niedziela, 6 maja 2018

Jostedalsbreen, cudowny twór natury

Poprzedni dzień wycieczki

TRASA:
Geiranger - Stryn - Olden - Briksdalsbreen - Kattanakken


W nocy na namiot troszkę popadało, podobnie jak parę dni temu w Åndalsnes. I podobnie jak parę dni temu, jak mamy wstawać, deszcz ustaje.


Zbieramy obozowisko z jednego z ładniejszych miejsc biwakowych, jakie nam się trafiło i ruszamy szukać miejsca do łapania stopa.


Chcemy dzisiaj dotrzeć do jęzora Briksdalsbreen lodowca Jostedalsbreen. Czas pokaże, że lodowiec ten będzie najczęściej przez nas odwiedzanym miejscem w Norwegii, bynajmniej nie przypadkiem.

20 minut później podróżujemy już z pewnym Panem z Norwegii, którego firma współpracuje z firmą w Polsce, w Rawie Mazowieckiej. Za oknami ostatnie widoki na okolice Geirangerfjorden.



Po zdradzeniu swoich umiejętności językowych, Hemli dostała od razu propozycję pracy, oczywiście, jakby zgodziła się zamieszkać w Skandynawii:) Rozmawia się bardzo fajnie, o relacjach polsko-norweskich, o atrakcjach w tej części Norwegii. Musimy w końcu coś wymyślić na kolejna część naszej wycieczki, bo na razie nie mamy na nią pomysłu.


Droga jest bardzo widokowa, wspina się w skaliste, górskie otoczenie. Gdzieniegdzie widać lodowiec. Po lewej mijamy szczyt Dalsnibba, częsty cel wśród turystów.


I górskie jeziora.


Lodowczyków jest tu więcej. Na jednym, Tistigbreen, zlokalizowana jest stacja narciarska czynna cały rok. Marzenie narciarza ;)



Zjeżdżamy w doliny. Stryn, do którego zmierzamy, położone jest już nad odgałęzieniem fjordu Nordfjord. Droga szybko leci i ani się obejrzymy, a docieramy do Stryn. Ciche, spokojne miasteczko. Żegnamy się z podwożącym i idziemy do Remy, uzupełnić zapasy.


A po uzupełnieniu zapasów... Czas na obiad ;) Standardowo, żeby go nie dźwigać w plecaku, działamy z obiadem zaraz po zakupach. Na tego typu działania w norweskich miasteczkach zawsze znajdzie się miejsce. Np. tutaj nawet nie odeszliśmy od sklepu, wykorzystaliśmy ławeczki ustawione na sąsiadującej z Remą stacji paliw Esso. Na sąsiedniej posilają się inni turyści:-)


Gar pełen jedzenia ;) Ten wyjazd to taki poniekąd przełom w naszych wycieczkach do Norwegii. Odkrywamy, że niskobudżetowe wyprawy nie muszą oznaczać, że jemy same suchary i zupki chińskie (z zupek już całkowicie zrezygnowaliśmy, nie nadają się na wycieczki). Za niespełna 10 zł robimy pożywny obiad dla dwóch osób. Trzeba tylko dobrze rozglądać się po sklepowych półkach;)

Objedzeni ruszamy dalej. Jęzor lodowca leży oczywiście na uboczu, a dojechać tam można tylko małą, lokalną drogą. Na szczęście mamy jeszcze sezon turystyczny.

Do Briksdalen docieramy na raty, trzema autostopami, jeżdżąc z lokalnymi mieszkańcami. Każdy przybliża nas jednak do celu i przy okazji pozwala Hemli zapoznać się z różnymi odmianami tutejszego dialektu ;)


24 km to w Norwegii bardzo mało, ale na piechotę jednak byłoby dużo.



Żar leje się z nieba... Będzie chyba ze 20 stopni.

Dzięki młodej parze jadącej w podobnym co my celu, meldujemy się na parkingu pod lodowcem. Briskdalen jest bardziej tłoczne, niż się spodziewaliśmy. Kręci się tu sporo azjatyckich turystów (z racji nie byle jakich statków, którymi przypływają do pobliskiego Olden), są stoiska z pamiątkami. W okolice jęzora jeżdżą też elektryczne samochodziki, dla tych, którzy nie są w stanie, bądź nie chcą przejść szlaku o własnych nogach.


Nam wpada w oko opis szlaku na górę Kattanakken. Hmm... Już podczas ostatniej wizyty w okolicy Jostedalsbreen mieliśmy ogromną chęć spojrzeć na niego z góry, ale... wtedy góra okazała się być za niska.


Szlak pod jęzor Briksdalsbreen prowadzi wygodną, szutrową drogą. Jest bardzo ładny, zróżnicowany i nie specjalnie długi - około 4 km wędrówki i 200 metrów przewyższenia.


Po drodze atrakcją jest przejcie obok burzliwego wodospadu. Most położony jest dostatecznie blisko, żeby nie dało się przejść nim na sucho :)


Wodospad głośno huczy i rozpyla chmurę wodną. Na dzisiejszy dzień jest jak znalazł, dla ochłody.


Norweskie wodospady naprawdę robią wrażenie. Ogromne ilości wody, które płyną nimi w każdej sekundzie... Choć ten akurat do najwyższych nie należy.


Wchodzimy na wyższe piętro doliny Briksdalen.


Dopiero z tej perspektywy widać, jak bardzo cofnięty jest już jęzor lodowca. Porównując go z Nigardsbreen, który odwiedziliśmy dwa lata wcześniej, jest duża różnica i nie da się podejść pod sam koniec jęzora.


Po drodze znajdujemy tabliczki z informacją, dokąd jęzor lodowca sięgał w przeszłości. Tutaj niecałe 100 lat temu. W ostatnich latach szybkość kurczenia się (cofania) tego jęzora jest na tyle duża, że zakazano tutaj wycieczek po lodowcu przez ryzyko oderwania się całego jęzora.


Kilkanaście minut przed końcem wędrówki jest doskonałe miejsce na odpoczynek. Od razu postanowiliśmy, że dzisiaj tutaj spędzimy noc. Są ławeczki, trochę cienia, na ewentualne opady jest też zadaszona altanka. No i ładny widok na "dobranoc".


A hen, hen, w górze zwisają inne części Jostedalsbreen. Jeżeli pogoda pozwoli, jutro podejdziemy do nich nieco bliżej.


I docieramy na miejsce :) Jęzor robi mniejsze wrażenie, niż Nigardsbreen. Szkoda, że tak bardzo się cofnął. Wojtek jest zawiedziony, że nie dotknie dzisiaj lodowca.


Wyrzeźbionym w skałach korytem ponownie huczy woda.


Barierki zagradzające drogę z informacją, że dalsza wędrówka nie jest już bezpieczna.


Robimy jeszcze małe rozeznanie w okolicy. Chwila na zadumę.


Wracamy jednak do wcześniej upatrzonego miejsca noclegowego. Wieczorem przyjechał w to miejsce na motorze pracownik Parku. Opróżnił kosze i pojechał:-)


Dobranoc, lodowcu!

Rano wstajemy dość wcześnie. Dnia poprzedniego postanowiliśmy w końcu, że wybierzemy się na Kattanakken, a pogoda dzisiejsza na pewno w tym nie przeszkodzi.


Mała toaletka na łonie natury :) Wakacyjna codzienność.

Pakujemy się i ruszamy w drogę. Przed nami ponad 1100 metrów przewyższenia. Na początku wędrujemy ścieżką leśną po drugiej stronie rzeki. Szlak jest znakowany, ale od razu widać, że znacznie mniej uczęszczany. W jakimś nieco gęstszym miejscu zostawiamy plecak z ciężkimi manatkami, namiot, biwakowe sprzęty, ubrania. Dalej idziemy na lekko.



Rano słońce nie zagląda jeszcze do doliny. Szlak stromo pnie się do góry, szybko więc mamy ciekawy widok na całą dolinę. Bez świecącego słońca jęzor przybiera swą piękną, błękitną barwę.


Zbliżamy się do brzegu lodowca na krawędzi ściany. Choć zbliżamy, to za dużo powiedziane, bo jednak nadal jesteśmy daleko, a zdjęcia nie oddają tego, jak wielki jest ten brzeg.


W końcu na wysokości ok. 900-1000 m. docieramy do grańki szczytu Kattanakken. Dla kontrastu mamy trochę widoków na drugą stronę.




Ale na ten nasz szczyt to jeszcze kawał drogi. Z tej perspektywy faktycznie wygląda jak koci grzbiet.


Grań jest szeroka, ale urwista na obydwie strony. Pierwszy odcinek jest łatwy i daje możliwość ciągłego obserwowania lodowca po obydwu stronach.


A ten wygląda pięknie i groźnie. Zwisające masy lodu sąsiedniego jęzora Melkevollbreen zdają się wisieć "na słowo honoru". W pewnym momencie wędrówki gdzieś tam jakaś bryła się urwała. Słychać było donośny łomot. Bryła sunęła dolną częścią lodowca, a z daleka wyglądało to jakby spadła kostka wielkości cegły. Ciekawi nas jazgot wywołany wielkim obrywem.



Z tyłu jęzor Briksdalsbreen.


Wyrównujemy się z brzegiem lodowca i podchodzimy pod końcowe spiętrzenie grani.
Jest tam ta grań trochę trudniejsza. Kilka miejsc trudniejszych technicznie, ale w zasięgu turystycznym, do tego miejscami ekspozycja i chwilami kłopoty orientacyjne - na szlaku bywają miejsca równie wydeptane jak sam szlak, prowadzące albo innymi, trudniejszymi wariantami, albo do przepaści. Buty biegowe nie są wymarzonymi butami na trudniejsze szlaki, nie są tak pewne. W pewnym miejscu zacinam się dłuższą chwilę. Na szczęście Wojtek w końcu przekonuje mnie i docieramy na szczyt Kattanakken. Jesteśmy na ok. 1400 m.


Właśnie na to liczyliśmy:) Przed nami rozciąga się lodowiec Jostedalsbreen. Majestatyczny Jostedalsbreen, jak do tej pory, najpiękniejsze miejsce dla Wojtka w Norwegii. Cieszymy się, że tutaj dotarliśmy. Ubieramy cieplejsze ubranie, mocno wieje.


Jostedalsbreen to największy lodowiec na kontynencie europejskim. Długi na ponad 60 km, grubość lodu sięga 600 metrów, powierzchnią większy niż połowa Tatr, a Park Narodowy Jostedalsbreen jest od nich niemal 2 razy większy. Wyrzeźbił w swej historii ponad 50 dolin, do części z nich nadal opada lodowymi jęzorami.
Jostedalsbreen jest interesującym, wspaniałym tworem natury. Zmienia wokół siebie mikroklimat.
Przed wiekami całkowicie stopniał i odrodził się na nowo.  W literaturze można doszukać się informacji o konieczności wyprowadzania się ludności zamieszkującej przed laty pobliskie doliny z powodu lodu pochłaniającego ich domostwa. Lodowiec jest położony bardzo nisko, sprzyja temu norweska pogoda. Jęzory sięgają wysokości ok. 300 m.n.p.m. Co latem daje duże różnice temperatur.
Przy każdym naszym pobycie na tym lodowcu zawsze wieje i absolutnie nie oznacza to zmiany pogody. Sam lodowiec i różnice temperatur jego i powietrza o tej porze roku powodują ten wiatr. Nie należy się go więc zbytnio obawiać.


Dziesiątki wielkich szczelin na załamującej się krawędzi lodowca, zmierzającej ku dolinom. Wędrówka takim terenem musi podnosić poziom adrenaliny.


Po drugiej stronie pozioma, kilkudziesięciometrowej (na oko) wysokości ścianka lodu. Wystająca z lodu:)


A dalej w górach lodowe morze. Wojtek oczywiście musi dotknąć lodowca... Popędził więc gdzieś na dół na bliższe spotkanie z Jostedalsbreen ;)


Przy wędrówce po skałkach w najbliższym otoczeniu lodu należy uważać. Lód bowiem kruszy skały na miałki piasek, który tworzy cienką, "ujeżdżającą" spod stóp warstwę. Wojtek się o tym boleśnie przekonał:)


Ale cel osiągnięty :)

Ja w tym czasie robiłam zdjęcia Svenowi Olafowi, który oczywiście też zdobył Kattanakken.


Chwilę po nas na szczyt wchodzi jeszcze Norweżka. Poza tym ludzi brak. Tak chodzić po górach to ja rozumiem:)


Siadamy na kilka minut w ciszy (nie licząc szumu spadających wód i wiatru). Podziwiamy otoczenie i zabieramy się za schodzenie. Nie było z tym większego kłopotu, z góry łatwiej wypatrywać ścieżkę, a schodzi się szybko.  Nasz plecak leży tam, gdzie leżał. Wracamy do altanki. Czas na obiad ;)


Z pełnymi żołądkami ruszamy dalej.


Żegnamy się z Jostedalsbreen. Mówimy mu do zobaczenia - kiedyś. Jak się okaże, już za rok. I życzymy też standardowo, żeby trochę urósł.



Schodzimy do drogi i zaczynamy łapać stopa. Chyba mamy już w głowach dalszy plan...

5 komentarzy:

  1. "Odkrywamy, że niskobudżetowe wyprawy nie muszą oznaczać, że jemy same suchary i zupki chińskie (z zupek już całkowicie zrezygnowaliśmy, nie nadają się na wycieczki). Za niespełna 10 zł robimy pożywny obiad dla dwóch osób. Trzeba tylko dobrze rozglądać się po sklepowych półkach;)" - Ja mam takie samo doświadczenie ;) W góry zupkę mam co prawda zawsze, ale to tylko na czarną godzinę, jak by mi się nic nie chciało. Ale najczęściej i tak wraca ze mną do domu i jedzie na kolejną wycieczkę ;) Wystarczy mieć ze sobą kuchenkę i da się całkiem dobre i tanie jedzenie przygotować gdziekolwiek się jest.

    Ładny ten lodowcowy rejon. Szkoda, że tak szybko te lodowce się topią... Ale wpływu na to nie mamy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo chciałabym mieć takie piękne widoki na tegorocznych Lofotach, jak Wy podczas tej wyprawy. Pięknie. Pozdrawiam Was! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuje za kolejną relację, miło sie czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zainspirowana Waszą relacją, postanowiłam wybrać się na Kattanakken by zobaczyć lodowiec z bliska.
    Był to jeden z najlepszych norweskich trekkingów, cudowne widoki!
    Dziękuję Wam! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, wiele nie zrobiliśmy - najważniejsze było wybranie się na wycieczkę:-)
      Może z czasem opiszemy kolejne norweskie wędrówki, wolno nam to jednak idzie.

      pozdrawiam i udanych kolejnych wędrówek!

      Usuń