wtorek, 14 maja 2013

Kraina kwitnących krokusów

Majówka na Słowacji - dzień I.
Opis następnego dnia można zobaczyć tutaj

Trasa pieszo: Vyšne revuce -> sedlo Ploskej -> Ploska -> Chata pod Borišovom -> Šoporon -> Borišov -> Chata pod Borišovom
Trasa samochodem: Czechowice-Dziedzice -> Żywiec -> Korbielów -> Oravska Polhora -> Namestovo -> Dolny kubín -> Ružomberok -> Vyšne Revuce


Mapa trasy samochodem:



Mapa trasy pieszo:




Gdzie spędzić weekend majowy?
Dobre pytanie! Każdego roku zadaje sobie je cała masa Polaków. W tym roku, po raz drugi zadaliśmy je sobie my. Zaczęliśmy się nad tym zastanawiać jakoś tak w marcu... I mnie jakoś od razu ogarnęło zmęczenie. Gdzie by tu pojechać w Tatry, żeby nie musieć przeciskać się między warszawskimi turystami i zażyć chociaż chwili spokoju?
Odpowiedź była prosta: nie jedźmy w Tatry!

Po dość krótkim namyśle postanowiliśmy spróbować szczęścia n naszych południowych sąsiadów. Co prawda nasze ostatnie 2 wyjazdy na Słowację z powodów od nas niezależnych kończyły się przedwcześnie w Krakowie - więc nadszedł czas, żeby to zmienić.

Tatr jak już wspominałam nie chcieliśmy, więc co? Ano Fatry! Wielką znałam tylko z raczej skromnych opisów w internecie, na Małej ostatnio byłam jakieś dwa lata temu i zdążyłam się porządnie stęsknić. A Wojtuś - nie był ani tu i tu. Namówiłam go, jak to mam w zwyczaju "fotograficznie" i albo się spodobało - albo po prostu zaufał mi, że będzie fajnie :)

Zacznijmy jednak od początku. Weekend przed majówką trochę za bardzo poczułam wiosnę i zaczęłam zażerać się lodami. Potem, jak już chodziłam zasmarkana udawałam, że nic mi nie jest i ganiałam z gorączką po Trzech Lipkach... A potem już smarkałam, kichałam, kaszlałam i prychałam na biednego Wojtusia. A tutaj czasu na chorobę nie ma - trzeba jechać na majówkę!

Podsmarkując zabrałam się do przygotowywania i zwożenia z wszelakich miejsc wszystkich rzeczy, które mogą nam się przydać. Potem przyjechał Wojtek dorzucając swoje "5 groszy" i ups... W moim pokoju zrobiło się deczko ciasno :)



Mniej więcej tak to wyglądało :) Zapakowaliśmy naszą karocę po dach. Tak to właśnie jest, jak człowiek się wozi - jakbyśmy mieli się spakować w dwa plecaki, zapewne nagle dokonalibyśmy ogromnej kompresji i wszystko zmieściłoby się w 2x45l. Ale no trochę wygody w życiu trzeba :)

Żeby przygód było mało, w dzień przed wyjazdem jeszcze o 20.00 lataliśmy po czechowickich warsztatach z grzejącym się kołem. Świeżo po zmianie opon :) Trochę stresu było, ale jak już udało nam się wyciągnąć miłego Pana mechanika do naszej karocy, okazało się, że wszystko jest w porządku. Obiecaliśmy pochwałę na czecho.pl ;)

Wieczorem jeszcze na szybko ogarnęliśmy mapę i spać...
Żeby bladym świtem następnego dnia już być na nogach :) Niestety, słońce jakoś nie chciało nas obudzić. Po prostu wzeszło sobie bez naszej wiedzy :(

Do granicy jechało się spokojnie. Oczywiście poza drogą Bielsko-Żywiec. Wrrr. Chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałam, że naprawdę przeklinać będziemy w drodze powrotnej :)

W Korbielowie mała przerwa na sprawdzenie niesfornego koła. Okaay! Pilska nie było widać, ale przynajmniej koło było zimne. Mogliśmy spokojnie podjeżdżać na przełęcz Glinne i przekraczać granicę :)


Przejcie graniczne Przełęcz Glinne

I czas na Slovensko :) Pamiętam, z dziecięcych lat jak to miejsce tętniło jeszcze życiem. Mam chyba całkiem sporo pieczątek z tego przejścia granicznego w paszporcie, który od dobrych paru lat leży sobie w szufladzie. Trochę dziwnie jest widzieć je teraz totalnie puste. Ale nie ma co - wjeżdżamy! :)




I u Wojtusia radość na twarzy. On jeszcze nie wie... :)

Niestety, na początku aura nie zachwycała. Zamiast widoczków - wszechobecny kicior. Mijaliśmy spokojne słowackie wioski pełne "majów". Ale o nich opowiem przy kolejnej okazji.





Postój. Czas dać karocy odsapnąć :) Po całym życiu spędzonym na nizinach kazali jej jeździć po górach - biedne autko!


Oravsky Hrad

Oravsky Hrad. Wyłania się nagle zza stodół i innych budynków gospodarczych w wiosce i robi spore wrażenie :) Ale do zamku też jeszcze wrócimy w kolejnych wpisach :)

Szczęście nas chyba jednak do końca nie opuszcza, bowiem gdzieś za Dolnym Kubinem chmury zaczęły się rozstępować... I voila! Wyrosły przed nami Góry Choczańskie :) Cały czas na oślep strzelałam, który to Chocz... I chyba częściej jednak typowałam źle :P


Przebiliśmy się przez Rużomberok, cudem nie przeoczyliśmy naszego skrętu na Liptovske Revuce, i wgapieni w mapę jechaliśmy malowniczą drogą, która prowadziła nie wiadomo dokąd... Ale było ładnie :)


Jee! Hemli-nawigator i tym razem nie zawodzi. Jesteśmy u celu!



Okolica całkiem urocza :)

Z racji, że poprzedniego dnia w domy przygotowaliśmy ciepłą strawę, postanowiliśmy ją odgrzać i nieco się posilić. Całkiem fajny patent. Jak się potem okazało, leczo dało nam power na cały dzień :)


Wojtuś pichci :)


A Hemlut zajada :)


Ale ileż można siedzieć w dolinach! Pozostawiliśmy nasze autko z nadzieją, że następnego dnia też tam będzie i ruszyliśmy w górę. Na dzień dobry Wielka Fatra przywitała nas iście nieziemskim zapachem... naturalnego nawozu! Odór przebił nawet mój katar i utrzymywał się w moim nosie do wieczora :) Masakra.


Vysne Revuce

Liptovske Revuce to przepięknie położona wioska. I chyba dość popularna baza wypadowa do Chaty pod Borišovom. Za nami ruszyły ze dwie grupki turystów - przechodząc przez ten gnojownik też zatykali sobie nosy :)


Szlak na sedlo Ploskej

Od początku zaczęło nam się podobać :) Inny charakter gór od tego, który już widzieliśmy. Sporo hal, bukowe lasy i duuużo widoków. Czyli to, co Hemli i Wojtuś lubią najbardziej :)


Cierny Kamen

I pierwsze widoki na szczycik, który przykuł uwagę Wojtka. Cierny Kamen! Wiedziałam, że tak będzie ;)



I ja chciałam mieć z nim foteczkę :)

Okazało się, że wszyscy turyści, jakich mieliśmy okazję mijać na szlaku to Polacy... No, to chyba nici z nauki słowackiej gadki :)


Rakytov

Rakytov. Szczyt-rakieta :)


Szlak na sedlo Ploskej

Popatrzcie na ten uśmiech! Jak dla mnie największa radość tego wyjazdu - szczęśliwy Wojtuń w słowackich górach :)


Liptovske Revuce

I Liptovske Revuce o tam, w dole. A z tyłu, szczyt rzucający się w oczy - czyżby niżnotatrzański Satatyn? :) Uprzedzam, że tych pasm się dopiero uczę :>


Cierny Kamen

Tymczasem przybliżaliśmy się do Ciernego Kamena. Wojtuś już zaczął kombinować, którędy i jak tu wleźć, żeby stanąć obok tamtego krzyża na szczycie. Niemożliwy! :) Ja tylko wspomniałam, że Cierny Kamen to chyba taki wielkofatrzanski Kominiarski. Może i przesadziłam, ale jako tako rezerwatem jest. I jest w pewnym sensie unikatowy :)

Cierny Kamen

Kolejna zaleta Wielkiej Fatry - coś, czego nie widziałam nigdzie indziej. W całym masywie jest baardzo dużo takich chatek, które stoją dla turystów otworem (niektóre są zaznaczona na mapie, lecz nie wszystkie). W środku z reguły wyposażone są w łóżka, materace, w większości z czego widzieliśmy jest też piec. Znaleźliśmy tam też sporo puszek po polskim piwie :) W każdym bądź razie, opcja super. Z pewnością w przyszłości nieraz skorzystamy :)

Niżne Tatry

Im wyżej, tym bardziej widokowo :)

Na szlaku w dalszym ciągu roi się od Polaków. Jedni biorą nas najwyraźniej za słowacką parę i postanawiają nieco obgadać moje zaczerwienione policzki. Mieli fajne miny, jak im na głos wyjaśniłam, że jednak wszystko rozumiem :) Trochę mi wstyd w takich momentach za niektórych rodaków. Ludzie! Czesi i Słowacy naprawdę mniej więcej rozumieją, jak mówimy po polsku. A już na pewno rozumieją, kiedy mówi się bezpośrednio o nich. Nie pozwólmy, żeby wyrabiali sobie o nas złe zdanie. A co jak co, ale Słowacy są akurat dla Polaków bardzo przyjaźni :)


Ostredok

Ostredok. Najwyższy, a niepozorny :)


Cierny Kamen

A ten nadal główkuje... :P

Szlak na sedlo Ploskej


Szlak na sedlo Ploskej

Słońce mocno praży. Nie jednak na co narzekać - scenariusz w prognozach pogody przewidywał jednak gorsze opcje :)

Szlak na sedlo Ploskej

W oddali Niżne Tatry. Widoki z takiej perspektywy są dla nas całkowitą nowością.

Szlak na sedlo Ploskej

W końcu docieramy do bardzo szerokiego Sedla Ploskej. Dość kontrastowe miejsce - z jednej strony skalisty Cierny Kamen, z drugiej strony łagodne trawiaste stoki Ploskiej. Otwierają się przed nami widoki na drugą stronę Wielkiej Fatry. Na przełęczy koczuje dość spora grupa Polaków, więc nie grzejemy tam dłużej miejsca. W górę! :)


sedlo Ploskej

:)

Cierny Kamen

Sedlo Ploskej i Cierny Kamen.


Rakytov

I widoczkiii! Nasz Rakytov. I te piękne hale :) Jesteśmy pod absolutnie wielkofatrzańskim wrażeniem.



O! Taak nam się tutaj podoba :)


Cierny Kamen

I rzucik na Cierny Kamen z krzyżem lotaryńskim na szczycie. To symbol niepodległej Słowacji, stawiają go na co-ważniejszych szczytach.


sedlo Ploskej

I jeszcze jeden urok Wielkiej Fatry - krokusy :) Jak widać, nie trzeba jechać do zatłoczonej Chochołowskiej, żeby się nimi cieszyć. Na Fatrze pola krokusów przecinały ścieżki, toteż trzeba było uważać, żeby jakiegoś nie zdeptać :)


Wielkofatrzańskie krokusy



Ploska i Lubochnianska dolina

L'ubochniańska dolina w dole. Najdłuższa na Wielkiej Fatrze.

Podchodzimy na szczyt o nazwie Ploska.

Ploska

Może nie wygląda, ale to zdjęcie jest robione w górach :) O, taki dziwny szczyt... Dość płaski, jak sama nazwa wskazuje :)


Ploska

Nad sąsiednimi pasmami zbierają się chmury, na szczęście nad Wielką Fatrą niebo błękitne :) Oczywiście, nie przychodzi nam nawet do głowy, żeby użyć jakichkolwiek kremów z filtrem. Efekty odczujemy wieczorem ;)



Pamiątkowa foteczka na Ploskiej.

Ploska to jeden z wyższych szczytów Wielkiej Fatry. Jak widać, jest po prostu niesamowicie rozległy. Odgrywał ważną rolę w Słowackim Powstaniu Narodowym. Ploska była bowiem miejscem zrzucania amunicji dla wojska stacjonującego w Chacie pod Borišovom. Na jej szczycie znajduje się Grób słowackiego Powstańca.
Widokowo jednak Ploska jest dość ograniczona - nas interesowało to, co blisko, a z niej widać najlepiej to, co daleko. Znakomity szczyt więc do dalekich obserwacji - zapewne szczególnie jesienią i zimą :)

Borišov

I huraa! Widać nasz cel. Widok jawi mi się jako ten, który znam ze zdjęć z internetu. Jest chatka, a nad nim Borišov. Całkiem fajny szczyt ;)


Borišov

Ale zejście z Ploskiej nie jest już takie... płaskie. Cieszymy się, że nie musimy tędy wchodzić :)



Za to możemy bezkarnie walnąć się w trawę :)


Borišov

Szkoda, że jeszcze nie jest zielono :) Lecimy do chaty zaklepać miejscówy i łózka.



Chata pod Borisovom

O! Bardzo podobne zdjęcie znalazłam kiedyś w internecie. I to właśnie między innymi ono zauroczyło mnie do odwiedzenia Wielkiej Fatry. A ta ziemia tam naprawdę jest czerwona :)



W chacie zadomawiamy się szybko. Okazuje się, ze jesteśmy dzisiaj pierwszymi gośćmi, którzy mają zamiar zostać na noc. Mamy cały pokój dla siebie - ale oczywiście nie zamierzamy w nim siedzieć, gdy dookoła tyle fajnych miejsc!

Wybieramy się na zwiedzanie okolicy. W oczy rzuca się nam uroczy szczycik - Šoporoň. Tam na pewno jest cicho i spokojnie.


Ach, te piękne bukowe lasy :)


Šoporoň

A tak wygląda Šoporoň. Idziemy chwilkę Velkofatranskou Magistralou.
W oddali, nad Tatrami kłębią się granatowe chmury. Mam burzo-fobię, więc pozostajemy w bezpiecznej odległości od schroniska. Wiele nie tracimy, ciesząc się widokami dookoła nas :)


Chata pod Borisovom

Przy chacie :) Ale się nawyginałam, żeby ustawić to zdjęcie. Ale przynajmniej wyszło tak, jak chciałam :)

Gości przy chacie coraz mniej. W planach było, że zostawimy sobie wyjście na Borišov na zachód słońca. W obawie, że słońce schowa się nieco wcześniej, a my nie zobaczmy z góry nic, ruszamy w górę.
Według mojej mapy: godzinę w górę. Nie ma mowy. Według tabliczki przy chacie: 40 minut w górę. Nie ma mowy :)


Chata pod Borisovom



Soporon i Ploska - ze szlaku na Borisov

Podejście na Borišov jest malownicze. Drepczemy stromą ścieżką pomiędzy świerkami a kosówką. I widokowo z każdym metrem coraz ładniej i do tego ani pół żywej duszy. Na powyższym zdjęciu widać i Šoporoň, i Rakytov i Ploską. Szlak na Rakytov musi być uroczy :)


Borisov

20 minut z hakiem i jesteśmy. Godzinę to by tu trzeba iść chyba na klęczkach. Serio :)

Borišov nagminnie bywa czytany przez polskich turystów jako 'boriszow'. Cóż się dziwić - i ja jakiś czas temu jeszcze bym tak czytała :) Dla Słowaków jednak ten szczyt nazywa się 'boriszoł'. Ma 1510 metrów. Może i to niedużo, ale zdecydowanie nadrabia widokami na wszystkie strony :)


Luczańska Fatra

Tutaj w dole Martin i w oddali Luczańska Fatra.

Widoki z Borišova

Ostredoki i południowe zbocza Borišova, z których w zimie podobno jeżdżą niezłe lawiny :)



Takie klimaty lubię :)


Ścieżka na Borišov

Ścieżka na Borišov.

Schodzimy z powrotem do chaty. Okazuje się, że poza nami w schronisku jest tylko dwóch gości. I do tego są to Polacy z Krakowa - co za niezwykły zbieg okoliczności :P






Ciekawe o co chodzi z tymi butami? :) Czyżby turyści tak masowo zapominali trzewików pod Borišovom? Aż tyle alkoholu tam chyba nie serwują... ;)



I oczywiście musi być słowacki pesiczek! Ten jest akurat pupilem Chatara i nagminnie przynosi nam patyczki, bądź prawie że kłody (jak na zdjęciu) do aportowania. Z tym, że zanim zdąży mu się ten patyczek rzucić, cwaniak już ma go w pysku :) Ale patrzałki miał słodkie :)

Ploska

Wieczorny widoczek z burzowym obłoczkiem w oddali :) Wygląda, jakby spuścili tam jakąś bombę atomową, czy coś...

Jakoś wcześnie kładziemy się do snu. Może to zasługa tego, że w całej chacie panuje przyjemny półmrok, a może po prostu świadomość tego, że jutro musimy bardzo wcześnie wstać? A poza tym - czujemy się oczywiście spaleni. Średnia opcja jak na początek majówki, ale no niestety. Trzeba było być mądrym wcześniej. Nie chcę nawet patrzeć do lustra, żeby nie zobaczyć całego stada piegów na moim nosie ;)

Noc jednak nie daje tyle odpoczynku, ile byśmy chcieli. Jak na złość, jeden z naszych współlokatorów chrapie tak przeraźliwie, że dopóki nie skończy, nikt nie jest w stanie zmrużyć oka. Słyszymy tylko ciche przekleństwa (po polsku!). Nawet cmokanie przynosi raczej kiepskie rezultaty :)

c.d.n...