poniedziałek, 17 czerwca 2013

Gzylowe Skały

Data:
16.06.2013

Rejon:
Dolina Kobylańska

Drogi: 
 Gzylowe Skały
 - Wielka Gzylowa: Filon (IV),
 - Gzylowa Baszta: Powrót do Hollental (IV-),
 - Gzylowa BasztaKot Leonardo (V+) - próba,



Dzień po mocno zakrapianym spotkaniu integracyjnym mojej studenckiej grupy w Brandysówce postanowiliśmy z Hemlutkiem wybrać się na chwilę relaksu w jakieś ustronne miejsce. Od razu wiedziałem, dokąd chcemy pojechać, nie byłem tylko pewien czy znajdziemy to miejsce. Okazało się to całkiem nietrudne, a skały, do których zmierzamy, są jednak widoczne z drogi.



Tak więc podjechaliśmy do Będkowic, zaparkowaliśmy przy drodze karocę i ruszyliśmy w las.



Po drodze wynaleźliśmy kilka ładnych grzybków. Zaczynają się:-)





Chwila błądzenia po lesie i szybko docieramy pod całkiem nie dawno obite, niewyślizgane jeszcze milionem łap, Gzylowe Skały.





Bardzo miłe miejsce - rzadko odwiedzane przez weekendowych wspinaczy, z dużą ilością łatwych dróg. Na pewno jeszcze nie raz na nich zawitamy. Z racji, że byliśmy mocno wczorajsi, nasze wspinanie było jakby od niechcenia. No i nie zamierzaliśmy zostawać zbyt długo, w końcu ktoś tu ma za dwa dni obronę licencjatu:P



Na początek całkiem przyjemna, zacieniona droga, albo raczej kombinacja 3 sąsiadujących dróg - nie przykładamy póki co dużej wagi do dokładnego przebiegu dróg wspinaczkowych, nie jest to naszym celem:-) Jak już lina zawisła w stanowisku, trochę się w jego okolicach powspinaliśmy różnymi wariantami.







:-)





Było bardzo miło. Cicho, jedynie śpiew ptaków, szum drzew.







Po obcykaniu każdego kamienia pod obecnym stanowiskiem, przenieśliśmy się na sąsiedni filarek - na Gzylową Basztę.
Jest tutaj łatwa (III) droga do własnej asekuracji.



Pamiętam jak dostarczyła mi wiele emocji na kursie - przy każdym użyciu kości myślałem, że i tak nie mogę spaść, bo jej nie ufam, co dało w konsekwencji przekonanie, że wspinam się bez asekuracji:)
Tym razem aż tak emocjonująco nie było. Nie było lekko, wyłaził bowiem dzień poprzedni, ale jakoś tam się udało. Oznacza to chyba jakieś drobne postępy:-)





Hemli również wspięła się tą drogą bez większych problemów, a i z dużą satysfakcją. Jednak z brakiem energii na kolejną wspinaczkę:)

Spróbowałem jeszcze na założonej wędce czegoś trudniejszego.



Trochę stękania, marudzenia i kombinacji gdzieś bokiem, w kominie, i postanowiłem dać sobie spokój. Nie dzisiaj, dzisiaj się już do niczego nie nadajemy. Składamy rzeczy i wracamy do karocy.



Ale miejsce bardzo przyjemne, odwiedzimy je jeszcze nie raz.