niedziela, 31 stycznia 2016

Skarby Lofotów - od plaży po stromą grań

TRASA:
Buneset -> Vindstad -> Reine -> Reinebringen -> Reine



Powróćmy więc do poprzedniej opowieści, którą to zakończyliśmy pierwszym spojrzeniem na plażę Bunesstranda.


Plaża wydaje być się ogromna. Właściwie to jest ogromna - ma około 700 metrów długości i tyle też szerokości. Ale zanim zabierzemy się za zwiedzanie, szukamy jakiegoś miejsca na rozbicie namiotu. Nie jesteśmy sami - na plaży stoją już z dwa namioty, a Francuzi, którzy płynęli z nami promem też rozglądają się za dogodnym miejsce. Tego na szczęście na plaży pod dostatkiem ;)



Miejsce do grillowania? Hmm, gdybyśmy chociaż mieli jakieś kiełbaski... ;)


Ma rozbicie namiotu wybieramy jednak zieloną trawkę. Zostawiamy toboły w namiocie i rozpoczynamy zwiedzanie.


Na drugim końcu plaży stoi domek - najprawdopodobniej hytte, czyli domek letniskowy.

Ciepły piasek z poutykanymi trawkami.


Te śmiesznie wyglądające z góry zielone wysepki to kępki trawy. Wojtek oczywiście musi na jedną z nich wleźć - długo jechał, żeby wejść na jakiś szczyt :)



Zbliżamy się do morza i w międzyczasie zbieramy okoliczne skarby - muszelki. Zupełnie inne, niż zbieraliśmy jeszcze parę dni temu nad Bałtykiem.



Postanawiam sprawdzić temperaturę wody - jak widać na załączonym obrazku, zimniutka! ;)


Woda ma piękny kolor. Fale spokojnie uderzają o brzeg, dźwięk niesie się odbijany przez ściany okolicznych szczytów.


Skarbów na plaży jest więcej - ogromne łodygi np.


 ... muszelki

i szczypce kraba ;)


Hytte jest dzisiaj pusta. No tak, norweskie wakacje już się skończyły. Czas ubrać buty i odkrywać dalej. Chcemy wyjść gdzieś wyżej, żeby obejrzeć okolicę z nieco szerszej perspektywy.


Przy okazji natrafiamy na coś w rodzaju rzeźby. Po bliższym przyjrzeniu się stwierdzamy, że to planeta - i faktycznie, to Saturn. Na Lofotach jest obecnie siedem takich rzeźb planet umieszczonych w różnych miejscach. Podczas tego wyjazdu odkryjemy jeszcze jedną planetę. Gdybyśmy wiedzieli o ich istnieniu, pewnie zaliczylibyśmy jeszcze Ziemię i Słońce, które podobno są w Reine.

Poniżej mapka z rozmieszczeniem planet:
 Najfajniejszy jest pluton - ale żeby go zobaczyć, trzeba by się wybrać aż na Værøy ;)

Źródło: http://www.wanggaard.com


Musimy się więc zadowolić Saturnem, a ten też jest w pięknym miejscu.

Za nami wielkie, skaliste baszty.

Dopiero z tej perspektywy widać jak ogromna jest ściana górująca nad plażą. Góra do której należy nazywa się Helvetestinden i ma 602 m wysokości. Tyle też ma jej ścianisko ;)


A na drugą stronę płasko i spokojnie. Słychać tylko szum fal i mewy, które upodobały sobie miejscówkę na odległych skałkach. Norwegowie muszą chyba nienawidzić mew - paskudnie brudzą ;)


Delektujemy się długim zachodem w tym niezwykłym miejscu. Patrząc w stronę morza myśli się tylko, co tam, za daleką wodą jest.


Próbujemy podejść jeszcze wyżej, ale w końcu blokują nas skałki. Robimy panoramę i schodzimy.


I powoli wracamy w stronę namiotu.



Na plaży odkrywamy jeszcze takie coś - podobno kość z głowy wieloryba. Nie jest to dziwne - okoliczne wody zamieszkują Kaszaloty, jest tutaj nawet "Wielorybie Safari", gdzie można niemal ze 100% pewnością zobaczyć je z bliska.



Zawijamy się do namiotu. Oglądamy jeszcze zachód słońca. Szybko stwierdzamy, że słońce zachodzi bardziej w bok niż w dół - czy kiedykolwiek zajdzie?



Można powiedzieć, że w końcu zachodzi. To jednak nie oznacza, że robi się ciemno... W nocy zaczyna jeszcze wiać. I ku naszemu zdziwieniu - zamiast być ciemno ciągle jest szaruga. Jak się później okaże, ten scenariusz będzie się powtarzał co noc. Nikt nie powiedział, że na Lofotach się wyśpimy :D

* * *


Zarządzamy pobudkę wcześnie - trzeba zdążyć na poranny rejs z powrotem do Reine.


Rano zwijamy nasz domek i żegnamy się z plażą. Szkoda opuszczać nam tą plażę ... Ale inne części Lofotów czekają na odkrycie.


Ze wzniesienia oddzielającego plażę od Vindstad mamy piękny widok. Niezwykle spokojny poranek.



Po drodze mijamy lokalny cmentarzyk. Grobów mało, bo i mieszkańców tej osady niewiele. Na samym cmentarzu zdaje się jest połowa drzewostanu całego Vindstad.


W wiosce chyba jeszcze wszyscy śpią - nie widzimy żywego ducha. Słyszymy tylko w oddali nasz kuter, który wpływa w sąsiednią zatokę. Woda przy brzegu jest tak przejrzysta, że obserwujemy morskie żyjątka - tu meduza, tam rozgwiazda, obok płynie dorsz i spaceruje sobie krab. Fajny widok :)




W końcu przypływa kuter.


Z kutra wysypują się turyści - kolejni ciekawi widoku plaży. My wsiadamy i delektujemy się krajobrazem. Pogoda zupełnie inna niż podczas wczorajszego rejsu - pełne słońce.


Za nami zostają wielkie, gładkie ścianiska.



Przypływamy do Reine, w którym to coś niecoś się już dzieje. W końcu dziś poniedziałek.


Reine. Słynny widok.

Z Reine kierujemy się od razu na szlak na Reinebringen. Wznosi się bezpośrednio nad Reine na wysokość ponad 600 m, dzięki czemu widok z góry jest dość rozległy. Właściwie to na Reinebringen nie prowadzi szlak - DNT (Den Norske Turistforening, odpowiednik naszego PTTK) nie podpisuje się pod tą ścieżką - nie znajdziecie jej też an popularnych mapach ut.no. Ale mimo to szczyt jest bardzo popularny. Wyjście nie jest jednak niczym nielegalnym, bo chodzić tutaj można praktycznie wszędzie. Każdy kto tam idzie, robi to jednak na własną odpowiedzialność.


A oto początek szlaku. I ostrzeżenie o tym, że jest niebezpiecznie.

Niezbyt uśmiecha nam się podchodzenie 500 m z ciężkimi plecakami, więc po paru minutach na szlaku maskujemy je gdzieś w krzakach. I w górę, już na lekko.


Ścieżka jest bardzo stroma. Często korzystamy z gałęzi jako zamiennika łańcuchów :) Podczas deszczu musi tu być ślisko...



Wznosimy się szybko. Problemem zaczyna robić się temperatura - jest strasznie gorąco. A ja po zeszłorocznych doświadczeniach postanowiłam nie brać krótkich spodenek. Przecież jedziemy za Koło podbiegunowe... Niestety, to był błąd :)

Po jakimś czasie wchodzimy na grań. I ukazuje się nam widok niemalże z lotu ptaka na Reine. Robi wrażenie.





Miejscowość znajduje się prawie 500 m niżej.

Docieramy do wierzchołka, na którym większość turystów kończy swoją wycieczkę. Naszą uwagę przykuwa jednak ścieżka dalej granią... Jesteśmy zachęceni :)


Ścieżka wiedzie ostrą granią. Tyle, że po trawach i nie czuć aż tak ekspozycji.



60 metrów powyżej Reine, w ścianach Reinebringen ukrywa się to jeziorko - Reinevatnet.


A z drugiej strony mamy widoki na Djupfjorden i jego otoczenie, koło którego przechodziliśmy wczoraj.



Grańka ma parę metrów szerokości i urywa się na obydwie strony stromiznami. Interesujący spacer.

Docieramy wspólnie do punktu o wysokości nieco ponad 600 metrów. Nie jest to jednak wierzchołek Reinebringen - najwyższy punkt ma 666 m i znajduje się trochę dalej. Wojtek idzie jeszcze kawałek granią dalej, ale też nie dochodzi do wierzchołka - robi się trochę trudniej...


Austerdalsvatnet, wznosząca się ok. 200 m powyżej Djupfjorden.


A te piękne szczyty to masyw Munken (mnich). Odwiedzimy go jutro.


Palące słońce trochę męczy. Rozglądamy się jeszcze po bliższej i dalszej okolicy i powoli schodzimy.

W drodze powrotnej mijamy sporo ludzi. Z nadzieją w głosie pytają, czy jeszcze daleko... Podejście w upale daje w kość :)

Nam jednak też dało. Odnajdujemy plecaki i postanawiamy trochę poplażować. Znajdujemy wygodny kamor nad morzem. Najpierw kąpiel, później obiad.


Słona? To nic :)


To się nazywa życie :)


Pogoda średnio pasuje nam do Lofotów. Przed wyjazdem oczywiście naczytaliśmy się mnóstwo o kapryśnej pogodzie, jak potrafi tutaj lać, jak często się zmienia... Hm. Póki co jest w sam raz na opalanie i wygrzewanie się na słoneczku ;)


A tam właśnie wędrowaliśmy - ścieżka wyprowadza na najniższe wcięcie w grani.

Najedzeni ruszamy w dalszą drogę. Przed nami jeszcze kawałek - zaplanowaliśmy dojście do ładnie położonej chatki górskiej w okolicach wspomnianego Mnicha, przez co czeka nas jeszcze dzisiaj pond 500 metrów przewyższenia do kolejnego biwaku.
I tym razem z plecakami...