sobota, 23 lipca 2016

Lofoty iście górsko - Munken

III DZIEŃ TRASA:
Reine - Sørvågen - Stuvdalsvatnet - Djupfjordheia - Munkebu hytte

Relację z dnia poprzedniego można przeczytać tutaj.

Powróćmy więc za Koło Podbiegunowe, do pewnego upalnego, sierpniowego dnia. Po odwiedzinach Reine i kąpieli czas na wędrówkę do kolejnego miejsca noclegowego. Tym razem postanawiamy wejść trochę wyżej i rozgościć się trochę bardziej w górach - w końcu Lofoty to nie tylko morze ;)

Nie chce nam się łapać stopa na tak krótkie odcinki, więc postanawiamy przejść od Reine do Sørvågen z buta. I przy okazji sprawdzić, o której dokładnie odpływa prom w piątek.


Po drodze mijamy oczywiście masę rorbu, które stanowią przede wszystkim kwaterę dla turystów. Tutaj jeden z ciekawszych szyldów - nocleg w rorbu Pana Jakobsena ;)

Docieramy do Sørvågen. Upał na dobre. Wstępujemy tylko do lokalnego sklepiku, gdzie niestety nie znajdujemy niczego specjalnie taniego - to nie Rema 1000 :) Kupujemy tylko parę bananów dla poprawy humoru. I lecimy na szlak w stronę Munkebu hytte - samoobsługowej chatki turystycznej. Czeka nas ok. 500 metrów podejścia.


Po pierwszym podejściu dochodzimy do jeziora Stuvdalsvatnet. Jak informuje nas tabliczka, ujęcie wody pitnej. A nad jeziorem góruje piękny szczyt Støvla.

Støvla

A to i ona.


Za jeziorem zaczyna się ostro w górę. Plecaki ciążą, słońce pali, a przed nami pojawiają się... łańcuchy.


Z pewnością bardziej by się przydały podczas deszczu, ale z worami na plecach też chętnie z nich korzystamy.


I koniec łańcuchów. Sørvågen w dole. A obok nas kolejne jezioro - Tridalsvatnet.

Żeby się nam nie nudziło, za łańcuchami czeka nas wędrówka podmokłym terenem.


Charakterystyczna literka T - znajdujemy się na oficjalnym szlaku (utrzymanym przez Den Norske Turistforening, odpowiednik polskiego PTTK-u). W tle szczyt o nazwie Brynliskartinden.



Wtaczamy się na pagórek Djupfjordheia. I oto miła niespodzianka - widok na otoczenie Djupfjorden, koło którego przechodziliśmy jeszcze z dwie godzinki wcześniej.


Po prawej Merraflestinden i Gylttinden. Jak da się zauważyć - prawie wszystkie góry w tej okolicy mają rdzeń tinden, co oznacza po norwesku wysoki, szpiczasty szczyt. Jak widać to słowo doskonale opisuje miejscowe szczyty ;)

Upał daje nam się we znaki. Pocieszenie jest takie, że z Djupfjordheia do naszego dzisiejszego celu będzie już tylko z górki.


No i jest! Dotarliśmy do Munkebu hytte. Turystów wokół nie brakuje. Sama chata jest zamknięta - a raczej już na dzisiaj zarezerwowana. Nam to jednak nie przeszkadza. Mamy swój domek ;)


Na chacie za to termometr potwierdza nasze odczucia. 20 stopni późnym popołudniem w górach za Kołem Podbiegunowym... Co jak co, ale tego się na Lofotach nie spodziewaliśmy ;)


Przechodzimy obok chaty i znajdujemy sobie miejsce na nocleg. Z pięknym widokiem oczywiście.


Kolejny szczyt o niesamowitych kształtach - Ertenhelltinden.


Rozbijamy namiot.Wydaje nam się, że w miejscu osłoniętym od wiatru. Niestety, noc później jednak to zweryfikuje ;)

Rozglądamy się po okolicy. Nasze myśli krążą wokół jutrzejszego celu - myślimy o górze Hermannsdalstinden, najwyższym szczycie na wyspie Moskenesøya. Szczyt ma 1029 metrów. Ma jednak jedną wadę - droga na niego wydaje się być strasznie długa. Przy chatce zaczepiamy jakichś fińskich turystów i pytamy o szczyt. Ze swojego przewodnika wyczytują, że zajęłoby to sporo czasu... No cóż - mamy czas do jutra. Póki co czas na kolację i delektowanie się widokami.


W dole, zaraz pod nami znajduje się sporych rozmiarów jezioro Tennesvatnet.


Nasz przenośny domek komponuje się wyjątkowo dobrze w okolicy ;)




Trochę pichcenia i herbatka ;)


Zachód słońca trwa oczywiście całe wieki.


A te górki w tyle przypominają nam pałace. A tak poza tym to patrzymy na Helvetestinden, czyli masyw znajdujący się zaraz ponad plażą, na której byliśmy jeszcze tego dnia rano.

Jak robi się zbyt zimno, żeby siedzieć na zewnątrz, chowamy się do namiotu. I ledwo co układamy się do snu... Zaczyna wiać. I wieje już całą szarą noc. Czy to taka zasada na Lofotach, że wieje tylko nocą? ;)

IV DZIEŃ TRASA:

Munkebu hytte - Munken - Veinestinden - Sørvågen - Ågvatnet


O poranku nadal bardzo mocno wieje. Wiatr źle mnie nastawia, boję się zostawić namiot na długo na wietrze i stwierdzam, że nie chcę iść na Hermannsdalstinden. Wojtek jest niepocieszony, ale w rezultacie znajdujemy cel w okolicy - wznoszący się nad nami szczyt Munken. Nie prowadzi na niego co prawda żaden szlak, ale ścieżka jest widoczna. I widzieliśmy wieczorem ludzi, którzy stamtąd wracali.


W końcu możemy też dobrze pooglądać Hermannsdalstinden.Chyba wiadomo, który to szczyt na zdjęciu ;)


Na podejściu spotykamy dzikiego zwierza. O takie właśnie kuraki ;) 


I mamy też drugą planetę do kolekcji. Tym razem nie ma wątpliwości - to Jowisz.


Wiatr chwilę później się uspokaja... No tak. Powoli przestaje nas to dziwić ;)


I spojrzenie w dół na Munkebu hytte i nasz namiocik. Ktoś go widzi? ;)


To jakby obrazek wyjęty prosto z Tatr. Munken (norw. Mnich) nie jest tylko jednym szczytem. To cały masyw. Po lewej widać najwyższy punkt, po prawej z kolei jeden z wierzchołków, który jak na Lofoty przystało, straszy stromymi ścianami. My idziemy oczywiście na ten pierwszy.


I tadaam! Jesteśmy. Wyszliśmy co prawda nieco niżej niż na Hermannsdalstinden, bo Munken ma zaledwie 769 m wysokości. Ale nieważne - widoki mamy :)








Pozostaje nam tylko pomachać Hermannowi ;)


Wojtkowi oczywiście Munken nie wystarcza i postanawia zdobyć też pobliski szczyt - Veinestinden. Ja oczywiście zostaję na przełęczy. Na Lofotach bardziej niż w Tatrach czuję przestrzeń i lęk wysokości. Tutaj wszystko jest jakieś takie ogromne i strome ;)


Ze szczytu Wojtek ma widok na naszą plażę. Niby blisko, a jednak tak daleko. 
Dalej już jednak nie idzie. Tutejsze szczyty są jednak raczej nie-turystyczne ;) Wracamy na Munken.


I oczywiście zewsząd zionie przepaść.


A oto widok na fiord, którym płynęliśmy na plażę. I góra-płetwa, czyli Olstinden.


Na Munken jeszcze trochę wygłupów...

Którymi płoszymy kolejnego norweskiego zwierza ;) Tym razem jest to... zając!


Co jak co, ale takiego zwierza to się tutaj nie spodziewaliśmy :)


Fajnie się siedzi na Munken, ale trzeba iść.


Wracamy do namiotu. Dzisiaj znowu mamy gorąco. Korzystam więc z okazji i myję włosy. Schną naprawdę w ekspresowym tempie ;)



A po kąpieli opalanko ;) W końcu tak jakby jesteśmy nad morzem!


I mała drzemka ;)

W końcu pakujemy manatki i zbieramy się tą samą drogą, którą przyszliśmy wczoraj, w dół.


Så deilig det er! 


Ha det, Munkebu hytte!

Przy zejściu znowu zmagamy się z ciężkimi plecakami i upałem. A na domiar tego, na bagnistym odcinku wpadam w błotko po kostki. Ale co tam - na takim słońcu raz dwa wyschnie i samo odpadnie ;)


Jak tylko pojawił się jakiś potoczek, zarządziliśmy postój. Upalnie za tym Kołem Podbiegunowym ;)


Po godzince wędrówki meldujemy się z powrotem w Sørvågen. Kierujemy się jeszcze bardziej na zachód, do słynnej miejscowości o najkrótszej nazwie na świecie - Å (czytamy oczywiście nie a, ale o).


Wędrujemy znowu wzdłuż wybrzeża. 


Aż w końcu naszym oczom ukazuje się tabliczka...


Jesteśmy więc w Å. Nazwa oznacza potok, małą rzeczkę.

Zwiedzania za dużo nie ma - Å to zaledwie kilkadziesiąt domów ;) My jednak zaczyanmy się rozglądać za miejscem noclegowym...
Ale o tym już w kolejnym poście.