wtorek, 1 kwietnia 2014

W kamienistych odmętach Tatr...

TRASA:
Podbańska -> Dolina Kamienista -> Pyszniańska Przełęcz -> Kamienista -> Pyszniańska Przełęcz -> Dolina Kamienista -> Podbańska 
Dolina Żarska -> Schronisko Żarskie


Dolina Kamienista. Pyszniańska Przełęcz. Chyba każdy tatrolub o tych miejscach słyszał, wie, gdzie są... No to w takim razie kto tam był?

Nas nie było. Nie posiadając dokładnie żadnego wyobrażenia na temat Doliny Kamienistej poza suchymi danymi topograficznymi zaakceptowaliśmy plan od strzału. Stycznowy weekend - okej! Przywitajmy się w końcu z tą tatrzańską pseudo-zimą...

Dotarcie na miejsce nie było jednak łatwe. Pokonaliśmy zamiecie śnieżne, jechaliśmy zakopianką "na wyczucie" (na zasadzie w którą stronę będzie następny zakręt i jak bardzo trzeba przekręcić kierownicę), a kiedy myśleliśmy, że nic nam już zagrozić nie może, na Słowacji niebo zaświeciło na ułamek sekundy milionem barw... Minęliśmy jednak elektriczkę, odrzuciliśmy wszelkie burzowe teorie i zatrzepaliśmy się z zimna. Brr. Dobrze, że smartfony nie mają w sobie termometru - to by było w sam razna dobicie :)

Podbańska była tego poranka uosobieniem końca świata. Nie było tam dokładnie NIKOGO. No bo po co? Podskakując koło samochodu starałam się jakoś przyzwyczaić mój organizm do tego pierońskiego mrozu. A niech szlag tą zimę trafi...

Ruszyliśmy w drogę. Kilkadziesiąt minut później, kiedy przestawaliśmy się potykać o korzenie na ścieżce i zaczynało być coś widać, oczywiście z chęcią zrzuciliśmy część warstw, które napakowaliśmy na siebie przy pierwszym zderzeniu z mrozem.

Przeglądając trasę wycieczki na mapach zauważyłam jeden szczegół, a mianowicie - Doliną Kamienistą nie prowadzi droga! Co akurat w przypadku słowackich dolin jest wyjątkiem. Gdzież ona się uchowała... Wędrowaliśmy więc całkiem przyjemną ścieżką. Co ciekawe, po czyichś śladach. Właścicielami był zapewne leśniczy z dwoma towarzyszami - czteronogami. Zaledwie dzień wcześniej widzieliśmy na stronie HZSu parę zdjęć właśnie z Pyszniańskiej Przełęczy. Detektywistyczne obserwacje potwierdziły, że ślady nie były świeże. A więc chyba nie wychodzimy nikomu na spotkanie... ;)

Rzeczywistość pogodowa odbiegała trochę od prognoz, z których cieszyliśmy się cały tydzień - błękitne niebo może i było, ale po jakąś tam warstewką chmur... No nic, nie było co narzekać. A poza tym, wydawało się, że idziemy ku lepszemu... ;)

Dolina Kamienista

Kiedy zaczęliśmy wychodzić z lasu, odsłoniło się prawdziwe oblicze tej mało znanej dolinki. Jak na warunku zachodniotatrzańskie przyznam jest całkiem niezła ;) Śniegu było mało i całe szczęście. Inaczej zamiast z fascynacją spoglądalibyśmy ku górze z nieufnością. Taka zima chyba ma jednak swoje plusy... ;)

Szlak Doliną Kamienistą

Jak widać, ścieżka znajduje się w polu rażenia lawin, pomimo, że teoretycznie znajdowaliśmy się jeszcze na linii lasu. Żlebek z prawej całkiem pokaźny... ;)

Dolina Kamienista

A tu trochę rzutu na lewą stronę. To dla tych, co nie doceniają Tatr Zachodnich :) Wojtuś upatrzył w tej skale podobieństwo do Ganku od strony Doliny Ciężkiej. I przy okazji pozwolił sobie na dodanie własnego akcentu i nazwał tą turnicę "Bystrym Mnichem" :) Czyż nie brzmi ładnie?

Dolina Kamienista

Dolina Kamienista - szlak

Im wyżej się znajdywaliśmy, tym lepiej widzieliśmy goniące nas chmury, które wchodziły już do doliny. Tak szybko? Nie dadzą nam się nawet nacieszyć widokiem z grani?

Dolina Kamienista

Do grani jednak było jeszcze daleko. Najważniejsze, że podążaliśmy w stronę błękitu ;) Okolica zupełnie nieznana, a Dolina Kamienista jest dość... dziwna. Powoli odsłaniała przed nami górne piętra.

Dolina Kamienista

Jak widać śniegu było strasznie mało. Jeszcze o tym nie wiedzieliśmy - ale w przeciągu najbliższej doby miało się to zmienić... ;)

Dolina Kamienista

Spojrzenie w tył. To, co za nami i oczywiście przed nami. Tą samą drogą przyjdzie nam wracać :)

W tych mało-zimowych, aczkolwiek dość mroźnych warunkach zapomnieliśmy o tym, że mamy na swoim wyposażeniu coś takiego, jak raki. Dały jednak o sobie przypomnieć, kiedy podczas przekraczania Kamienistego Potoku odtańczyłam lodowy taniec ;) Ubieramy. A na plecach od razu lżej!

Dolina Kamienista

Ostatni smrek w tym sezonie :) To dopiero przejaw nonkomformizmu...

Dolina Kamienista

No i mamy górne piętro Doliny Kamienistej - dość nietypowej rzeźby. I co tu dalej zrobić? Gdzie iść? Na mapie wszystko wyglądało jakoś prościej. Nasze wyobrażenie o tej dolinie zmieniło się błyskawicznie.
Na szczęście nad sytuacją czuwa Bartek. Przecinamy trochę żlebków i wybieramy właściwy grzbiecik, który doprowadza nas do kolejnej niespodzianki...

... czyli najwyższej partii Doliny Kamienistej, która przypomina bardziej pustynię ;)

Dolina Kamienista

Nie chciałabym się znaleźć w tym miejscu w zadymce śnieżnej... To już wolę grań :)

Dolina Kamienista

Na horyzoncie za nami jakoś złowieszczo wyglądają Niżne Tatry. My jeszcze mamy sielankę.

Dolina Kamienista

Tym jakimś płaskowyżem, czy czymś ciśniemy na Pyszniańską Przełęcz, której oczywiście nadal nie widzimy. W lecie znajdowalibyśmy się wśród całej masy okresowych stawków, które jednak teraz są gdzieś tam pod śniegiem. Kroczymy nadal po czyichś śladach. Mamy nadzieję, że na przełęczy nie zaskoczy nas jakieś spotkanie.

Jest jednak jeden szczegół, który ciągle przypomina nam, że jesteśmy w Tatrach, a nie na biegunie południowym.

Dolina Kamienista

Z lewej strony cieszymy się dość nietypowym widokiem na Bystrą.

Rejon Doliny Kamienistej jest jednym z najbardziej uboższych w nazwy, jeżeli chodzi o Tatry. Z prawej strony otacza nas oprócz Kamienistej jedna Hlina z Hlińskim Wierchem, z lewej znowu szaleństwo - cztery nazwy! Od Kotłowej po Szeroką (nawet google praktycznie nie wie o ich istnieniu), Kobyła no i Bystra... Rozglądając się na boki stwierdzamy, że w polskich warunkach coś takiego nie miałoby opcji się uchować.

Dolina Kamienista
fot. Bartek

W czasie, kiedy to włącza nam się lewoskręt szyi, za nami coś już się czai... I nie jest to wcale pracownik SL TANAP ze swoimi czteronożnymi kompanami, ale najzwyczajniej w świecie - załamanie pogody. Ale tymczasem w końcu naszym oczom ukazuje się grań...

Dolina Kamienista

A chwilę później nawet sama Pyszniańska Przełęcz.

Pyszniańska Przełęcz

Czy ktoś z Was czytał "W stronę Pysznej"? Na pewno! Jest to moja ulubiona tatrzańska książka. Z sentymentem więc spoglądam na Dolinę Pyszniańską z owej przełęczy, która sama wiele już widziała... Obecnie, pod względem turystycznym jest troszkę zapomniana - ilu turystów rocznie przechodzi przez Dolinę Kamienistą? Z polskiej strony na Pyszniańską Przełęcz niestety nie da się dostać legalnie inaczej, niż granią przez Błyszcz.

Pyszniańska Przełęcz - widok

A tak prezentuje się panorama z grani. Dość tutaj szerokiej ;)

Pyszniańska Przełęcz
fot. Bartek

Autorzy oczywiście też chcą mieć na Pysnym Sedlu foteczkę :)

Dolina Pyszniańska z Pyszniańskiej Przełęczy

I owe spojrzenie w stronę Pysznej... :)

Pyszniańska Przełęcz

Na przełęczy oczywiście pojawia się wiatr. Na początku jako wiaterek we włosach. Z grani nie zwiewa. Jeszcze... ;)

... ale po chwili okazuje się, że ten mroźny wiaterek smagający buźkę nie jest jednak taki fajny.



Ubieramy na siebie wszystko, co mamy i w górę. Jak to Wojtuś mawia, żadna wycieczka nie powinna kończyć się na przełęczy. Trzeba się więc go słuchać :) Skręcamy w prawo i w drogę.

Bystra z Pyszniańskiej Przełęczy

Ledwo co wyruszamy i okazuje się, że chyba jednak wstaliśmy dzisiaj za późno. Chmurzyska jakby czekały na nasz "atak szczytowy" i akurat teraz postanawiają nadciągnąć.

Pyszniańska Przełęcz

Łapiemy jeszcze widoki z podejścia na Kamienistą. Na Starorobociańskim jak gdyby nigdy nic - spokojnie.

Podejście na Kamienistą z Pyszniańskiej Przełęczy

U nas za to, jak widać na załączonym obrazku... Wieje ;) Dopóki jeszcze widać coś dookoła, nie jest źle.

Podejście na Kamienistą

Wojtuś wyrywa do przodu. Ma jeszcze nadzieję, że przyjdzie nam dzisiaj obejrzeć panoramę z wierzchołka Kamienistej. Nie wie jednak, że najpierw ten właściwy wierzchołek trzeba znaleźć :)

Grań Ornaków

Nadciąga armagedon. Chwilę później jest już tak:



Kiepska widoczność staje się w tym momencie najmniejszym zmartwieniem. Dla mnie, osobiście największym problemem jest zamarzająca prawa strona buźki. Każda próba zasłaniania kończy się problemem zamarzającej ręki.

Grań jest szeroka, więc każdy idzie swoją ścieżką. Raki jako tako trzymają się tej cienkiej, zmarzniętej warstewki śniego-lodu.

Moi towarzysze ani myślą zawracać. Może Kamienista zmieni jednak dzisiaj zdanie... ;)



Widać, z której strony wiało :)

Przy podejściu Kamienista bawi się z nami w Ciemniaka - wierzchołek zdaje się uciekać. Wreszcie Wojtek, jakimś tam machaniem daje nam znać, że jeszcze parę kroków i możemy czuć się dumnymi zdobywcami. Taa...

Na Kamienistej
fot. Bartek

Zmuszamy się nawet do chwilowego uśmiechu. Na tyle możemy sobie pozwolić, zanim wszystko zamarznie :) Nie ma tego złego - w końcu jesteśmy, tak jak chcieliśmy, na Kamienistej! :) A że ona sama nie jest zbyt gościnna, no to trudno.

Na Kamienistej

Bartek jest trochę ostrożniejszy ;)

Kamienista, jak na babę przystało, okazała się wredna. Nie dała nam nawet dostrzec tego, że ma drugi wierzchołek. I do tego to był ten wyższy! No cóż - i tak byśmy go nie znaleźli ;) Pozostało "nacieszyć" się tym niższym. A z tą górą jeszcze na pewno się kiedyś zmierzymy.

Panorama nas oczywiście oszołomiła. Na tyle, że chwilę później byliśmy już w odwrocie i spieprzaliśmy, ile wlezie.

Zejście z Kamienistej

Tak szczęśliwy człowiek może być z górach :)



Prawie jak andyjski peniten :)

Przy zejściu udało nam się wyjść z chmur i zrobiło się troszkę przyjemniej - nawet zaczęło być coś widać. Upewniliśmy się jednak, że nie tylko Kamienista strzeliła dzisiaj focha - zasnuło się całe otoczenie.

Zejście z Kamienistej

Do tego zaczęło sypać. No cóż - no to po pięknych prognozach :) Pozostało nam schodzenie tą samą ścieżką doliną w towarzystwie sypiącego śniegu. Trochę się dłużyło, dało nam się we znaki dzisiejsze bardzo wczesne wstawanie. I tak szliśmy i szliśmy i szliśmy...
Aż w końcu ukazały nam się pierwsze zabudowania dziury zwanej Podbańską. Strasznie zziąbnięci postanowiliśmy jeszcze wstąpić do okolicznej knajpki (byłam zaskoczona samym faktem, że coś takiego tam jest!) na małe co nieco. Po wyjściu okazało się, że ciepełko z kominka wcale nam nie pomogło - zrobiło nam się dwa razy bardziej zimno, niż było wcześniej ;) Wtoczyliśmy się szybko do samochodu i w drogę. Najgorsza była perspektywa dojścia jeszcze dzisiaj do Żarskiej Chaty na nocleg.

Kiedy dojechaliśmy do wylotu Doliny Żarskiej, zapadał już zmrok. W miarę szybko się pozbieraliśmy i w drogę. Było bardzo zimno, ciągle sypał śnieg - światło czołówki oświetlało świeży śnieg na drodze. Na jakiejś mapie wyczytałam, że do Żarskiej Chaty idzie się 1:45h. Cholera... Prawie dwie godziny dreptania? :(

Narzuciłam na początku trochę zabójcze tempo - może dlatego, żeby się ogrzać i może dlatego, żeby chociaż trochę wcześniej móc się walnąć do schroniskowego łóżka. Mijaliśmy sporo ludzi, którzy schodzili w dół. Nie wiem po jakim czasie dostrzegliśmy światła schroniska. Hura! Jeszcze tylko parę kroków... Tak mi sie wtedy wydawało :)

Kiedy po 10 minutach światła schroniska wydawały się ciągle daleko, doszliśmy do szlakowskazu, od którego do Żarskiej Chaty miało być jeszcze 15 minut. 15 minut?!
Na szczęście po 10 minutach z kawałkiem przekroczyliśmy próg wyczekanego schroniska. Zagadka z "uciekającym schroniskiem" wyjaśniła się następnego dnia - ale o tym napiszę w następnej relacji :) Po krótkiej posiadówce i ustaleniu planów na dzień następny ciężkie powieki same zadecydowały, że trzeba iść spać. Położyłam się zapewne do najwygodniejszego łóżka w moim życiu i po paru sekundach pogrążyłam się we śnie. Z nadzieją, że Wojtek nie zrobi jak powiedział i nie zechce obudzić nas o 6:00... ;)

C.D.N.