czwartek, 24 kwietnia 2014

Z damą trzeba delikatnie. Koszysta na dzień kobiet.

TRASA:
Brzeziny -> Psia Trawka -> Polana Waksmundzka -> Pieski -> Mała Koszysta -> Wielka  Koszysta -> Waksmundzki Wierch -> Krzyżne -> Dolina Pańszczyca -> Polana Waksmundzka -> Psia Trawka -> Brzeziny


Kobiety na dzień kobiet z reguły lubią się wystroić, czuć wyjątkowo, dostają kwiaty. W końcu to nasz dzień - wbrew pozorom, dla nas ważny.
Ja tego dnia jednak z radością zamiast szpilek ubrałam ciężkie górskie trepy. Pomimo tego, że podobno wstałam jakoś o 4 z minutami, dzień zaczął się dla mnie jakoś w okolicach 7:00, kiedy to potknęłam się o pierwszy korzeń na szlaku.
"Wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet! Czekałem, aż się obudzisz...". - to takie wymowne :)


Zabawne jest, że jeszcze kładąc się spać poprzedniego dnia nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie pójdziemy. Tatry Polskie. Zima. Z reguły pomysłów mi nie brakuje, ale tym razem jakoś w mojej głowie brak było jakiegokolwiek planu. Na szczęście zadecydowano za mnie :) Ja tylko wyruszyłam na szlak...

Brzeziny

Brzeziny. Ani jednego człowieka.

Na szlaku powitała nas zima, co o tej porze roku nie powinno być atrakcją. Ale tegoroczna zima jest inna. Maszerowaliśmy przez pusty, obsypany śniegiem las, a nad naszymi głowami było tylko błękitne niebo. Wyglądało obiecująco.

Dolina Suchej Wody Gąsienicowej



Polana Waksmundzka

Docieramy na Waksmundzką Polanę - takie nasze zderzenie z rzeczywistością. Rzut okiem na mapę, co i jak, rzut okiem w teren... Opcja zaakceptowana. Rzut okiem jeszcze na grań....

Zaraz! Co tu robią te chmury??

Polana Waksmundzka

Chwilę później maszerowaliśmy już przez zaśnieżoną polanę. Po wejściu w las odruchowo, za moimi towarzyszami dreptałam w śniegu. Po śladach, założonych trochę wcześniej.

Nawet nie zorientowałam się, że...
"-No, to idziemy w górę po śladach.
-A to nie szlak?
-Szlak jakiś czas temu się odłączył."

Wydało mi się to trochę dziwne, bo jakoś nie zauważyłam tego, żeby inne ślady w prawo się odłączały. Jak później się okaże - wcale ich tam nie było :] Ale o tym za jakiś czas.

Ślady prowadziły przez średnio-gęsty las. Teren troszkę stawał dęba. Po jakimś czasie wyszliśmy w końcu na bardziej widokowe miejsce... Ale niestety tonęliśmy w chmurach ;)

Widokowe miejsca w środku lasu w zimie nie są jednak zbyt dobrym zwiastunem... ;) W szczególności, kiedy obok spada żleb (w naszym przypadku, Waksmundzki Żleb). Autor śladów, po których się poruszaliśmy jednak najwidoczniej miał gdzieś lawiny czy inne takie, bo prowadził sobie ślady akurat tam, gdzie kończyła się linia laso-kosówki. Poniekąd wygodnie. Zakładanie własnych wariantów kończyło się przebijaniem się przez kosówę, która z reguły bywa nieustępliwa...

W czasie, kiedy Wojtek chciał już skląć całe Tatry i skopać śnieg dookoła okazały się dla nas jednak trochę łaskawe i chmury trochę się rozstąpiły. Jak na złość jednak, w górze nadal nie było widać nic. Na szczęście mieliśmy jeszcze ślady ;)

Podejście na Grań Koszystej

W Dole Waksmundzka Polana. Czyli jednak trochę już podeszliśmy ;)

Dolina Waksmundzka

Widoczki na Gęsią Szyję i Rówień Waksmundzką.

Podejście na Grań Koszystej


Pieski

A kiedy tylko ludzkie ślady gdzieś zaginęły, pojawił się kolejny punkt odniesienia. Skałki, tajemniczo na mapie nazwane Pieskami.

Okazało się, że za piesko-skałkami kryje się naprawdę potężne żlebisko, które, jak wynikało z mapy, niżej łączy się ze żlebem Trojak, z którego w 2011 roku zeszła lawina, zasypując kilkoro skiturowców. Niestety ze skutkiem śmiertelnym.

Pieski




Są tu też całkiem fajne, pomarańczowe porosty.

Na Pieskach znowu trochę nam się pofarciło (chociaż w przypadku chłopaków ciężko to tak nazwać) i warunki pozwoliły na zobaczenie Widma Brockenu. Słabiutkiego, ale zawsze :) Ze mnie zszedł celownik - to moje drugie! Dla Wojtka i Bartka był to za to pierwszy raz.

Pieski

Widać, jaki szczęśliwy ;)


Trochę żałuję, że się ociągałam z dalszą wędrówkę w górę, bo Bartek, który pierwszy wyrwał po jakimś czasie wydał okrzyk czegoś w stylu "jeeest!" i tym samym też przestał być na tatrzańskim, czy tam górskim celowniku. Dla mnie byłoby to trzecie widmo, a co za tym idzie - górska nieśmiertelność... ;) Muszę jednak na nią trochę poczekać.

Podchodziliśmy na grań. A gdzież ta grań? I w tym momencie staje się taki mały cud - chmury się rozchodzą. Wychodzimy parę metrów i ukazuje nam się przepiękny widok na Małą Koszystą. A przy okazji - hurra! Jesteśmy na grani :)

Mała Koszysta

Podejście na Małą Koszystą

Zakładamy świeżutkie ślady. Fajne uczucie... :)

Dolina Waksmundzka

Po lewej odkrywa się Dolina Waksmundzka. Będzie nam towarzyszyć podczas niemalże całej wycieczki.

Pieski

A w dole, znajome Pieski i owe żlebisko.



I Wojtkowi widać na stałe wraca uśmiech na buźkę... ;)



My też zadowoleni :)

Grań Koszystej

Odsłaniają się i Tatry Bielskie. Gdzieś tam, na Szalony Wierch pochodzi pewnie teraz drugi Bartek ;)

Z fascynacją i obawą patrzę na całą grań Koszystej... Hmm... wygląda na długą :) Co prawda podejście w to miejsce zajęło nam trochę czasu, ale pora jest jeszcze wczesna. Pobudki w środku nocy jednak się opłacają.

Nie ma na co czekać, musimy trochę nadgonić. Maszerujemy dość wąską, ale łatwą granią. W ten sposób wychodzimy na Małą Koszystą.


Mała Koszysta to problematyczny szczyt, zazwyczaj źle zaznaczany na wszelkich panoramach z okolic Hali Gąsienicowej/Karczmiska. Tak naprawdę, kiedy znaleźliśmy się na grani od razu wiedzieliśmy, który to szczyt. Mała Koszysta - to znak, ze pierwszy dwutysięcznik dzisiaj zdobyliśmy.


Grań Wołoszynów

Nad Wołoszynami fajnie się kurzy ;) Chmur jednak na dzisiaj mamy już dość!

Ze szczytu wgapiamy się w Świstówkę Waksmundzką, kiedyś nazywaną też Doliną Zbójnicką. Kolejny unikat! Do tej port było to dla nas jedno z miejsc na mapie. Takich miejsc przy szlakach nie znajdziecie...

Widok z Małej Koszystej


Widok z Małej Koszystej




Rejon Świstówki będziemy obchodzić granią, więc jeszcze nieraz będziemy mieli okazję do niej zajrzeć. Z grani opadają do niej groźne ściany. A grań za Małą Koszystą robi się trochę... wąska ;)

Grań Koszystej


Grań Koszystej

Momentami bardzo. W warunkach bez-śniegowych raczej nie byłoby problemu, przejście granią Paryski wycenia bowiem na 0 (czyli bardzo łatwo) W zimie sprawa trochę się komplikuje. W pewnym momencie grań robi się na tyle wąska, że postanawiam uciec się do sposobu, którym Zaruski pokonywał Rohackiego Konia... ;)

Grań Koszystej

Dalej "koni" już nie ma. Jest za to bardzo ciekawa grań, którą w połączeniu ze śniegiem idzie się bardzo przyjemnie. Trzeba trochę uważać, czasami straszy lufa z którejś strony... Wędrujemy, delektujemy się chwilą - możemy bliżej przyjrzeć się Dolinie Waksmundzkiej, która jest ścisłym rezerwatem i należy podobno do jednych z najdzikszych miejsc w całych Tatrach.

W dole, w dolinie jednak żaden dziki zwierz nie rzuca nam się w oczy. Chmury czasem odsłaniają coś po prawej, czasem coś po lewej... Raki są głęboko schowane w plecaku. Śniegu wytopiło się sporo, słońce świeci, lodu nie ma- można się podelektować ciepłym granitem, czyli to, co najbardziej lubimy ;))

Grań Koszystej

Królowa dnia dzisiejszego nieznacznie się przybliża.

Grań Koszystej

A w oddali odsłaniają się Tatry Wysokie. W roli głównej Kończysta i Wysoka.

Grań Koszystej

Lawirujemy wśród śniegów i skał...

Grań Koszystej

Niektóre bardzo wygodne, polecam ;)

Grań Koszystej

Ciągle jesteśmy pod wrażeniem Świstówki Waksmundzkiej. Nie chciałabym poślizgnąć się i spaść w tamtą stronę - stoki doń opadające bardziej przypominają ściany.

Grań Koszystej

Kamzik

Po drugiej stronie z kolei w słońcu wygrzewa się kamzik. Tak ładnie nam zapozował! Ogólnie rzecz biorąc cała Grań Koszystej to ich teren. Od jakiegoś czasu dreptamy po śladach kozich raciczek. Cieszymy się, że nie są to niedźwiedzie ślady, jak to miało miejsce na Żółtej Turni... :)

Grań Koszystej

Król Tatr stąd prezentuje się dostojnie. Oto Gerlach!

Nasza grań zakręca, toteż pod stopami pojawia się Dolina Pańszczyca.

Żółta Turnia

Żółta Turnia.

Grań Koszystej

I Dolina Pańszczyca.

Grań Koszystej

Kiedy mamy rozpocząć podejście na bohaterkę dnia dzisiejego - czyli Wielką Koszystą, jak na złość dookoła nas robi się straszne mleko... No cóż ;] Liczymy jednak na to, że nie powtórzy się sytuacja z Kamienistej i w górę.

Grań Koszystej

Raz nad chmurą, a raz w chmurze... Wojtek żegna się ze Świstówką Waksmundzką ;)

Grań Koszystej

Tak jak wspomniałam - trudności na tej grani podobno nie ma. Dochodzimy jednak do pewnego (powiedzmy) kominka. W tym momencie jednak przypominam sobie, że mam coś takiego jak czekan... I że chyba czas go wykorzystać ;) Bartek oczywiście wcześniej tylko sobie znanym sposobem przemknął przez kominek. Mi zajmuje to trochę więcej niż parę sekund ;) Trochę ślizgania i uff - jestem na górze.

Grań Koszystej

Grań Koszystej

Bartek wyprzedza nas o paręnaście metrów w pionie.

Chwilę później meldujemy się na Wielkiej Koszystej Tadaam! Moje zielone stuptuty i Wojtkowy czerwony plecak (pozaszlakowy) chowamy się po stronie Waksmundzkiej. Bartek dzisiaj ubrany jest stosownie do sytuacji - kamuflaż ... ;)

Wielka Koszysta

Hurra! :)

I czas na widoczki z Koszystej, czyli nietypowe spojrzenie na wszystko:

Dolina Pańszczyca

Dolina Pańszczyca i Żóła Turnia.

Widok z Wielkiej Koszystej

Trzy nakładające się na siebie granie: Buczynowe Turnie, Granaty i Czarne Ściany, a na końcu Kozi Wierch i Kozie Czuby. Spośród nietypowych widoków ten podoba nam się najbardziej.

Wielka Koszysta widok

Wielka Koszysta widok

I Grań Wołoszynów.

Grań Koszystej

I to, co jeszcze przed nami, czyli Waksmundzki Wierch. Będzie lajtowo ;)

Wielka Koszysta

Zdjęcie zwycięzcy należy się i mnie. W końcu dzisiaj dzień kobiet i wraz z Koszystą mamy swoje święto... ;)

Wielka Koszysta

Wojtek zamyślony. Ciekawe, bo chwilę wcześniej pomyślałam sobie, że jak zrobiliśmy już tą Grań Koszystej przestanie mi o niej w kółko truć i pewnie przerzuci się na...
"-Wiesz, myślę, że przejście Wołoszynami byłoby bardzo interesujące."

Wiedziałam :>

Dolina Waksmundzka

No i jeszcze Dolina Waksmundzka. Musi być obfotografowana z każdej strony. W końcu na Koszystej nie bywa się codziennie ;)



Wspólne zdjęcie. Wiem, że je zepsułam :( Ale jest! ;)

Po krótkim popasie bierzemy się za zdobywanie niższego brata Wielkiej Koszystej, a mianowicie - Waksmundzkiego Wierchu.

Grań Koszystej


Pośredni Wołoszyn

Pośredni Wołoszyn.



A jednak, w pewnym momencie musimy jeszcze trochę podotykać skały ;)


Krzyżne


I pierwsze spojrzenie w stronę Krzyżnego. Nie licząc jednej kozicy, pusto. To dobrze! Jakieś ślady są. Ale takie jakieś dziwne...


Dolina Waksmundzka

Na Waksmundzkim - cyk, panorama. A stąd na Krzyżne już niedaleko...


Im bardziej zbliżamy się do Krzyżnego, tym mniej fajnie to wszystko wygląda. Z przełęczy i Kopy nad Krzyżnem nawisy. Hmmm... No ale chyba jest przetarte? Czy to w ogóle możliwe, żeby nie było? ;)

Schronisko na Krzyżnem ruiny

Huraa! W końcu udaje nam się znaleźć ruiny dawnego schronu na Krzyżnem. Ekstra ;) Co prawda znajduje się on na równi zwanej Krzyżnem, a nie na przełęczy o tej samej nazwie.

Jeden kamzik jest mocno zdegustowany naszą obecnością. Ale przy okazji zgadza się zapozować ;)

Krzyżne


Krzyżne


I co? Okazuje się, że Krzyżne owszem, przedeptane jest. Ale przez kozice i nikogo więcej!

Krzyżne i Dolina Pięciu Stawów


Ups. Im bliżej jesteśmy, tym gorzej to wygląda. A wyjście jakieś mamy? Albo niepewnym Krzyżnem, albo z powrotem granią. Mimo wszystko pomysł z granią jakoś z góry wydaje się bardzo męczący i odległy...

Krzyżne zima

Krzyżne zima

Nie skupiam się nawet zbytnio na zdjęciach Krzyżnego. Zimą tu już byliśmy. Ale nie o to chodzi. Po prostu jakoś nerwy mnie biorą na myśl o zejściu żlebiskiem, które ciągnie się pode mną hen hen, daleko.

Krzyżne widok

Ale co zrobić. Idziemy.

Pierwszy rusza Bartek. Przypominam sobie swoje czasy, kiedy jeszcze nie gapiłam się podejrzanie na każdy żleb wypełniony śniegiem. Bartek idzie śmiało przed siebie.
Za nim Wojtek.
No i ja. Trzecia pozycja - najgorsza - myślę sobie. Akurat w takiej chwili przychodzi na myśl mnóstwo historii wypadków lawinowych. "Pierwszy przeszedł, drugi przeszedł, przy trzecim śnieg nie wytrzymał..." Wrrr. Wybraliśmy nasłonecznioną część żlebu (bo kto chciałby pchać się pod nawisy w tej drugiej części) no i w dół. Moja ostatnia pozycja okazała się wyjątkowo nieszczęsna - rozgrzany śnieg zaczął pode mną objeżdżać napędzając mi jeszcze większego stracha. Nie wiem z jaką prędkością biło moje serce, ale musiało to być... szybko. Wbijałam porządnie czekan dziobem w śnieg, dzięki czemu przeważnie się trzymał, a sama zjeżdżałam sobie z malutkimi zsuwami śnieżnymi, zatrzymując się czasem na długość paska od czekana. Zastanawiając się, czy za chwilę nie zjadę sobie z dużym zsuwem...

Wojtek zawsze w pogotowiu - mały aparat jednak się przydaje. Wtedy, kiedy ja umieram ze stresu, on robi parę zdjęć.

Krzyżne zima




Dobrze, że przy schodzeniu jakoś szczególnie nie patrzyłam do góry ;)

Niżej, kiedy można było trochę otrząsnąć się z wrażeń i śnieg przestał tak objeżdżać, weszliśmy w cień, a tam z kolei śnieg zrobił się podatny na deski śnieżne. Byliśmy już dość nisko, więc ponownego wzrostu adrenaliny nie było... Ale myślę, że dobrze, że nie wybraliśmy tej zacienionej części żlebu.

Krzyżne zima

Na płaskim usiedliśmy żeby zdjąć żelastwo i uspokoić trochę skołatane nerwy... W szczególności moje ;) Krzyżnego już nawet nie widzieliśmy, porządnie się zasnuło.

Buczynowy Żleb

Buczynowa Przełęcz.

Jak byliśmy na górze, widzieliśmy, że jakaś grupa ludzi zjeżdżała na tyłkach ze żlebu spadającego spod Buczynowej Przełęczy. W ramach kontrastu z nami - mieli ze swojego "zejścia" niezły ubaw ;) My też po wszystkim stwierdziliśmy w sumie, że trzeba było przeleźć tą Kopę nad Krzyżnem i zejść sobie z Przełączki pod Ptakiem. Ale najważniejsze, że z przygody wyszliśmy cało.

Krzyżne zima

W tym czasie znowu odsłoniło się to cholerne żlebisko.

Owej grupie chyba od zjeżdżania na dupie trochę zakręciło się w głowie - i założyli ślady jakoś dziwnie, na grzbiecie, w kosówie. Z racji, że od przecierania nowej ścieżki woleliśmy iść po tych głupich śladach, trochę się namęczyliśmy. W międzyczasie doszło do nas, że jesteśmy w Dolinie Pańszczycy, która jest piękna. A więc w tył zwrot...

Dolina Pańszczyca zima

Dolina Pańszczyca zima

To Wojtka ulubiony rejon, toteż z przyjemnością robi za przewodnika :)


Wojtek chciał namówić nas na wskoczenie na Małą Kopkę. Obiecałam sobie, że następnym razem przy takim pomyśle nie będę mu odmawiać... Ale tym razem odmówiły moje nogi, nadal troszkę trzęsące się po Krzyżnem ;) A poza tym słońce już trochę chyliło się ku zachodowi. No i Mała Kopka została na inną okazję (przepraszam!) :)

Dolina Pańszczyca zima

I pomyśleć, że z powrotem na górę aż 2h dreptania...


Czerwonego Stawu oczywiście nie było widać. Przy nim odgałęział się nasz szlak - czarny łącznik do zielonego szlaku, którym mieliśmy dojść do Polany Waksmundzkiej. Daleka droga jeszcze przed nami...

Przecieracze szlaku skręcili oczywiście w stronę Murowańca. Na naszym wariancie były tylko ślady biegówek. Mało pomocne. Ale zawsze to lepsze od śladów niedźwiedzia... ;)

Szliśmy w paskudnie wrednym śniegu, który najpierw przez krótką chwilę daje Ci złudne uczucie tego, że jednak się na nim utrzymasz, potem jest łuup! i okazuje się, że jednak wpadłeś po pół łydki ;)



Miałam nadzieję, że jednak ktoś dzisiaj szedł z Murowańca na Polanę Waksmundzką... Nadzieja umiera ostatnia ;)

Zielony szlak (tak jak i żółty na Krzyżne) w tym czasie podobno były zamknięte, jeszcze z racji zniszczeń po świątecznym halnym. Nie liczyłam na to, ze ludzie się będą do tego stosować, ale niestety - szlak i tak był nieprzetarty. Szliśmy bez słowa, tacy trochę otępiali. Wojtek dzielnie prowadził (myślę, że ja po 10 minutach prowadzenia padłabym na ryjek i już nie wstała). Nie wiem ile trwało dojście do Polany Waksmundzkiej i naszych porannych śladów, ale chyba szlakowe 1h10min...

Na Polanie Waksmundzkiej łyk herbaty i w drogę. Na szczęście stąd na Psią Trawkę dzisiaj już ktoś szedł. I znowu milczenie, krok za krokiem (tym razem w szybkim tempie) i sami siebie zaskoczyliśmy. Myśleliśmy, że co jak co, ale na odcinku Psia Trawka - Polana Waksmundzka nie da się nagiąć czasu przejścia. A tu proszę - udało się! Po niecałej pół godziny byliśmy na Psiej Trawce. Czyli byliśmy prawie w domu ;)

Do naszej miejscówki w Murzasichlu doszliśmy już po zmroku. Udało nam się nawet zahaczyć o sklep i dzięki temu podelektować się smakiem parówek... Jakie to były pyszne parówki - do teraz pamiętam! ;) I swoją drogą, mało razy byłam tak zmęczona i szczęśliwa po wycieczce jak własnie po tej. Następnego dnia nie zamierzaliśmy zmarnować, więc nie było zmiłuj. Budziki nastawiliśmy na straszną porę. No i spać... ;)

C.D.N.... ;)