wtorek, 8 lipca 2014

Twarzą w twarz z Giewontem, z wizytą u Łysanek

TRASA:
Zakopane -> Dolina ku Dziurze -> Dolina Strążyska -> Siklawica -> Mała Dolinka -> Polana Strążyska -> Przełęcz w Grzybowcu -> Łysanki -> Dolina za Bramką -> Zakopane

Dzień kolejny. Prognozy nie pozostawiają złudzeń: będzie mokro. Bardzo mokro. Mój wspaniałomyślny Narzeczony jednak nie ulega złym nastrojom i budzi mnie wcześnie. No, może nie aż tak wcześnie;)

Ruszamy na podbój zachodniotatrzańskich regli. Co niby ciekawego jest w reglach?! A, jest. Zobaczcie zresztą sami :)

Przemierzając Drogę pod Reglami okazuje się, że spomiędzy chmur prześwituje... słońce. A podobno miało go w ogóle dzisiaj nie być. No cóż - niespodzianka.

Na początek przychodzi nam do głowy, żeby skręcić w Dolinę ku Dziurze. Co jak co, ale tego szlaku jeszcze nie mam w swojej jakże cennej kolekcji "zaliczonych" :P



W Dolinie ku Diurze widzimy skutki grudniowego halnego. Co prawda nie mam dokładnego porównania jak tu wcześniej wyglądało, jednak na podstawie okolicy jestem sobie w stanie to wyobrazić. Szkoda. Ale tak to w przyrodzie bywa.



Po kilkunastu minutach docieramy do niebieskiej kropki i... Dziury. A więc - co tam w Dziurze słychać? ;)



Ogólnie to dość ślisko słychać. Dno jaskini wyścielone jest liśćmi. Jakoś mnie jaskinie przerażają i czuję się w nich nieswojo. Toteż zwiedzanie zakończyło się w moim przypadku na zrobieniu paru kroków wgłąb jaskini, poświeceniu czołówką po ścianach i odwrót.



Wojtek schodzi na samo dno jaskini i wraca. Tyle ze zwiedzania Doliny ku Dziurze. Kolejny cel: Strążyska! I to za jedyne 2,50 zł :) Skończyły się dobre, wolontariackie czasy.




Strążyska w wiosennej szacie wygląda całkiem ładnie. Jakoś nigdy nie przepadałam za tą dolinką. Być może ze względu na turystyczne oblężenie. Tym razem dolinka jest jakby przyjaźniejsza.



Kirkor jeszcze zrzuca śniegi po zimie.



Zielono jest szczególnie w okolicy herbaciarni.

Pomysłodawcą dnia dzisiejszego jest Wojtek. Ja w tych terenach jestem zielona.



Przy Siklawicy robimy mały popasik. A potem czmych... i wbijamy się we wiatrołomy, których w Małej Dolince niestety trochę jest.



Przekraczanie tego cholerstwa nie należy do przyjemnych. Jedna gałąź robi mi małą dziurę w głowie. Nie wybija z niej jednak chęci pójścia dalej ;)



Po jakimś czasie docieramy do piarżyska u stóp północnej ściany Giewontu. Otoczenie robi wrażenie. Z tej perspektywy wszystko wydaje się być ogromne. Bo w rzeczywistości jest :)





Ściana jest ogromna! I jak na razie jest naszym unikatem - tak stromych traw jeszcze nie napotkaliśmy.



Szczególne wrażenie robią na nas żlebiska - ten opadający ze Szczerby, i oczywiście, Żleb Kirkora, którym niegdyś, pewien Kirkor poprowadził szlak.



Tutaj akurat żlebisko Szczerby.



I Żleb Kirkora, który opada spod Giewonckiej Przełęczy (to znaczy spomiędzy Giewontu a Małego Giewontu). Ciężko od żlebów oderwać oczy, na żywo robią duże wrażenie.





Tutaj widok spod ściany Giewontu w drugą stronę.

W ciszy obserwujemy wielką ścianę. Zabieramy napotkane śmieci (niestety, tak jak wspomina WC1, jest ich tam sporo). W tym samym czasie okazuje się, że jednak dołączy do nas Czarek.

Wracamy więc na Polanę Strążyską, cały czas pozostając pod wrażeniem ścianiska Giewontu.

Tam wyczekujemy pierwszych kropel deszczu - czyżby pogoda miała się jednak w końcu sprawdzić? ;)



I kolejna zmiana - jak byliśmy tutaj poprzednio, początek szlaku w stronę Czerwonej Przełęczy wyglądał trochę inaczej....

W końcu dociera do nas zguba i jesteśmy w komplecie. Już z Czarkiem ciśniemy na Przełęcz w Grzybowcu. Niby tylko 300 m podejścia w pięknym tatrzańskim lesie - jak widać, nawet wiatrołomy nie były w stanie zmienić "panoramy" z przełęczy :P



Ograniczamy się więc do autorzy na przełęczy (chociaż równie dobrze moglibyśmy je zrobić w jakimkolwiek innym lesie :P) i pośród małego deszczyku, kierujemy się w górę. W prawo, oczywiście ;)


Ściecha na Łysanki może na początku nie jest jakaś wyraźna... Dalej jednk nogi same niosą. Mijamy zejście do Doliny Małej Łąki.



W samej "kopule szczytowej" (o ile to nie jest zbyt wzniosłe określenie dla Łysanek) pojawiają się skałki.

Odsłaniają się widoki... i tadaam! Meldujemy się na Łysankach.



Co prawda nadciąga jakieś straszne dezczysko. Na Przysłopie Miętusim już leje. A to znaczy... Że zaraz będzie lać na nas.



Giewont częściowo w chmurach.



Górne partie Doliny Małej Łąki - Niżnia i Wyżnia Świstówka.





Zalesiony grzbiet Grzybowca i masyw Wielkiej Turni.



Mały Giewont - nietypowy z tej strony.





Uwieczniamy widoki, staramy się zapamiętać jak najwięcej - Łysanki to świetne miejsce! Jeszcze lepsze byłoby, gdybyśmy zdecydowali się zejść ich wschodnią granią, pośród skałek. To jednak musimy przełożyć na inny raz - któż to wie, co te chmurzyska przywieją...

I przywiały. Zabieramy się za schodzenie, kiedy to spadają na nas ciężkie krople deszczu. Zejść chcemy wprost do zielonego szlaku w Dolince ku Dziurze.

Mocny deszcz sprawia, że zamiast szukać ścieżki (która gdzieś tam powinna być), postanawiamy schodzić, jak to się mówi - na przypał. Bo przecież, co to za znaczenie w tym terenie - kierujemy się we właściwym kierunku.



Nie mija wiele czasu, a jesteśmy cali mokrzy. Przebijamy się przez wiatrołomy, zjeżdżamy na śliskiej trawie - a ścieżki ani widu... Ale co tam, to przecież tylko regle!

.... których w żadnym przypadku nie należy ignorować. Zaczynają pojawiać się żlebki - na początku wygodne, bez śliskiego trawska i powalonych drzew, ale przeczuwamy, że gdzieś tam poniżej pokażą drapieżną naturę.



Żlebik okazał się w dolnej części zbyt stromy i skalisty, żeby schodzić nim w tak "dżdżystych" warunkach. Wyszliśmy z niego na kolejny ku północy grzbiet.



Zaiste! Kto by pomyślał, że Dolina za Bramką kryje takie ścianki! Wycof ze żlebku wcale nie jest najwygodniejszy. Obchodzimy z nadzieją, że nie natkniemy się na kolejną podciętą grzędę. Kolejna grzęda oraz następny żleb - również były dla nas nie do przejścia. Przemoczeni mieliśmy już dość, chcieliśmy się wydostać na szlak.
W końcu się udaje - trzecim grzbietem po łagodnym stoku docieramy do dna dolinki.






Mokrzy, ale uśmiechnięci :) Jak na złość, po przebiciu się przez wezbrany potoczek mijamy po lewej stronie chamską ściechę - a niech to szlak... tzn. szlag :P

Przemoczeni do ostatniej nitki docieramy do Zakopanego. Dzień może i krótki, ale jakże pouczający - góry to w końcu góry, nawet regle mogą pokazać pazurki :)