sobota, 16 czerwca 2012

Ahoj, zwariowana przygodo!

Data:
16-17.06.2012

Rejon:
Dolina Bolechowicka, Dolina Kobylańska

Drogi: 
Dolina Bolechowicka:
 - Filar Wallischa: Rysa Wallischa (V-),
 - Filar Wallischa: Krwawa Pięść (V) - próba,
 - Zamarła Turnia: nieznana droga (IV),
 - Filar Pokutników: Poetyka Lunatyka (IV),
Dolina Kobylańska: 
 - Turnia z Krokiem: Komin z Krokiem (III), 
 - Turnia z Krokiem: Ścianką (VI+) - próba, 
 - Żabi Koń: Jarzębinka (V-),




Weekend. Zapowiadają skwar. Po czesku : vedro. A my... w skały :)

Po przetrwaniu specjalnych efektów dźwiękowych na katowickim dworcu okazuje się, że nasz pociąg jednak podjeżdża, i że jednak konduktor decyduje się otworzyć drzwi. Jedziemy. To już sukces!

Zabierzów. Autobusów brak... Temperatura rośnie. Próbujemy łapać stopa...





Czyżbyśmy za mało się starali? :)

Wojciech wykorzystuje chwilę postoju na małą rozgrzewkę.



W końcu udaje się złapać "darmowego" busika. Wydaje się, że już nic nie jest w stanie stanąć nam na drodze....



Docieramy do centrum Bolechowic. Stąd rzut beretem do Bolechowickiej Bramy - naszego dzisiejszego terenu działania.



A tu jednak! Wchodzić, czy może lepiej pozostać w bezpiecznym nie-mieszanym terenie..?
Mieszańcom wolno :)



Ryzykujemy! Brama Bolechowicka. Towarzystwo rzeczywiście trochę mieszane, okaskowani kursanci przeplatają się z wspinaczami... Wtapiamy się w tłum.




I w ścianę! Początkowo trafiamy na mokry kominek, który działa nam trochę na nerwy... Wojciech nie jest zbyt pewny własnej asekuracji, toteż się z niego wycofujemy.

Na szczęście szybko wymieniamy go na całkiem fajną drogę na Filarze Wallischa. Mimo upału nieźle nam idzie (jak na nasze nikłe doświadczenie w skałkach).



Pokonujemy oboje całkiem fajną drogę w szczerym słońcu.







Niestety ściana jest na tyle słoneczna, że nie daje nam się nią zbytnio nacieszyć...
Szukamy czegoś po przeciwnej stronie. Tam zaś drogi w naszym zasięgu obstawione przez kursantów. Od pewnych wspinaczy z przewodnika wyczytujemy, że jest w Bolechowickiej coś takiego jak Zamała Turnia. A na niej obita droga o trudności IV. Coś dla nas! I w cieniu:) Uciekamy więc na Zamarłą Turnię.



Grzecznie zakładamy dolne stanowisko.



I Wojciech rusza do góry.



Trochę kombinacji z liną i jej prostym prowadzeniem i udaje się wpiąć w stanowisko:-)



Tam Wojtuś się relaksuje:-)

Przepinanie liny przez stanowisko też zajmuje mu trochę czasu. Całe szczęście, nie muszę wtedy asekurować:)



I zjeżdżamy w dół:-)





A ja zostaję kontuzjowana. Zaliczyłam mały falstart - Tuż po starcie poślizg, i kolano stłuczone:-/ Zamarła w dalszym ciągu chce zbierać żniwo...



Tak łatwo się nie poddajemy - startuję ponownie.



Udaje się mi dojść do połowy wysokości, ale kolano jest za tym, żeby dalej nie iść. Zjeżdżam w dół:-)





Na pożegnanie z Bolechowicką Wojciech jeszcze załapuje się na jakąś krótką drogę. Ja na dzisiaj mam dość:-) Idziemy rozbić namiot do Doliny Kobylańskiej.


Po drodze przez pola troszkę widoczków :

















W upale i trudzie docieramy do Doliny Kobylańskiej, która i dzisiaj służy za pole namiotowe.





Wojtuś kucharzy :)





A ja strzelam dziwne miny :)





I fotografuję się z Żabim Koniem :)





Nie spieszno nam spać. Łapki odpoczęły, zabieramy sprzęt pod dobrze już nam znaną i jeszcze bardziej lubianą Turnię z Krokiem.




Przechodzimy ponownie znaną drogę. Wojtuś zakłada stanowisko...





... a potem pcham się tam ja... Z przyszpejoną lustrzanką :)





Specjalnie uciekliśmy do tej Doliny, żeby nie oglądać meczu. Udało się nam. Częściowo. Oglądać nie musimy, musimy za to słuchać. I to się staje - żałujemy, że słuchamy!

Pozostaje tylko iść spać. Jedyny plus tego wszystkiego taki, że kobylańscy kibice jakby... zamilkli.





Kolejny dzień. Robi się skwar. Po wspinaczkach dnia poprzedniego odkrywamy, że słoneczna ściana pozostawiła na nas znamię... które jest czerwone i piecze. Cholera!

Lecimy na Żabiego Muła. Jest w cieniu!



Jak zwykle, zakładamy na dole stanowisko. Tak dla dobrych nawyków :)



Droga nazywa się Jarzębinka :)



Cyrus. Jak tylko otwarłam namiot, wpadł do niego, żeby dać mi przyjacielskiego buziaka... A potem chcąc zaradzić mojej samotności podczas asekuracji, kiedy to Wojtuś znikł za załomem jak gdyby nigdy nic przysiadł mi linę. Oswobodziłam ją cudem. Ale i tak był prze-kochany :)



Wojtuś po pierwszej części drogi.



A oto i ślady Zamarłej Turni :)

Wspinanie na Żabim Koniu trwa do czasu, aż pojawiają się tam pierwsze promienie słoneczne. Południowe upały dają się we znaki - kręcimy się coraz bliżej strumyków, aż w końcu poddajemy się i siadamy w głębokim cieniu z chłodnymi napojami w ręku.








Na koniec dnia trochę wspinaczki, trochę zjazdów i czas się zwijać ze "skalnego miasta"...








PKP Zabierzów. Słychać odgłosy pobliskiego festynu, na który nie mamy siły iść nawet po lizaka.



Oboje zgodnie stwierdzamy, że to fajny malunek:-)




Gorąca herbata na peronie - tego jeszcze nie bylo:)

I koniec naszej pół-górskiej przygody :) A wspinanie jest całkiem fajne :)