niedziela, 26 maja 2013

Na zielonej ziemi Liptowskiej...czyli z połonin pod most.

Majówka na Słowacji - dzień II.
Opis poprzedniego dnia można zobaczyć tutaj, a kolejnego - tutaj.

Trasa pieszo: Chata pod Borisovom -> Chyzky -> Koniarky -> Chyzky -> Zelena dolina -> Vysne revuce.
                         Vlkolinec -> Sidorovo -> Vlkolinec
Trasa samochodem: Vysne revuce -> Vlkolinec -> Ruzomberok -> okol.Valaske dubovy

Mapa trasy pieszo:





Mapa trasy samochodem:


























Dzień drugi. Wstajemy skoro świt - obieramy taki plan, żeby uniknąć prognozowanych na popołudnie burz i przejść się po wielkofatrzańskich olbrzymach, które mają aż 1500 m :) Kto widział, ten jednak wie, że ich wielkość nie tkwi w wysokości. Mniejsza jednak z tym.

Noc z racji chrapiącego lokatora mamy średnio przespaną. Z samego rana daje nam się tez we znaki wczorajsze słońce. Ała... Kremowanie na noc oczywiście nic nie dało. Trudno, trzeba teraz cierpieć :)

Robimy wymarsz. Pogoda jest jakaś dziwna - zamiast porannej sielanki i spokoju wieje mocno wiatr, przewalają się ciemne chmury. Grozy dodaje to, że dookoła ani pół żywej duszy.
W wejściu na trawers Ploskiej dostaję smsa: burza. Hemli-fobia się uaktywnia. Robimy odwrót.

Co prawda chwilę potem nie nadciąga okropna burza z wichurą, ale są tego jakiegoś plusy - jemy sobie na spokojnie śniadanko i w międzyczasie podsypiamy na stolikach w schronisku. Są taaakie wygodne :) Okazuje się za to, że nasza herbata została w karocy - czyżby czekała nas w zamian gorąca woda?
Nie! Okazuje się, że naszym nowo-poznanym znajomym z Krakowa nadbywa parę torebek. Dziękujemy :)


Przed Chatą pod Borisovom


Przed Chatą pod Borisovom

Widać, że wcześnie :)


A przy okazji, postanawiamy zabrać się z nimi. Sytuacja z pogodą nie wygląda wiele lepiej - wiatr nie urywa już głowy, ale ciemne chmurska nadal pokrywają niebo. Do tego w oddali słyszymy pomruk burzy. W tym samym czasie nad Czechowicami przechodzi kolejna nawałnica.


Ploska

Przed nami trawers Ploskiej. Nie dalibyśmy się chyba namówić, żeby na nią dzisiaj wleźć od tej "złej" strony :) Na ścieżce w okolicach żlebów jest jeszcze trochę śniegu. Ten szlak musi być całkiem nieprzyjemny w zimie - a przechodzenie go przy zalegającej sporej ilości śniegu podchodziłoby chyba pod idiotyzm :)


Borisov

Oglądamy sobie za to Borisov z innej strony. To ta lawiniasta, o czym wspominałam w poprzedniej notce. Patrząc z tej perspektywy muszę przyznać, że coś w tym jest :)


Trawers Ploskej


Trawers Ploskej


Trawers Ploskej


Spotykamy pierwszych ludzi. No i oczywiście wszechobecna polszczyzna - no chyba nikt się nie spodziewał, że spotkamy jakichś Słowaków na szlaku? :)
Jeden z napotkanych Polaków zadaje pytanie, którego my od wczoraj obawiamy się zadać - przepraszam bardzo, czy ja jestem na Słowacji? :) Słusznie! Jakąś tam granicę przekraczaliśmy, ale jak widać to o niczym nie świadczy ;)


Trawers Ploskej

A Wojtuś szczęśliwy :)

Muszę mieć niezłą minę, jak mijając kolejnych turystów "zapewne polskich" słyszę, że ktoś mnie woła po imieniu... i nie jest to Wojtuś. Okazuje się, że jest to Kasia z devianta! Jak widać, sympatycy gór w końcu się kiedyś w nich spotkają, a moja ruda czupryna chyba ułatwia nieco rozpoznanie :) W tym miejscu ślę serdeczne pozdrowienia i mam nadzieję, że to nie było nasze ostatnie górskie spotkanie na szlaku :)


Wielkofatrzańska Magistrala

I łączymy się z Magistralą schodzącą z Ploskej.




Czy te oczy mogą kłamać? Ależ skąd! :) I to lubię!




Fryzura iście poranna :) Wielkofatrzański fryzjer. Trochę gorszy niż tatrzański, ale zawsze coś :)


Ploska

Ploska. Z tej strony wraca do swojej płaskiej tradycji :)


Ploska

Wojtkowi się nie podoba. A mi tak i to bardzo :)


Chmury przewalają się nadal. Wojtek ani myśli schodzić w dół - chce zrealizować nasz pierwotny plan. Ja z kolei jak zawsze stawiam ponad wszystko bezpieczeństwo i w myśl "Ostredok nie ucieknie" wolę schodzić Zelenou Dolinou w dół. Do dalszej drogi jednak przekonuje mnie gdzieś tam przebijający się błękit.





Suchy Vrch

Suchy Vrch.

Dalsza wędrówka jednak sama się weryfikuje - czuję się jakoś kiepsko. Czyżby pogoda? Postanawiamy się zawrócić. Wojciech nie wygląda na zadowolonego :)

Schodzimy malowniczym bukowym lasem. Za naszymi plecami chmury są coraz ciemniejsze. Cieszę się z naszej decyzji.




Trochę iglaków też się znajdzie :)

Zelena Dolina jest dłuuuga. Mimo tego i tak schodzimy przed czasem. Ogólnie rzecz biorąc praktycznie wszystkie fatrzańskie szlaki przechodzilimy szybciej, niż podawał czas na mapach. Może to fakt, że chodzimy trochę szybciej niż przeciętny turysta - ale faktem jest też, że tamte czasy przejść nie są mocno wyśrubowane. Trochę inaczej ma się rzecz już w słowackich Tatrach :)


Zelena dolina

Faktycznie zielono i malowniczo w tej dolince :)


W pewnym miejscu ciszę, spokój i zieleń przerywają typowe dla Słowaków prace w parku narodowym. Przykry widok, ale cóż począć. Park narodowy na Wielkiej Fatrze funkcjonuje trochę inaczej niż w innych górach. Jest to w końcu dość młody park - istnieje dopiero od 2002 roku.



Zelena dolina





I tym akcentem żegnamy się z Narodnym Parkem Vel'ka Fatra i wracamy do wioski Vysne Revuce. Jest urocza - jak z resztą większość słowackich wiosek :)


Vysne Revuce


Słowacki maj

Mamy już maj. Widać to na wiosce - od "májów" się aż roi :)

A więc co to jest "máj"? Zapewne odwiedzając Słowację natknęliście się przy domach na przyzdobione najróżniejszymi wstążkami małe iglaki na dłuuugim palu. To właśnie máj. Słowacka tradycja. Przed pierwszym maja stawiają je młodzieńcy je przed domami, gdzie mieszkają panny gotowe do zamążpójścia. Najczęściej stawia się je przed każdym domem, w niektórych wioskach można też zobaczyć jeden wspólny máj dla całej wsi. Jak byliśmy akurat na Słowacji, można je było spotkać praktycznie wszędzie :)


Zauroczeni wioską i miejscem, w którym jest położona odnajdujemy nasze autko. Stoi! Ma koła! :) Zapomnieliśmy, że byliśmy jednak na Słowacji... Wbrew temu, co mówił dzisiaj pan pod Ploską :)




Wojciech organizuje wyprawę po samochód. Biegiem! Okazuje się, że ten paskudny odór utrzymuje się tam od wczoraj. Ja nie mam odwagi się do niego zbliżać :)

Tfe! Smród przesiąkł przez auto! Ja pierdziele. Nie chcę nawet wiedzieć, co to było. Organizujemy porządne wietrzenie :)

Ale tak szybko nie opuszczamy wioski. Z racji, że następny nocleg planujemy nieco na dziko/po studencku, czas na popołudniową toaletę! Bo ani wieczornej, ani porannej nie będzie :)

Za źródło bieżącej wody służy nam potok Revuce. Wybieramy nieco ustronne miejsce, żeby nie szokować mieszkańców i nie robić "opinii" i do dzieła. Woda zimna jak fiks - ale czego człowiek nie zrobi dla czystości :) Zdjęć ze względów oczywistych - nie ma :P

W międzyczasie zostaję użarta przez jakąś szczypawicę. W przeciwieństwie do Wojtka nie mam odwagi wejść do tego potoku. I chyba dobrze, bo po odgłosach, jakie wydaje wnioskuję, że jest dość chłodna :)

Czyści i szczęśliwi organizujemy sobie w sprawdzonym miejscu jeszcze obiadek. W okolicy przechodzą może jakieś lokalne burky - nas jednak nie ima nic, poza paroma kroplami deszczu :) Jakaś dziwna ta pogoda.




I co dalej? Poprzedniego dnia, w schronisku zaczytując się w przewodniku dołączonemu do mapki wyczaiłam miejsce o nazwie Vlkolinec. Górska, słowacka wiosna wpisana na listę zabytków UNESCO - czad! Idealne popołudnie na to, żeby ją odwiedzić :)


Trlenska dolina


Do wioski wiedzie kręta droga przez Trlenskou dolinę. Jest niesamowicie zielono :) Karoca daje radę pod górę, a my przy okazji mamy czas, żeby rozejrzeć się po okolicy.

Na miejscu okazuje się, że trzeba platit. Nie szkodzi. Dla studentów wejściówka kosztuje zaledwie 1 ojro. Da się przeżyć :) Przekazujemy tą radosną informację Ukraincom, którzy już nie są tacy szczęśliwi, bo legitymacji nie wzięli :)

Wioska poza tym, że jest tak malowniczko położona, sama w sobie jest urocza. I co najlepsze, nadal mieszkają tam ludzie. Ciekawe, ile dostają rekompensaty za to, że turyściaki dzień w dzień łażą, gapią się i robią zdjęcia :)


Vlkolinec








Wojciech, niezaspokojony dzisiaj górsko wymyśla sobie, że zdobędziemy tamten fajny szczycik ze skałkami. A cóż ja mogę z nim zrobić? :) Idziemy.

Ale najpierw zwiedzanie wioski. Jest... swojsko :)






A cóż to? Wygląda na starą maszynę do młócenia. Wojtuś radosny przegląda wszystkie sprzęty :)

Vlkolinec

Spacerujemy dalej wioską, robi na prawdę wrażenie, zwłaszcza gdy się uświadomi sobie, że tam najnormalniej w świecie mieszkają ludzie.

Vlkolinec

Tuż koło drzewa w centrum miejscowości można zaczerpnąć wody z pompy - nadaje się do picia wprost ze źródła. Jest świetna i zimna.

Vlkolinec

A przez większość wioski, środkiem drogi płynie niewielki strumień z śmiesznymi "wiatraczkami". W tle wiszący nad miejscowością Sidorowo - nasz niespodziewany, wybrany przez Wojciecha cel. Miejmy nadzieję, że wcześniej nie zacznie się zbliżać żadna burka:-)

Vlkolinec

Opuszczamy wioskę szlakiem w kierunku przełęczy, z której będziemy startować na szczyt - rzecz jasna tam tez wiedzie szlak, który jak się później okazało, może być ciężko wypatrzeć.



Na ławeczce przed jednym z domków.

W drodze na przełęcz mijamy kolejne domki wybudowane w miejscach jak z bajki - właśnie o takich miejscach marzy się w dzieciństwie.  Jest na prawdę zielono. Wojtuś wyraźnie się cieszy, że jest właśnie tutaj, a nie w Tatrach, gdzie tłok, zgiełk, śnieg. Po tej zimie mamy dosyć śniegu:-)



I na przełęczy. Od razu rzucają nam się w oczy skały wiszące nad jakimś hotelem opadające z (chyba?) nienazwanego szczytu.



I widok na skałkę w oddali. Bardzo urokliwe miejsce - teraz ja cieszę się, że dałam się namówić na spacer tutaj, choć plany były nieco inne - mieliśmy wstępnie przyjść tutaj pieszo z Chaty pod Boriszowem. Tak jak wyszło, też jest dobrze:-)

Szlak na Sidorovo

Po krótkich poszukiwaniach odnajdujemy początek czerwonego szlaku na Sidorowo. Wedle mapy - 45 minut i nieco poniżej 250 metrów podejścia. Pewnie zrobimy to szybciej. Ścieżka na początku baaardzo ładna. Takim świerkowym lasem ostro pod górę. Żadnej duszy poza nami na szlaku, co też bardzo cieszy:-)



Tempo narzuciliśmy sobie dość dobre. Wojtek postanowił zdjąć koszulkę, przecież dzisiaj już się nie mamy gdzie umyć, w trosce o mój nos nie chciał się zapocić:P

Do szczytu dotarliśmy po około 30 minutach, i ...
... i nas zatkało.

Panorama z Sidorovo

Przepiękna panorama na część Liptowskiej Krainy, Niżne Tatry i widok na położoną u podnóży wioskę.

Panorama z Sidorovo

Panorama z Sidorovo

Wojtuś usiadł i zaniemówił - utkwił pewnie w swoim świecie:-) I nie dziwię się, warto tutaj przyjść, będąc w okolicach.

Vlkolinec

Gdzieś tam na parkingu czeka dostojnie nasza karoca:-)

Vlkolinec

I zbliżenie na centrum Vlkolinca z magicznym drzewem i strumieniem pośrodku.



Sidorovo

Pamiątkowe zdjęcie ze szczytu i wracamy. Patrzcie, jaki zadowolony!



Ciekawe dlaczego taki szczyt jak powyższy nie mają imionka na mapie?:-(



Wracamy na przełęcz, gdzie czując się całkowicie bezpiecznie w przypadku nadchodzącej burki rozsiadamy się na trawce na mały poczęstunek i obmyślanie planu na zakończenie dnia. I obmyślanie planu na nocleg - gdzieś w końcu tę noc trzeba spędzić:)

Vlkolinec

Vlkolinec

Chwila na artystyczne zdjęcia Hemli podczas powrotu do wioski.



I Hemli na ławeczkach przy magicznym drzewie. Wojtuś oczywiście musi ponownie skosztować wody wprost z pompy. Byleby na gardło źle nie podziałała:-)

Tak się kończy nasza przygoda w Vlkolincu. Bardzo się cieszymy, że tam wstąpiliśmy. Serdecznie polecamy:-)
A co dalej? No właśnie, teraz w planie mamy powrót do Ruzomberoka na drobne zakupy, zobaczenie deczko tego urokliwie położonego miasteczka i poszukanie spokojnego, dogodnego miejsca na udanie się na zasłużony odpoczynek:-)

Jak ogólnie wiadomo, najbardziej ufa się temu, co znane :) Wybraliśmy się więc na zakupy do Kauflanda, krzywiąc się nad słowackimi cenami i starając się za wszelką cenę unikać wymawiana słowa szukam... ;) Co nie było łatwe. Najdłużej w sklepie zajęło nam znalezienie piwa posiadającego powyżej 5% alkoholu, ale się udało:) Zaopatrzeni w słowackie specjały byliśmy gotowi na dalszy podbój tego jakże pięknego kraju ;)

Udaliśmy się się na krótki spacer po mieście. Przypominało nieco nasze małe, kilkudziesięciotysięczne miasteczka. Posiada natomiast bardzo ciekawe miejsca.
Na przykład tutaj...

Ruzomberok

... Wojtuś zarzekał się, że na kawę nie pójdzie:)

Ruzomberok

Wąskie, jak to z reguły na Słowacji bywa, uliczki i bardzo sielankowy mimo roboczego dnia tygodnia nastrój pośród mieszkańców.

Ruzomberok




Hemli szczęśliwa:-)



Znaleźliśmy również sklepik z polskimi produktami. I nic dziwnego, że na południu można nabrać zniechęcenia do naszej żywności - ceny o połowę wyższe, produkty z najniższej półki dużych sieciówek - przykładowo pasztet z biedronki za 79 groszy. Ktoś miał odwagę spróbować? :)

Wieczór w miasteczku nadszedł dość szybko, pospieszyliśmy do karocy i udaliśmy się w drogę w kierunku Dolnego Kubina. W drodze, w okolicy osady Valaska Dubowa skręciliśmy na boczną drogę, z niej ponownie na drogę boczną. Właśnie na poboczu tej, wyglądającej na kompletnie nieużywaną, drogi postanowiliśmy spędzić dzisiejszą noc śpiąc w samochodzie, z widokiem na pewną część Gór Choczańskich :-) To dopiero miejscówa!



Noc zapowiadała się dość ciekawie. Na lepszy sen uraczyliśmy się czymś w stylu czeskiego stouta. Podczas układania się do snu okazało się, że chyba nadchodzi burza :) A to pech!

A co zrobiliśmy z tym fantem i jakim cudem wyszliśmy z tego cało? ;)) A to już w następnym wpisie!