! Albo zmuszam innych do przyjęcia takowej? xP

Schodząc na przełęcz Przegibek nasłuchuję się opowieści o dzikach z Szyndzielni. Poczucie bezpieczeństwa zostało zachwiane. Zaczęłam zerkać podejrzliwie w krzaki.




Podchodzimy na Hrobaczą. Ani pół ludzia. Musimy za to pokonywać beskidzkie stawy.


Idąc bodajże trzeci raz tym szlakiem zostaję namówiona przez Agę do zobaczenia Źródełka Maryjnego. Zawsze było szkoda mi dwóch minut.

Niestety okazuje się, ze źródełko jest... wyschnięte. A właściwie domyślamy się, gdzie powinno się ono znajdować.


Do źródełka Maryjnego

Trochę wspinaczki w Beskidzie Małym.


Docieramy na Hrobaczą Łąkę, gdzie klimaty iście rodzinne. Po wejściu do schroniska przekraczamy zabawki, wdajemy się w krótką rozmowę z bywalcami - z pewnością nie turystami. Aga zdobywa przyszłych pacjentów :)

Raczymy się obiadową jajecznicą, która zostaje nam podana w uroczych naczynkach.



Czas kierować się w dół. Po drodze napotykamy ślady raciczek. Uparcie twierdzę, że to sarny, Aga za to obstawia dziki. Kwituję to milczeniem i idę dalej.

Chwila niedopatrzenia i staje się - nagle zaczyna brakować nam oznaczeń szlaku na drzewach. Idziemy dalej w myśl, że gdzieś się zejdzie - najlepiej do szlaku. Niestety, zamiast czarnego szlaku odnajdujemy drogę.

Gdzie jesteśmy? Nie wiadomo. Idziemy osiedlową dróżką, aż w końcu zauważam jakiegoś mieszkańca. Dość dziwnym spojrzeniem reaguje na moje pytanie - Przepraszam bardzo, a co to za miejscowość? Z małym zażenowaniem mówi, że Kozy. Na szczęście udziela dalszej bardzo pomocnej rady, jak dotrzeć z powrotem do cywilizacji i nie przepłacić za PKS :)

W ten sposób 15 minut później widzimy tabliczkę Bielsko-Biała, co nas cieszy. Tak właśnie kończy się błądzenie po Beskidzie Małym - ze mną jako przewodnikiem, nieuniknione :)