poniedziałek, 6 października 2014

W towarzystwie Sognefjord - największego norweskiego fiordu

Relację z I-go dnia wycieczki można przeczytać tutaj.

II DZIEŃ TRASA:
Voss -> płaskowyż Stølsheimen -> Vik -> Vangsnes -> Hella -> Sogndal -> Gaupne





Upłynęło kilka chwil zanim się zorientowałem co się dzieje. Śpiwór, namiot... O kurna, jestem w Norwegii! Mamrotanie Hemli świadczy, że co prawda się już wybudza, ale spać jeszcze nie skończyła.
No tak, mieliśmy chwilkę poleżeć po zjedzeniu kolacji około 20:00, troszkę odpocząć i iść się wykąpać. A na zegarku już prawie 8:00! Ciężkie godziny podróży odespaliśmy z nawiązką. A spało się lepiej niż w wyrku. Wcale nie przesadzam.



Dzień zaczęliśmy od śniadania - kawa plus kanapki. Na pierwsze dni wzięliśmy jakąś lepszą wędlinę, ser, żeby nie jeść konserw przez cały tydzień. Wynurzamy się z namiotu, a tu coś takiego:



Po śniadaniu idziemy do tej łazienki, którą wczoraj wypatrzyliśmy. Jest po drugiej stronie jeziorka w Voss, patrząc od strony drogi przelotowej, schowana za niskimi sosnami. Gorąca woda, ręczniki papierowe, mydło - na taki luksus nie liczyliśmy:) Tylko to graffiti trochę nie pasuje do otoczenia.



Po śniadaniu i kąpielach nie czekając zbyt długo zwijamy obóz. Tropik namiotu zroszony wodą - w nocy trochę padało. Jesteśmy przygotowani, że pogoda może być zmienna.
Ruszyliśmy do centrum Voss.





Miasteczko nie jest duże, bardzo ładnie położone. W centrum jest pizzeria, pizza już od 79 koron, (40zł), jakaś azjatycka restauracja - też droga, oraz dwa sklepy turystyczne. Zapewne można w nich nabyć kartusze gazowe.





Skręciliśmy w ulicę wylotową z Voss i zaczęliśmy łapać stopa. Planem na dzisiejszy dzień jest dojechać jak najbliżej do lodowca Jostedalsbreen.
Od gesykulujących ludzi szybko się zorientowaliśmy, że powinniśmy podejść dalej. I rzeczywiście - około kilometr dalej ruch w naszym docelowym kierunku był znacznie większe przez połączenie z drogą wiodącą z Oslo i Oddy.



A Kolejne pół kilometra dalej minęliśmy rondo, przez które wiodła tunelem droga do Bergen omijająca Voss. Teraz samochodów już było całkiem dużo.



Nie wiedzieliśmy co napisać na kartonie - kombinacje dróg dobrych dla nas są różne. Sogndal to kiepski pomysł, bo mało kto tamtędy będzie jechał. Oslo? Można, ale w sumie interesuje nas każda ilość przejechanych kilometrów.



Poskutkowało łapanie po prostu na palec.
Zajęło to więcej czasu niż poprzednio, ale okolica była bardzo ładna, a pogoda sprzyjająca:-) Zatrzymał się nam starszy Pan jadący zaledwie kilkanaście kilometrów dalej. Postanowił wykorzystać ładny dzień i wybrać się w góry. Pan postanowił zmienić nieco swoje plany i podwieźć nas kilka kilometrów dalej, do rozjazdu dróg.

Opowiedział nam przy okazji legendę dotyczącą mijanego po drodze wodospadu.



Legenda głosi, że woda z wodospadu działa jak wiagra. Podobno szczególnie lubiany jest przez turystów z Azji - zabierają sobie buteleczki z "leczniczą wodą"  ;)

Po 20 km podziękowaliśmy za podróż Starszemu Panu i zgodnie z poleceniem, łapiemy stopa już na drodze nr 13 do Vik.



I nie trwało to jakoś specjalnie długo - około 20 minut i wsiadamy do samochodu przemiłego Państwa, była to chyba najciekawsza przejażdżka całej wycieczki:-)

Na wstępie dowiedzieliśmy się, że Państwo są z Vik i dokładnie tam mogą nas zabrać. Super! Już po kilku kilometrach długą, wąską doliną droga zaczęła się mocno zakosami wznosić.





Wyjeżdżamy na płaskowyż, jeszcze nas tam nie było:-) A co na płaskowyżu? Bardzo ciekawy krajobraz.







Brak drzew, małe ilości krzaków i tylko pagórkowaty, trawiasto skalisty teren. Gdzieniegdzie porozrzucane są chatki "Hytte" - domki letniskowe miejscowych. Na kompletnych pustkowiach.





Dookoła napotykamy małe i większe jeziorka. W niektórych z nich też są łososie. Łososie są tutaj niemal wszędzie i niemal wszędzie, gdzie są, można je łowić:-)





Mili Państwo zatrzymywali się nam w ładniejszych widokowo miejscach, żebyśmy mogli porobić zdjęcia.
Zapytaliśmy czy mają na tyle czasu, żeby się zatrzymywać. Usłyszeliśmy w odpowiedzi z uśmiechem:

- Jest niedziela:-)

Hytte jest na płaskowyżu dość sporo. Niektóre z szczególną dla Norwegii trawą na dachu.



Panorama z płaskowyżu.



Podczas jazdy płaskowyżem mieliśmy jeszcze jedną atrakcję - owce.



Po minięciu jednego z tuneli zatrzymaliśmy się - my myśleliśmy, że tylko na zdjęcia, ale cel był ciekawszy.



Nieopodal drogi pasło się kilka owiec. Czy ktoś ich pilnował? Nie. Chodziły sobie na kilkudziesięciokilometrowym pustkowiu gdzie ich wola. Nic ich tu nie mogło napaść (w tej części Norwegii nie ma groźnych dzikich zwierząt, kradzieże też się zapewne nie zdarzają).



Pan Kierowca wyjął z samochodu foliową reklamówkę i zaczął nią przed sobą szeleścić. Owce truchtem podbiegły zobaczyć czym są częstowane.





Pewnie się rozczarowały, ale chociaż dały pogłaskać:-)













Ruszyliśmy dalej w podróż. Już do końca płaskowyżu, gdzie droga zaczęła się mocno obniżać. Zatrzymaliśmy się przy jednym zakręcie, gdzie stała kolejna pokryta trawą chatka.



Bardzo widokowe miejsce na położone poniżej miasteczko Vik i krótki kawałek Sognefjorden, największy fiord Norwegii.



Widać też po drugiej jego stronie opadający z innego płaskowyżu jęzor lodowca. Lodowca, do którego chcemy dotrzeć.



Jednak zanim się zabierzemy za drogę w kierunku lodowca, nasi "podwożący" postanowili pokazać nam dwa zabytki w swoim miasteczku. Obydwa są kościołami. Najpierw murowany, bardzo gustowny z zewnątrz i malutki w stosunku do znanych nam kościołów.



W Norwegii to podobno normalnej wielkości kościół. Jest bardzo urokliwy, jak z resztą zdecydowana
większość norweskiej zabudowy.
Pięknie zachowane lasy, zadbane pastwiska, a w oddali widoczny lodowiec.



Drugi kościółek to już prawdziwy antyk.



Po całym kraju porozrzucane są tak zwane kościoły klepkowe z okresu X-XIII wieku. Ten kościół jest z XIII wieku, dobrze zachowany. W środku jest mały ołtarzyk i kompletny brak okien - trochę
ciemno, musi mieć niezapomniany klimat po zapaleniu dziesiątek świec.
W pobliżu jest mały budynek, raczej nie zakrystia, też obsadzony miejscową dachówką:-)



Wokół kościółka znajdują się niewielkie nagrobki. Są tu też groby z obecnych lat, ale niektóre wyglądały na wiekowe.



Zwiedzanie kościółka jest płatne. My się o tym dowiedzieliśmy dopiero wychodząc, ponieważ miejscowi mogą odwiedzać kościół bez opłat, a My byliśmy razem z miejscowymi. Cena - 60 koron (30zł) za osobę. Takim oto sposobem zobaczyliśmy coś, co chcieliśmy również zobaczyć, ale nie braliśmy w planach pod uwagę:-)





Na koniec zostaliśmy jeszcze podwiezieni do wybrzeża, nieopodal drogi biegnącej w kierunku promu przeprawowego przez Sognefjorden i poczęstowani jabłkami - ot tak za wspólną podróż:-)



Aż żal, że nie mieliśmy jak się odwdzięczać za te podwózki - następnym razem o tym pomyślimy.
Posiedzieliśmy chwilkę nad wodą w takim małym porcie. Strasznie tam wiało więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Teraz czeka nas 10 kilometrów wzdłuż wybrzeża do Vangsnes, na prom, i później do Sogndal. Postanowiliśmy po prostu iść i po drodze łapać okazję. Po kilkunastu minutach zatrzymał się Camper:-) Naszej uwadze umknęły jednak tablice rejestracyjne samochodu.



Kojarzyliśmy jakoś Campery głownie z Norwegami, toteż rozpoczęliśmy rozmowę po angielsku - szybko jednak okazało się, że nasz kierowca bynajmniej Norwegiem nie jest... Po pytaniu skąd jedzie, odpowiedział, że z Francji.

No proszę! To by wyjaśniało, dlaczego ma problemy ze zrozumieniem nas. Po przełączeniu się na prosty angielski można było dość dobrze porozmawiać. Po wymienieniu paru zdań okazało się, że nasz kierowca to prawdziwy podróżnik i obieżyświat i tym razem zmierza na Nordkapp, a z podwózki na prom szybko zrobiła się podwózka aż do samego Gaupne :)

W Vangsnes znaleźliśmy się pierwszy raz na norweskim promie. Dla Norwegów płynięcie promem jest raczej niezbyt chcianym spowolnieniem podróży, dla nas z kolei było prawdziwą atrakcją. Przepływaliśmy przez Sognefjord, a co za tym idzie - przybliżaliśmy się powoli do lodowca.











Po drugiej stronie droga do samego Sogndal miała prowadzić brzegiem Sognefjord - około 50km. A to oznacza całą masę widoków.



Mieliśmy okazję oglądać mnóstwo ciekawych szczytów, które były dla nas bezimienne. Ma to swoje uroki ;-)







Okazji do zdjęć było podczas jazdy wiele - Pan "Obieżyświat" raczej nie przekraczał prędkości 40km/h. Ilekroć próbowaliśmy robić zdjęcie przez szybę, nasz Dobrodziej zatrzymywał się i opuszczał szybę, żeby zrobić lepsze zdjęcie.

Kolejną ciekawostką jest zapał do turystyki naszego kierowcy. Opowiedział nam o swoich planach podróży do Chin, Ameryki Południowej i o tym, jak kiedyś wiózł Polaków na stopa w Norwegii - przez tydzień:-) Odstąpił im jedno Camperowe łóżko.

Chęć zobaczenia wszystkiego oczywiście nie dotyczyła tylko głównej drogi. Na każdy zauważony drogowskaz informujący, że w pobliżu jest atrakcja turystyczna, Pan z Francji wbijał się swoim wielkim camperem w każdą uliczkę. Były przy tym i problemy z wyjechaniem z tych uliczek.



Tutaj akurat zjechaliśmy, żeby obejrzeć przystań jachtową.

Po klikudziesięciu wspólnych kilometrach Francuz zaproponował nam przerwę na kawę. Czy chcemy kawę? Pewnie!

Poszliśmy więc się nieco przewietrzyć, a przy okazji dotknąć Sognefjord. Jego brzeg wyglądał jak zastygnięta lawa.





Kawa po francusku okazała się być... piekielnie mocna :D Pomogła jednak trzeźwiej spoglądać na otaczający nas świat.



I dalej, w drogę...







Jak widać, Norwegowie też czasem szpecą swoje góry.



Na naszej drodze oczywiście pojawiały się i tunele, chociaż w porównaniu z trasą Bergen - Voss, było ich niewiele.


W końcu, po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów dość wolnym tempem docieramy do Sogndal. Można powiedzieć, że osiągamy w tym momencie zakładany przez nas dzisiejszy cel. Jednak, z racji, że droga na Nordkapp jeszcze przez parędziesiąt kilometrów pokrywa się z naszą, jedziemy dalej...



Aż do Gaupne. Tutaj nasze drogi się rozchodzą. Nasz kierowca stwierdził, że zatrzymuje się tutaj na noc.

My, zmierzając w stronę Jostedalsbreen (mamy stąd do celu jeszcze ponad 30km, a droga bardzo ładna wśród górskiego otoczenia), postanowiliśmy przejść tego dnia tyle kilometrów, ile nam się uda i gdzieś po drodze się rozbić.

Wyszło nam na tyle inaczej, że spodziewać się tego nie byliśmy w stanie!
Porozmawiamy o tym już w następnym wpisie:-)