wtorek, 6 stycznia 2015

Kieżmarska i ciężka próba

I DZIEŃ:
Tatrzańska Łomnica -> Schronisko nad Łomnickim Stawem -> Łomnicki Staw -> Rakuska Czuba -> Dolina Huncowska -> Huncowska Przełęcz -> Rakuski Przechód -> Schronisko nad Zielonym Stawem Kieżmarskim -> Tatrzańskie Matlary -> Tatrzańska Łomnica

Łysa Polana -> Taborisko na Polanie pod Wysoką

Weekend sierpniowy. Przez wielu wyczekiwany. To właśnie wtedy w Tatry przyjeżdża najwięcej turystów. Tak się jakoś złożyło, że w tym roku Tatry postanowiły wypiąć się na turystów i pogoda w długi weekend była mniej więcej tak piękna jak przez całe lato.

Sami pewnie spędzilibyśmy ten weekend zbierając grzyby albo wspinając się gdzieś pod Krakowem, ale tak się złożyło, że w Tatry zawitali nasi przyjaciele. Prognozy były fatalne - ale ciężko się wstrzelić, mając w góry 600 km. A więc spakowaliśmy wory i w drogę.

Plany jakieś tam mieliśmy. Nawet dość wysokie - iście kieżmarskie. Nad ranem zajechaliśmy do Tatrzańskiej Łomnicy - nie wyglądało to w sumie źle, chmurki gdzieś wysoko... Hm - może będziemy mieć szczęście?



Skierowaliśmy nasze kroki w stronę Łomnickiego Stawu.



W sumie to dookoła nas widoki ku pokrzepieniu serc - słońce wychodzi, chmurki pięknie się układają...



Nawet Kralova Hola się pokazała!





W tych obłoczkach, jak się później miało okazał, tkwił jednak diabeł.

Słoneczko szybko przestało przygrzewać, wokół nas zrobiło się... mlecznie.



Biorąc pod uwagę uprzejmość chatara Łomnickiej Chaty, niezbyt ten zwrot grzecznościowy pasuje :)



Posiedzieliśmy chwilę pod Łomnicką Kolebą, dzięki której powstał budynek malutkiego Łomnickiego Schroniska. Z racji na znikające słońce popędziliśmy nad Łomnicki Staw z nadzieją, ze zdążymy zobaczyć jeszcze cokolwiek...



Zaiste, cokolwiek to było. W żadnym stopniu nie przypominało jednak Łomnicy - trafiliśmy na tatrzański plac zabaw.



Był i misiek.



Łomnicki Staw też w sumie był.





Ruszyliśmy Magistralą. Do samej Rakuskiej Czuby niestety Tatry nie uchyliły nam rąbka tajemnicy...



I na szczycie. Nie wiem skąd ten mój optymizm...



A takie właśnie są widoki.

Na Raczkowej postanowiliśmy dać dzisiejszej pogodzie kolejną szansę. Zamiast skierować się w dół, ruszyliśmy trawersem nad Doliną Huncowską.

I faktycznie, paręnaście minut później zaczęło być COŚ widać.



A oto i Dolina Huncowska.



W tym mleku trochę problemów z określeniem, którym to żlebem wyjdziemy na Huncowską Przełęcz. Wybraliśmy coś na czuja i faktycznie - chwilę później okazało się, że gdzieś tam wyżej nad nami jest nasza przełęcz ;)

Niestety, jakieś parędziesiąt metrów pod przełęczą Tatry postanowiły poczęstować nad gradem. A co więcej - sypało coraz mocniej i mocniej. Bartek jako jedyny z nas zdążył odwiedzić Huncowską Przełęcz i zarządziliśmy odwrót.



Przy odwrocie, jak na złość, zaczęło się trochę przejaśniać. Cholera... Czyżbym za wcześnie panikowała z tym gradem? Jako burzofob oczywiście byłam najbardziej przestraszona - w głowie siedziały mi jednoznaczne prognozy na dzień dzisiejszy.



A oto i Huncowska Przełęcz.



No nic, pochodziliśmy jeszcze trochę po grani Małego Kieżmarskiego, pooglądaliśmy odsłaniające się widoczki na stronę Doliny Kieżmarskiej i powolnym krokiem zaczęliśmy się kierować z powrotem na Rakuski Przechód.











W obiektywie uchwyciłam jeszcze taką oto chmurkę...

Mniej więcej w okolicy Rakuskiego Przechodu usłyszeliśmy grzmot. Ups... W sumie, to zamiast doceniać fakt, że nie jestem właśnie jakieś 300 metrów wyżej na grani Kieżmarskiego, spanikowałam, że i tak jestem na grani i rozpoczęłam ewakuację. Za mną cała reszta :)

Moje modły zostały wysłuchane i nad naszymi głowami nie rozpętała się szalona burza.



Mały Kieżmarski Szczyt. Tam mogliśmy dzisiaj być!



A w rezultacie wylądowaliśmy nad Zielonym Stawem Kieżmarskim. Ten z kolei, jak gdyby nigdy nic, skąpany w promieniach słonecznych...

Tego dnia pozostało nam jeszcze tylko zejście i dotarcie do naszej bazy noclegowej.



Obyło się na szczęście bez burzowych rewelacji.

Nasza baza noclegowa oddalona była jednak o dobre parę kilometrów pieszo i jakieś 300 metrów w pionie. Mieliśmy bowiem dzisiaj dotrzeć do taboriska na Polanie pod Wysoką.



Strasznie nam się nie chciało. Na przyszłość wiem, że to raczej słaby pomysł, żeby zmuszać się jeszcze do podchodzenia gdzieś po całym dniu wędrówki. Tym razem jednak nie było czasu na grymaszenie.
Na Polanie Biała Woda zapukaliśmy do Pana Martina, zamieniliśmy parę słów, zapłaciliśmy i w drogę.
Dolina Białej Wody nocą nie należy do najprzyjemniejszych... Ale co kto lubi... ;)Po dotarciu na taborisko okazało się, że prawie wszystkie podesty pod namioty są zajęte. Skąd tyle luda?!



A oto dowód.
Pomimo małej imprezy, która trwała w taborisku jakoś szybko położyliśmy się spać. Tej nocy podobno było zimno...

II DZIEŃ:
Taborisko na Polanie pod Wysoką -> Dolina Ciężka -> Żleb opadający spod Młynarzowej Przełęczy -> Zmarzły Staw -> Taborisko -> Dolina Białej Wody -> Łysa Polana


...a poranek rześki. Na szczęście zapowiadany na noc śnieg nie spadł :) Kiedy imprezowicze jeszcze spali, my wyruszaliśmy w drogę.

Nie ma chyba lepszej pobudki jak podejście typu "z taboriska do Ciężkiej Doliny". Uch.



Warto się jednak troszkę zmęczyć dla takich widoczków.







Na początek skierowaliśmy się do owego Żlebu z Młynarzowej Przełęczy, którego strasznie nie lubię.



Między innymi dlatego. Poza tym, jest śliski, mokry, usypisty i ma w środku ogromny zaklinowany kamor, który pewnie pewnego pięknego dnia się zwali. Ma jednak jeden, niezaprzeczalny plus: jest łatwy(0).

Aha. I jeszcze jedno. Jest baardzo widokowy.





Ciężki Staw.

Niestety, na te dzień również plany pozostały tylko planami. A z racji, że na pewno kiedyś zostaną zrealizowane, nie zdradzę, jakie były... :)

Nam pozostało siedzieć i kontemplować.





Ciężka Turnia.



Świstowa Grań poniżej i Jaworowa Grań powyżej.

Żeby nie kończyć tego dnia bez odwiedzenia żadnego nowego miejsca, wybraliśmy się jeszcze we 2kę nad Zmarzły Staw.



Tutaj akurat jeszcze Ciężki.



I tutaj spojrzenie na nasz żleb.



Wysoka.



I dotarliśmy. Zmarzły Staw pod Wysoką. Faktycznie piękne miejsce.



W otoczeniu oczywiście olbrzymia ściana Galerii Gankowej.



A w tle Szeroka Jaworzyńska.



Zmarzły Staw i Zmarzłe Spady. Zetknęliśmy się już z tym widokiem kiedyś. Zasłużyło bowiem na miejsce na ścianie WC. Wojtkowi szczególnie utkwiło w pamięci, odgadł zagadkę Pana Władysława, ale jak sam przyznaje - fartem:)






No to teraz czas na wisienkę na torcie... Tym, którzy właśnie coś jedzą radzę nie oglądanie zdjęcia poniżej :)



Na taką kozicę natknęliśmy się w Zmarzłym Stawie. Hm - czy ktoś jeszcze ma ochotę na czystą, górską wodę z Ciężkiego Potoku? ;) Jak widać, nigdy nie można przewidzieć, jakie świństwo może się kryć w pozornie pysznej wodzie, którą turyści chętnie czerpią prosto z potoków.

Na tym zakończyliśmy zwiedzanie Doliny Ciężkiej.



A na koniec odpowiedź na pytanie, dlaczego "Ciężka". I dlaczego nie czeska - Czesi przecież nic wspólnego z Tatrami.

Na tym kończymy naszą sierpniową opowieść. Mamy nadzieję, że za rok przywieziemy z sierpniowego weekendu coś więcej niż tylko burzowo-pochmurne wspomnienia.