niedziela, 19 października 2014

Mistyczny Jostedalsbreen

O tym, jak się tu znaleźliśmy, można przeczytać tutaj.


III DZIEŃ TRASA:
Gaupne -> Nigardsbreen -> Jostedal -> Haugafjellstølen


Wyobraźmy sobie taką sytuację:
idziemy drogą wiodącą na Łysą Polanę w okolicach Nosala. Łapiemy stopa. Zatrzymuje nam się pracownik TPN. Mówimy, że chcemy się dostać nad Morskie Oko. Pan z TPN jedzie na Łysą Polanę więc nas zabiera. Po drodze decyduje, że jednak zawiezie nas dalej. Otwiera szlaban i wiezie nas nad samo Morskie Oko, do tego informuje, gdzie będzie nam najwygodniej w okolicach Morskiego Oka rozbić namiot i żeby nie pić z niego wody do gotowania, bo nie nadaje się do picia, tylko pobierać wodę z któregoś strumienia obok. Zostawia nas nad samiutkim Morskim Okiem i sam wraca na Łysą Polanę.

Możliwe?
Raczej nie prędko.

A co nam się przydarzyło?

Osoba, która nam się tym razem zatrzymała to pracownik Parku Narodowego Jostedalsbreen, przewodnik wycieczek po lodowcu i jednocześnie tamtejszy ratownik. Zatrzymał się nam podczas powrotu ze wspinaczki (na tylnim siedzeniu mnóstwo sprzętu). Podobno Norwegowie nie lubią ubezpieczania dróg, wbijania w skały haków, osadzania ringów czy tworzenia Via Ferrat. Ich zdaniem powinniśmy mierzyć się ze ścianami takimi, jakie zastaliśmy - osadzanie w nich stali jest ingerowaniem w przyrodę.



W odpowiedzi na nasz cel wycieczki zaproponował inny, mniej popularny jęzor lodowca, równie ładny. Dodał, że zawiezie nas pod sam lodowiec, bez względu pod który zechcemy. Wybraliśmy bardziej popularny i nieco dalszy. Kilkanaście kilometrów przed naszym celem mijaliśmy jego dom, do którego później musiał wrócić. Na stwierdzenie, że nie chcemy robić kłopotu odpowiedział:

- "Nie szkodzi, mam czas."

Polecamy Wam na przyszłość - nie proponujcie Norwegom zapłaty za podwiezienie Was dalej niż sami jadą - mogą się obrazić:-)

Dowiedzieliśmy się w trakcie jazdy bardzo istotnej rzeczy - woda spływająca z lodowca, taka niebieściutka i apetyczna, zawiera piasek. Nie wolno jej pić! Za to ściekają tam w okolicy różne wodospady i strumienie, z nich jak najbardziej czerpać wodę można.
Nasze zdziwienie wzrosło, gdy zbliżyliśmy się do zamkniętego szlabanu. Nasz kierowca otworzył szlaban kartą i pojechaliśmy kolejne kilka kilometrów na parking nad samym jeziorem. Stąd do lodowca już tylko 40 minut:-) Na nocleg pod namiotem mamy się podobno trochę cofnąć w las - jest dużo wygodniej i przyjemniej na miękkim, porośniętym mchem podłożu. Rzecz jasna, wszystko to w Parku Narodowym.

Czy jest różnica od przytoczonego Morskiego Oka?



W krajach Skandynawskich panuje umowne prawo umożliwiające kontakt z naturą każdemu człowiekowi (nor. Allemannsretten). Wedle tego prawa człowiek ma współżyć z naturą korzystając z niej, jednocześnie jej nie niszcząc. Można więc chodzić po wszystkich górach, lasach, pływać w rzekach, jeziorach, łowić ryby, zbierać grzyby, leśne owoce. Spać w namiocie można niemal wszędzie, tak w Parkach Narodowych, zwykłych terenach Państwowych, nawet na terenach prywatnych! Oczywiście grzeczność wymaga wtedy zapytania o możliwość spędzenia nocy:-)
Palenie ognisk również jest dozwolone jednak już z pewnymi ograniczeniami związanymi z ryzykiem wzniecenia pożaru.

A czego nie wolno? Śmiecić, niszczyć przyrody, hałasować. Ale to jest każdemu turyście wiadome:-)



Wspaniale,jesteśmy na miejscu!



Na końcowym parkingu jest wykopany w skałach" bunkier" z łazienkami i sprzętem dla turystów zmierzających na wycieczki z przewodnikiem po lodowcu.



Koszt takiej kilkugodzinnej wycieczki wcale nie jest drogi - około 400 koron (200 zł) za osobę, co w porównaniu z wycieczką np. na Mnicha jest dwukrotnie tańsze! I na pewno zdecydowanie ciekawsze.

Ciężko oderwać wzrok od wyglądającego zza załomu jęzora lodowca.



Po jeziorku utworzonym ze spływających wód pływa łódka, którą można z przewoźnikiem podpłynąć na drugi brzeg. Jest to jednak tylko 40 minut spaceru pośród bardzo ładnych, wielkich, wymytych głazów i a la Tundrowej roślinności.



Jest godzina 18:00. Mamy dużo czasu, a spać idziemy w okolicy. Idziemy bardzo wolno, nie spieszy nam się nigdzie.



Trudno się mi też tutaj spieszyć - nigdy nie byłem w tak fascynującym mnie otoczeniu.



Nieopodal spływa ze stromej ściany długi wodospad - na oko około 400-500 m wysokości.



Z każdym krokiem w stronę lodowca staje się on coraz potężniejszy. I jest na prawdę niebieściutki.
Zupełnie jak lodowiec z filmu "Czekając na Joe".



Podobno alpejskie lodowce takiej barwy nie mają?
Niektóre wymyte głazy są na prawdę ogromne. I zaokrąglone jak bochenek chleba:-)



Do pokonania pozostał nam jeszcze mostek nad strumieniem wody spływającej z lodowca.





Po drugiej stronie jeziora świat jest już zupełnie inny. Jakbym zobaczył zdjęcia z tego miejsca, powiedziałbym, że to w Himalajach.



Do tego te baczki ze sprzętem - jak z czasów wielkich wypraw.
Piękny kolor, potęga i zionięcie chłodu.



Dla porównania rozmiaru, na głazie w głębi zdjęcia poniżej stoi człowiek.



Pamiętajmy, że to jest kraniec jednego ze spływających jęzorów. Podobno rozciągnięty na długości 60 km Jostedalsbreen grubością lodu dochodzi do 500 metrów!

Z rzeczy, których nie wolno, to nie wolno wchodzić bez przewodnika na lodowiec oraz, ze względu na ryzyko rozłamania się krańcowych brył lodu, nie wolno wchodzić pod żadne części lodowca.



Takie bryły mogą ważyć kilka ton i w każdej chwili mogą się obłamać. Zginęła tutaj pod taką bryłą lodu w tym sezonie dwójka niemieckich turystów, właśnie przez rozłamanie części lodowca.
Strasznie się cieszę, że udało się nam tutaj dotrzeć, zobaczyć i dotknąć ogromnego Jostedalsbreen - marzyłem już o tym planując naszą wycieczkę.



Aż chce się usiąść, popatrzeć i rozmyślać. Oczywiście musiałem choć na kawałku stąpnąć.
Nie dotarliśmy tutaj, żeby gdzieś wysoko wychodzić, przechodzić, "zdobywać". Chcieliśmy po prostu popatrzeć.



I radość z samego odwiedzenia takiego miejsca jest nie do ukrycia.





Wychodzimy troszkę wyżej na skałki, żeby oglądnąć nieco więcej lodowca.



I pora wracać na drugi brzeg jeziora. Jeszcze się z lodowcem nie żegnamy, będziemy nieopodal do rana:-)





Zgodnie z sugestią przewodnika, cofamy się drogą asfaltową w poszukiwaniu dogodnego miejsca na nocleg.



Znaleźliśmy bardzo uroczy zagajnik, z pozostawionym miejscem ogniskowym przez poprzednich obozowiczów.



I tak po dniu pełnym nieznanych nam do tej pory krajobrazów układamy się do snu. Wydaje się, jakbyśmy byli tutaj całkowicie sami. Tylko dolina, skały, lodowiec i My.

Ciekawostka:
tak było wieczorem przed godziną 21:00



a tak nad ranem, tuż po 7:00



Różnica tak mała, że sami się pogubiliśmy czy jest wieczór, czy poranek:-)
Po całej wycieczce i wszystkich poprzednich wiem, że to najbardziej niezwykłe miejsce, w którym spędziłem noc.
Obudzony jakimś dzwonieniem (gdzieś niedaleko nad ranem przechodziły znane już nam, miejscowe, dzikie zwierzęta) wstałem nieco wcześniej niż Hemli.



Poszedłem nad jezioro popatrzeć jeszcze raz w stronę lodowca. Siedziałem tam chyba długo, wynurzyła się z naszego legowiska i Hemli.



Też szybko uświadomiła sobie gdzie nocowaliśmy.
Pochodziliśmy trochę po okolicy pośród przyjemnej roślinności, grzybów, spakowaliśmy obóz i udajemy się w dalszą wędrówkę.



No właśnie, grzyby. Tę zdjęciową część relacji dedykuję Fotoamatorowi robiącemu doskonałe zdjęcia grzybów (i nie tylko):



Rosną na prawdę co kilka, kilkanaście metrów. Nikt ich nie zbiera, a wszystkie zdjęcia powyżej zrobione są z drogi asfaltowej, i niektóre są na prawdę ogromne!
Może zachęciłem Fotoamatora do wyjazdu?:-)

Opuszczamy Nigardsbreen, najpopularniejszą część lodowca.



Dopiero z odległości kilku kilometrów widać wijący się jęzor lodowca. Nawet nie wiedzieliśmy, jak mało go widzieliśmy stojąc u podnóży.



Postanowiliśmy dzisiejszego dnia przejść się na jeden z pobliskich szlaków wyprowadzających gdzieś wyżej z nadzieją na oglądnięcie większej części lodowca.
Zmierzamy w drogę powrotną w kierunku wylotu dolinki utworzonej przez inną część lodowca, którą proponował nam do odwiedzenia przewodnik.
Po drodze uroczy szałasik. Kto i po co to tutaj zbudował?



Hemli zauważyła biegające w pobliżu drogi kilka owiec. Może spróbujemy sztuczki z workiem foliowym?



Działa:)



W sumie to aż za dobrze - owca chodzi za nami rozczarowana, że nie mamy dla niej żadnego przysmaku :-)





Zaglądamy jeszcze w okolice Muzeum Jostedalsbreen





i wracamy na drogę do szlaku.

Droga wiedzie wzdłuż rzeki spływającej z lodowców. Woda jest błękitna, widywałem taką tylko w filmach o Kanadzie czy Alasce.



Przypomniały mi się słowa Francuza z campera.
Na stwierdzenie, że "Norwegia jest piękna", odpowiedział:

- Znacie Kanadę?

- Tylko ze zdjęć.

- A znacie Szwajcarię?

- też ze zdjęć, i z opowieści znajomych.

- Słuchajcie, Norwegia jest jak połączenie Kanady i Szwajcarii.


Wierzę na słowo!
Czuję się jakbym podczas smakowania obiadu zwanego "Światem" zabrał się od razu za deser!
W moim, aktywno-wypoczynkowym wyobrażeniu.

Schodzimy kilka kilometrów wzdłuż dolinki do kolejnego "dopływu" rzeki ciągnącej się w kierunku Sogndal.
Tutaj zaczyna się nasz szlak. Niedługi - około 400 m przewyższenia, 1,5h na mapie w górę, i w skali trudności norweskiej 3 z 4 ( po naszemu - nadal bez trudności, 0-).
Postanawiamy odciążyć się na tą wycieczkę - zostawiamy największy toboł w krzakach tuż przy wejściu.



Opisujemy karteczkę, choć i tak wiemy, że plecak pozostanie nietknięty do naszego powrotu.

Ruszamy na szlak. Jesteśmy na nim absolutnie sami.



To w końcu poniedziałek. Choć i niedziela nie jest w okolicach tłoczna:-)
Zwykły szlak o trudnościach beskidzkich,




choć czasem i tutaj było ciężko



Tutaj co jakiś czas nasz szlak przecinały owce.



Czasem w niezbyt łatwym terenie, przyjęliśmy, że one po prostu tutaj łażą.



Zmierzamy ku górze, dość stromym stokiem. Po kilkudziesięciu minutach zaczęło się wypłaszczać.



Takie są norweskie fiordy - stromo w górę, później zamiast szczytu - płaskowyż...



... i owce.

Chcieliśmy zobaczyć lodowiec z góry, nie udało się.
Odwiedziliśmy w zamian miejsce, jakiego się nie spodziewaliśmy.

Na końcu szlaku, który wybraliśmy, nie było ani szczytu, ani przełęczy, ani szczególnych widoków.
Było Haugafjellstølen,



siedlisko domków górskich zbudowanych przez miejscowych. Było też małe jeziorko, w którym pluskały co jakiś czas smakowite rybki:-)



Wiecie co?
To miejsce jest spełnieniem moich dziecinnych marzeń!

Domek nad jeziorkiem, z dala od samochodów, tłoczenia ludzi, wiecznych remontów, sprzątania czy innego hałasu.
Na pewno znajdzie się takich spokojnych miejsc mnóstwo i w Polsce.
To było jednak idealne.



Miejsce, które zatrzymało wszystkie moje słowa podczas pisania i podczas stąpania pośród spokojnych traw, i podczas przeglądania zdjęć stamtąd.
Widziane niejednokrotnie w wyobraźni, w niedowierzaniach, że może rzeczywiście istnieć.







Malutka, kilkodomkowa wioska w górach nad jeziorem.

Hemli postanowiła zatrzymać swoje aktualne "wspomnienia" bez zwłoki.





Przyłączam się do niej.

Was również zapraszam, żeby w tej trudnej do wymówienia wiosce pozostać nieco dłużej.

Czas tutaj płynie znacznie wolniej...