piątek, 16 maja 2014

Skoruszyńskie Wierchy - od słońca po śnieżycę

No właśnie... Czy komukolwiek coś świta w głowie pod nazwą Skoruszyńskie Wierchy?
Nam niestety też nie świtało. Dlatego jak tylko zobaczyłam kolejny "Pomysł na weekend" MDK Kurdwanów z tą magiczną nazwą, było postanowione: jedziemy!

Na początek jednak żeby nasza foto-relacja nie była jakaś bardzo odrealniona, parę słów na temat Skoruszyńskich Wierchów. Jest to niezbyt wysokie (najwyższy szczyt - Skoruszyna ma 1314m) i niezbyt rozległe pasmo górskie znajdujące się na Słowacji, na terenie Orawy (nazywane przez naszych południowych sąsiadów Beskidem Środkowym). Od Tatr Zachodnich oddziela je Dolina Błotna biegnąca wzdłuż większości pasma, której dnem wiedzie droga relacji Chochołów - Liptowski Mikulasz i którą pewnie część z Was zna - a przynajmniej mam taką nadzieję :P Dla jasności zamieszczam jeszcze mapkę ze szkicem naszej trasy.



Jak na złość wszystkie znaki na ziemi i na niebie (w szczególności) mówiły, że w ten weekend będzie brzydko. Tak właściwie to skusiłam Wojtka na ten wyjazd możliwością poznania nowych okolic Tatr, nowym spojrzeniem na nieznane nam rejony... A tu taki numer.

Zajmujemy grzecznie miejsca w autobusie. Przemierzając południowy skraj polski widzimy, że im bliżej gór, tym bardziej wieje. Choinki się gną... Co cholera z tym wiatrem w tym roku?!

Pocieszamy się, że może po słowackiej stronie jest inaczej. Zbliżając się do granicy polsko-słowackiej zamiast widoków na Tatry i Babią Górę mamy oczywiście figę z makiem.







I pierwszy wiosenny akcent. Lepiężnik biały :)

Startujemy w Twardoszynie. Nie zdążymy dobrze wyjść z miasta, a już gubimy szlak. Kręcimy się po jakichś łąkach całą zgrają, aż w końcu bodajże mój Narzeczony znajduje właściwą drogę. Wchodzimy w las... I pierwsze zderzenie z tym, co będzie nam towarzyszyć do końca dzisiejszego dnia.



Wiosenny las budzi się po zimie, która pomimo, że łagodna, była dla niego średnio łaskawa. Pasmo Skoruszyńskich Wierchó bowiem znalazło się w polu rażenia Bożonarodzeniowego halnego, który ani myślał, żeby je oszczędzić.





Fragmentami jednak las jest przepiękny.



Wojtek nie poddaje się siłom grawitacji... ;)

Co więcej, dzisiaj też pierońsko wieje!

Nie przeszkadza nam to do momentu, aż wychodzimy na grzbiet, który jest trochę... łysy. Wiatr zdążył już w przeszłości przewrócić na nim część smreków, a te, które zostały złowieszczo skrzypią i pochylają się nad ścieżką. Zachciało się Skoruszyny.... :D A nazwodajnej skorusy nigdzie nie widać. Zapewne wyrośnie za parę lat pomiędzy obecnymi wiatrołomami... ;)





Takie widoki dają do myślenia...

Pod najgroźniejszymi po prostu przebiegamy. Nie wyobrażam sobie być tutaj podczas takiego halnego, kiedy drzewa padają jak zapałki... ;)

Część ekipy wyrywa do przodu. Po kiego się tak spieszą? Później dowiadujemy się, że wybierają się jeszcze do Juraniowej Doliny. Jakbyśmy wiedzieli, też byśmy popędzili ;)

Oprócz tego, że pada, pogoda nie jest taka zła. No może poza tym, że widoczność jest... bardzo kiepska.



Docieramy do szlaku na głównym grzbiecie Skoruszyńskich Wierchów... i zaczynają się problemy :)

Nie widzimy naszej ścieżki. Jak okiem sięgnąć, na grzbiecie same wiatrołomy. Uups... Tego się chyba nikt nie spodziewał ;)

Ale skoro pierwsza część ekipy przeszła, my też musimy dać radę. Zaczynamy przedzieranie się.

Na początku wychodzi to średnio. Szukamy właściwej drogi, ale nawet ciężko jest rozejrzeć się w terenie, będąc wśród takiego ogromu powalonych drzew. A ekipa, jak to ekipa rozbiega się, każdy szuka swojej ścieżki. Każdy chce być dla grupy wybawcą :) A to, niestety czasami źle się kończy...

I w sumie to skończyło. Po przedarciu się przez wiatrołomy znajdujemy szlak. Zauważamy jednak, że brakuje jednej osoby... Jednej z tych, które wyrwały do przodu w poszukiwaniu szlaku. Próbujemy wołać, wychodzimy naprzeciw... Nic. Na szczęście kontakt telefoniczny ze Zgubą jest ;) Po nieudanych próbach doprowadzenia na szlak ustala, że widzi w dole jakieś miasto, do którego powinien bez problemów zejść. Chodzi najprawdopodobniej o Twardoszyn.

Jaki z tego morał? Słuchaj przewodnika. I najlepiej go przy okazji nie wyprzedzaj :)



Tutaj już po wszystkim. Przy przedzieraniu się nie było czasu na zdjęcia. Ani ochoty ;)

Reszta wycieczki idzie dalej. Wiatrołomy pojawiają się teraz sporadycznie, a tam gdzie ich nie ma - jest piękny las. Szkoda go strasznie. Ale taka kolej losu i prawo natury.



Wkrótce pojawia się jednak zapowiadany deszcz :) Już nawet tak nie wieje. Gdzieś w dole majaczy Habovka, Zuberec... A Tatry... tylko oczami wyobraźni :P

Czasami napotykamy na szlaku różnorakie przeszkody...



Tutaj na przykład został całkowicie zatarasowany przez chojar, który się zwalił na ścieżkę.



Po drodze, na pocieszenie pojawiają się krokusy... W końcu mamy wiosnę ;)



Idziemy, idziemy, wiatr już nawet tak nie przeszkadza. Coś dziwnego dzieje się za to z deszczem. Czyżby... No tak! Nasz deszcz powoli przemienia się w śnieg ;)



Taka Skoruszyna gościnna! Im wyżej podchodzimy, w tym głębszej warstwie śniegu dreptamy. Nie zazdroszczę tym, którzy teraz wędrują gdzieś w Tatrach... ;)







Troszkę sypie ;)

W białej szacie docieramy na najwyższy szczyt dnia dzisiejszego, a mianowicie Skoruszynę. Niewiele ponad 1300 metrów. Na szczycie jednak wieje, przemoczone towarzystwo zajmuje więc całą altanę. Chętnych na wejście na wieżę widokową nie ma. Wojtek też jest grzeczny :)



Nie delektujemy się zbytnio widokami ze Skoruszyny i takimi tam... Schodzimy w dół. Ostro w dół, do Orawic. Tam gdzieś czeka na nas cieplutki i suchutki autobus... :)

Po drodze, kiedy śnieg zaczyna już znikać okazuje się.... Że nawet coś widać! Mamy nasze Tatry i widok na okolicę! Widok w sumie nawet dość fajny na bardzo ciekawie wyglądający stąd masyw Czerwonych Wierchów.





Grań Osobitej. Sama Osobita w chmurach.



Giewont i masyw Czerwonych Wierchów.







Dolina Bobrowiecka i Bobrowiec.

Po zejściu do Orawic zaczyna naprawdę gęsto sypać. Korzystamy z okazji i zatrzymujemy się w pierwszej restauracji, którą napotykamy na drodze...
A tam wygrzewa się pierwsza część ekipy - chyba odeszła im chęć na Dolinę Juraniową... :)

Ku naszemu szczęściu okazuje się, że przyjmują tam w złotówkach. Raczymy się słowacką kuchnią... No chyba sobie dzisiaj zasłużyliśmy! ;)



W Orawicach, trzęsąc się z zimna wsiadamy do autobusu. Zima jak widać nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa (i nadal nie mówi...)
I tyle z naszego wypadu zapoznawczego ze Skoruszyńskimi Wierchami :)