środa, 24 września 2014

Dzień dobry, Norwegio!

Zanim zacznę opisywać nasze norweskie perypetie, parę słów o tym, jak w ogóle doszło do tego wyjazdu.
O odwiedzeniu Norwegii marzyłam od dawna. Póki co uważałam, że jednak nie czas na realizację tych marzeń, z prostej przyczyny - finansowej :) Norwegia jest bardzo droga. Bardzo.
Jakoś tak się złożyło, że na początku wakacji zaczęłam się uczyć norweskiego, a, bo język piękny, kraj piękny - czemu nie.
Zbliżał się czas naszego urlopu. Plany były przeróżne - od spędzenia tygodnia w Tatrach - a, bo odbijemy sobie to niepogodne lato, poprzez zakładany wcześniej wyjazd w Alpy Julijskie (Słowenia też gdzieś tam mi się marzyła). Jakiś tygodzień przed urlopem trzeba było zadecydować. Słowenia jednak zbytnio do Wojtka nie przemawiała. Tatry, hm... Możemy zdecydować pół godziny przed odjazdem.
-To może Norwegia? rzucił Wojtek.
Pomysł przyjął się oczywiście od razu. Zdecydowaliśmy się oczywiście na wyjazd niskobudżetowy. Noclegi pod namiotem (z CS nie wyszło) + jeżdżenie stopem. Całe popołudnie w pracy spędziłam na szukaniu tanich biletów lotniczych (tydzień przed odlotem!!!), które kupiliśmy następnego dnia. Po zrobieniu przelewu klamka zapadła... No to lecimy :)

DZIEŃ I:
Flesland lotnisko -> Bergen -> Åsane -> Voss


Tak nasza trasa prezentuje się na mapie.


Przenieśmy się więc do dnia wyjazdu. Piątek.



O godzinie 13:00 z krakowskiego dworca startuje PolskiBus mający nas zawieźć na drugi kraniec kraju - do Gdańska. Plecaki wypakowane, pierońsko ciężkie, Z racji, że wychodziłam z domu jako ostatnia, na mnie ciążyła odpowiedzialność za ewentualne zapomnienie czegoś (co w moim przypadku nie jest trudne:P). Całą drogę na dworzec szukałam w myślach rzeczy, którą mogłam zostawić w domu. Na szczęście bezskutecznie :)

10-godzinowa podróż PolskimBusem była nieco męcząca. W Gdańsku byliśmy około północy, na lotnisku pewnie koło 1:30. Odprawa zaczynała się o 4:00. Wojtek znalazł na szczęście jakąś kanapę, na której mogliśmy się chociaż chwilkę przespać.
Po odprawie pojawił się kolejny stres: samolot! Myślę, że prawie każdy za pierwszym razem to przechodzi :)





Na domiar wszystkiego okazało się, że nasz samolot jest... różowy. Wprost do raju :P



Czas na notatkę w dzienniku wycieczkowym. I wsiadamy!



Po odbiciu się od ziemi zaczęło być w sumie fajnie. Jak na złość trafiło się pełne zachmurzenie, więc nici z widoczków.



Najpierw pod chmurami...



I chwilę później nad :)

Potem okazało się jednak, że nad Norwegią tylu chmur nie ma... i oto taka niespodzianka.

Norwegia z samolotu

Norwegia z samolotu

Do naszego miejsca docelowego, na lotnisko pod Bergen, lecieliśmy około półtorej godziny. Nasze uszy trochę kiepsko zniosły lądowanie - pomimo gumy do żucia i zatykania uszu byłam głucha na jedno ucho :) Na szczęście, tylko na parę godzin.

Dopiero po wyjściu z lotniska dochodzi do nas, gdzie jesteśmy. Norwegia! No... i co dalej? Lotnisko jest oddalone od centrum Bergen o jakieś 18 km.

Lotnisko w Bergen

Velkommen hjemm - Witamy w domu ;)

Lotnisko w Bergen

Przemieszczamy się na drogę z drogowskazami do Bergen i wyciągamy przygotowaną tabliczkę :) Łapanie pierwszego stopa zajmuje nam... 3 minuty. Po chwili zatrzymuje się nam pewien Pan, który jak się okazuje, strasznie lubi "prawdziwych plecakowców" :) Pierwszy raz doświadczamy uprzejmości Norwegów - kiedy z rozmowy wychodzi, że chcemy kupić gaz, Pan objeżdża z nami okoliczne sklepy (które są z resztą zamknięte - ale o tym kiedy indziej), aż w końcu trafiamy na stacje benzynową, gdzie z kolei pracownik specjalnie dla nas przeszukuje jakieś magazyny w poszukiwaniu gazu... Niestety nie udaje mu się nic znaleźć, ale widać, że strasznie mu głupio i nas przeprasza. Szok kulturowy :)

Po drodze kolejna fascynacja - architektura! Pan, który nas podwozi też jest zwolennikiem klasycznych, drewnianych domków. Nam podoba się też ich rozmieszczenie. Bergen położone jest na terenach górzystych, a ludzie muszą się przystosować. Toteż domki budowane są na sporych wzniesieniach, na skałach... Pamiętajmy, że cały czas jesteśmy w mieście :)

Bergen (czyt. Bargien) to drugie co do wielkości miasto w Norwegii. Była stolica, obecnie bardzo popularne wśród turystów. Analogicznie do Krakowa, tak nawiasem mówiąc :) Nazywane jest bramą do fiordów, otoczone Siedmioma Górami... i jest strasznie porozrzucane.

Wysiadamy w samym centrum Bergen. Jest sobota. Wcześnie. Cisza, spokój. Musimy zaczekać na otwarcie sklepu turystycznego - toteż postanawiamy zwiedzić trochę miasto.

Fisketorget Bergen

Na sam początek fisketorget (czyli targ rybny, czyt. fisketorgja). Ryby jednak nie są główną atrakcją - najfajniejsze są wielkie kraby.

Fisketorget Bergen

Bergen

Fisketorget znajduje się zaraz przy wybrzeżu. Kiedyś musiało się tu dziać! Teraz też się dzieje, lecz ruch jest raczej turystyczny.

Zaraz za targiem ukazuje nam się chyba najbardziej charakterystyczny obrazek dla całego Bergen - Bryggen! Po raz kolejny dochodzi do nas, że jesteśmy w Norwegii :D

Bryggen

Bryggen

Bryggen

Bryggen


Bryggen to szereg starych domków kupieckich, w których obecnie mieszczą się sklepy z pamiątkami i puby, Z ciekawostek, podobno dawniej w Bryggen z obawy przed pożarem obowiązywał zakaz palenia ognia - nawet w najbardziej siarczyste mrozy, z czego powodu zdarzało się, że mieszkańcy zamarzali.
Inna ciekawostka jest taka, że w Bryggen piwo podobno kosztuje 200 NOK, czyli 100 zł :) Trzeba jednak pamiętać, że ogólnie w Norwegii alkohol jest bardzo drogi i dość trudno dostępny.

Bryggen

Pomiędzy tymi drewnianymi domkami znajdują się dość wąskie i... krzywe korytarzyki. Wszystko wygląda jakby trzymało się na słowo honoru - a trzyma się całkiem nieźle.

Bryggen

A całkiem na tyłach dość potężna rybka ;)

Po zwiedzeniu Bryggen zaopatrujemy się w jakże ważny gaz - cena tym razem raczej polska :). Planujemy tego dnia dotrzeć do Oddy, żeby jutro wybrać się na Trolltungę. Żeby złapać stopa trzeba jednak... wyjść z miasta :)

Nasza mapa jest raczej kiepska. W momencie kiedy ślepimy nad nią na środku chodnika podchodzi do nas para Norwegów i pyta: czy może pomóc? Dowiadujemy się od nich, że dotarcie do Oddy wcale nie będzie takie proste. Mówią nam jednak, w którą stronę najlepiej będzie nam iść, żeby wydostać się z miasta. No to idziemy.



A tymczasem na mieście... Światła dla pieszych na przejściu przez ścieżkę rowerową.

Bergen

Typowy krajobraz Bergen - góry, a na ich stokach całe osiedla.

Ulriken

A oto Ulriken - najwyższa góra nad Bergen, mająca aż... 634m wysokości! Nie zapomnijmy, że na górę patrzymy pewnie odrobinę wyżej niż z poziomu morza.

Po jakichś 30 minutach jakoś straciliśmy nadzieję na wyjście z miasta. Zapytana o poradę dziewczyna na stacji benzynowej stwierdziła, że do wyjścia z miasta jest raczej... daleko :) Dała nam za to cenną mapę Bergen z nazwami ulic. Wtedy nastąpiło oświecenie. W drodze tutaj mijał nas darmowy autobus do Ikei. Szybkie skojarzenie - takie sklepy są zawsze na obrzeżach miast. Spojrzenie na mapie - faktycznie!

Dotarliśmy więc do centrum i złapaliśmy owego busa. W przeciwieństwie do autobusów miejskich, które jeździły puste (dość drogie nawet dla miejscowych - w stosunku do paliwa, bardziej opłaca się jechać samemu samochodem). Po parunastu minutach znaleźliśmy się w Åsane. Pod Ikeą :)



Ikea jak Ikea. Ale ten krajobraz dookoła!



:)

Z racji, że byliśmy okropnie głodni, postanowiliśmy złapać najbliższe krzaki i ugotować sobie tam nasz "obiad".



Po zjedzeniu obiadku okazało się jednak, że Wojtek zgubił polar. Olać tego nie mogliśmy, a więc znowu - w nasz ikeabus do Bergen (polar szczęśliwie znalazł się na dworcu) i z powrotem do autobusu. Musiało to śmiesznie wyglądać.

W autobusie zasypialiśmy już na siedząco. Trzeba było jednak jeszcze złapać stopa. Z racji, że szanse dostania się dzisiaj do Oddy były raczej marne, postanowiliśmy odwrócić troszkę kolejność naszej wycieczki i wyciągnęliśmy z plecaka tabliczkę Voss.

Åsane

Po drodze jeszcze mały spacer po przedmieściach.

Åsane

Trochę błądzenia i znaleźliśmy właściwą drogę. Tym razem łapanie stopa zajęło nam z 5 minut. Okazało się, że do Voss jest aż 100 km. Byliśmy zaskoczeni drogą - trochę kręta i pełna tuneli, które strasznie się nam spodobały. W Norwegii tuneli jest całą masa - to jedyny sposób na to, żeby pobudować tam w miarę sensownie drogi. Tunele nie są tam jednak obłożone paskudnym betonem - jedzie się pod prawdziwą, urzeźbioną skałą! Coś pięknego. Zdjęcia, na których to widać jednak innym razem - wtedy jakoś nic nie udało się zrobić.



Trafił nam się rozmowny kierowca, który co nieco opowiadał o mijanych miejscowościach - które, po wymówieniu przez niego z trudem próbowałam odnaleźć na mapie. Słuchając Norwegów coraz bardziej zakochiwałam się w norweskim, ale wymowa i zrozumienie tekstu mówionego jest bardzo trudne. Póki co :P



Jechaliśmy brzegiem Sørfjorden. Dookoła góry, urwiste ściany, maleńkie czerwone domki przepięknie wkomponowane w krajobraz, na przystankach daszki porośnięte trawą... Taką Norwegię sobie właśnie wyobrażaliśmy. I ona naprawdę taka jest!





Dojeżdżając do Voss, Pan wskazał nam sosnowy lasek, w którym możemy się rozbić. Oczywiście od razu przypadł nam do gustu, toteż nie szukaliśmy nawet innego miejsca na nocleg.

Voss to miasteczko położone wśród gór nad jeziorem Vangsvatnet. Podobno dość popularne wśród turystów. Było w nim jednak bardzo spokojnie. Co prawda nie otaczały nas urwiste ścianiska wiszące nad fjordami, ale za to mieliśmy blisko plażę.

Voss

Voss

Voss

A oto i owa plaża.

Voss



Odkryliśmy taką chatkę, która okazała się być toaletą z ciepłą wodą i mydełkiem - to dopiero luksusy ;)



Byliśmy paskudnie zmęczeni. Rozbiliśmy się, ugotowaliśmy herbatę, położyliśmy się tylko na chwilkę... I do rana już nie wstaliśmy :)

C.D.N....