niedziela, 13 marca 2016

Środkowe Żebro na Skrajnym Granacie

Trasa:
Kuźnice - Przełęcz między Kopami - Murowaniec - Czarny Staw Gąsienicowy - środkowe żebro Skrajnego Granata - żółty szlak - Czarny Staw Gąsienicowy - Murowaniec

TrudnośćII, 3 miejsca IV-V
Czas przejścia3 godziny
Ilość wyciągów5
Różnica wysokości150 m
Podejścieżółty szlak
Zejścieżółty szlak

Wybraliśmy się na tą wycieczkę z Arturem nieco niezaplanowanie. To znaczy plan był, owszem, a nawet dwie opcje planu, jednak żadna nie wiodła na Granaty.

Późnym wieczorem dnia poprzedniego Hemli zostało przydzielone zadanie do wykonania następnego dnia rano, przez co nie mogła udać się przed świtem do Zakopanego. W efekcie pojechałem sam do czekającego już w Zakopanem Artura. Udaliśmy się do Kuźnic i dalej na szlak przez Boczań (znacie tą uciechę, gdy budka do pobierania myta za przejście mostem jest zamknięta:) na Halę Gąsienicową.



W drodze debatowaliśmy nad wyborem drogi, jaką spróbujemy przejść. Do pójścia na Granaty skłoniły nas oszronione dzisiaj, mokre i zalodzone inne ściany w rejonie - Świnica, Kościelce...

Wybór był trafny, bo na naszej drodze było przyjemnie sucho:-)





Największym problemem naszej dzisiejszej drogi, jak się okazało, było znalezienie jej początku.



Mimo opinii ekspertów, że jest to najpopularniejsza, najczęściej przechodzona droga w rejonie, a chyba i w całych Tatrach, stanęliśmy u podnóży żebra (które na szczęście bez trudu znaleźliśmy:) i nie wiedzieliśmy którędy zacząć.

Artur rozpoczął poszukiwania w zdjęciach internetowych, ja rozpocząłem poszukiwania jakichś śladów pośród skał, ale nic pewnego nie znaleźliśmy - wychodzi brak informacji. Wybraliśmy więc opcję prostą - pójść w górę którędykolwiek i poszukać tam prawidłowej drogi. Wybór padł na mały żlebek na lewo od pokaźniejszego Żlebu Wójcika-Bracha, rozdzielającego żebra Skrajnego Granata.

fot. Red Angel
Naszykowaliśmy się do działania zostawiając na nogach zwykłe buty - stwierdziliśmy, że wspinaczkowe nie będą wymagane, choć na wszelki wypadek mamy je w plecakach.



Żlebek z dołu wyglądał na łatwy, ale już po kilku metrach zmieniam zdanie. Trudności technicznych dużych rzeczywiście tutaj nie ma, takie jakby I, za to na moje umiejętności asekuracyjne, słabo jest też z pewnymi punktami do założenia pętli czy kostki. Jest trawiasto i krucho.



Chwytane kamienie się ruszają, pod butami drobne kamienie utrudniające pewne stawianie nóg, co przy świadomości braku pewnej asekuracji zapewniło mnie, że nie można tutaj spadać. Nie pomagały też marznące dłonie - początek drogi jest całkowicie w cieniu, skały są zimne.



Po około dwudziestu kilku metrach wydostaję się na siodełko w grzędzie dzielącej oba żleby. Sterczał tam wielki głaz, świetny na stanowisko. Złapałem oddech i kolej na Artura.



Z późniejszych rozmów wywnioskowałem, że tego odcinka aż tak nie przeżywał.

fot. Red Angel
Może to była kwestia prowadzenia, bo po zmianie na prowadzeniu Artur miał swoje przygody w umiarkowanie trudnym terenie.

Po przejściu kilkunastu metrów w górę grzędą Artur rozpoczął trawers w lewo w poszukiwaniu drogi, na którą przeszliśmy. W górnej części kruchego żlebiku teren był jednak podobny jak na dole.



Przy próbie obciążenia założonego właśnie punktu pokaźnych rozmiarów głaz wyskoczył ze swojego siedziska. Ile mógł, tyle go Artur kolanem przytrzymał, później tylko słyszałem kolejno najpierw ostrzegawczy krzyk, później huk trzaskającego granitu.
Przeszło mi właśnie przez myśl jak inaczej by się sytuacja przedstawiała, gdyby stanowisko było w tym żlebie...

Po trawersie żlebu Artur zniknął za załomami skalnymi. Ciężko było z komunikacją, ale usłyszałem komendy o jego stanowisku. Z liną od góry jest łatwo, jedyne zmartwienie to żeby ta lina niczego ze skał nie wytrąciła. za trawersem pojawił się niemal poziomy, trawiasty zachodzik. Widzieliśmy go z podejścia szlakiem.



Artur rozgościł się na wygodnym stanowisku na kamieniach w trawce, w pełnym słońcu.

fot. Red Angel
Dodatkowo jesteśmy na lewej krawędzi żebra i nią teraz chcemy iść do góry. Startuję wprost w górę.

fot. Red Angel
Kilka metrów wyżej znajduję wyraźne ślady łazikowania oraz stałe stanowisko. To tutaj zaczyna się droga, której od początku szukamy - Środkowe Żebro na Skrajnym Granacie. Różnica jest duża, brak traw, nic się nie rusza, na dodatek skały ciepłe i teren połogi.



Przekazuję radosną nowinę Arturowi i idę dalej. Od chwili wejścia na właściwą drogę wspinaczka stała się przyjemna. Trudności techniczne na tym wyciągu są niskie. Docieram do wygodnej półeczki, powyżej której widać na skale stałe stanowisko.



Wygodniej wydało mi się założyć swoje na blokach nieco niżej - miałem stąd też dobry widok na dolną część drogi, więc zrobiłem parę zdjęć wspinającemu się Arturowi.





Jest to chyba najłatwiejszy wyciąg całej naszej drogi.

Na stanowisku słucham porad technicznych odnośnie stanowisk. Nie mam wątpliwości, że Artur wie o użytkowaniu sprzętu znacznie więcej niż ja.



Poprawiamy co nieco stanowisko na jego prowadzenie kolejnego wyciągu, częściowo bardziej wymagającego. Początek jest łatwy, Artur mija stałe stanowisko, przechodzi zacienionym, II-kowym zacięciem skręcając z niego w prawo.



Po drodze wpina się w świecący z daleka hak.



Dalej zdaje się Artur napotkał jakieś problemy czy trudności, bo lina długo spoczywa w bezruchu. Trwa to kilka minut, później wydaję kilka metrów liny i znowu postój - to już na budowę stanowiska.



I ruszam. Zacienione zacięcie jest fajne, później lekki trawers do ostatniego fragmentu wyciągu - pionowego, kilkumetrowego kominka.

fot. Red Angel
Wbijam się weń śmiało, ale po chwili domyślam się już co Arturowi zajęło sporo czasu - to według mnie najtrudniejsze miejsce na całej naszej drodze, minimum IV, może V, ale żeby to stwierdzić musiałbym je prowadzić. Z liną od góry ciężko mi ocenić trudności.

fot. Red Angel
Chwyty są, stopnie jakieś też, ale w tym miejscu wolałbym już mieć na nogach wspinaczkowe trepy. Likwiduję solidnie założone kości i wychodzę na półkę do Artura.
Ponownie zmieniamy się na prowadzeniu. Po kilku metrach łatwej drogi dochodzę do solidnego stanowiska z dwóch ringów.

fot. Red Angel
Tym razem Artur postanawia przemieścić swoje stanowisko, po czym ruszam dalej.



Dalsza część drogi wiedzie lewą krawędzią i do tzw. Zacięcia Kusiona nie przedstawia większych trudności. Asekuracja z pętli jest tutaj łatwa, jest też po drodze ring, który przeoczyłem. Jak jest łatwo to się za ringami nie chce rozglądać:)
fot. Red Angel
Artur asekuruje z największym spokojem:)



Owo zacięcie to ustanawiający trudność całej drogi jeden przechwyt (na oko metr trudności). Ów przechwyt ubezpieczono ringiem, co sprawia miejsce na prawdę łatwym. Wystarczy się raz dobrze uchwycić i podciągnąć. Koniec.

fot. Red Angel
Z zacięcia w górę przechodzę już łatwiejszym terenem na skalną półeczkę, nad którą widać wbity w skałę wielki hak pod małymi okapami. Uzgodniliśmy z Arturem, że przemieści się jeszcze kawałek ze swym stanowiskiem, żeby wystarczyło liny do wejścia nad okapik.





Pomiędzy skałami tworzącymi te okapy jest przerwa, którą wiedzie dalsza droga. Przejście ich to wedle przewodników trudność IV, ale skała jest na tyle dobrze urzeźbiona, że mi się to wydało łatwiejsze.
Tuż powyżej zakładam stanowisko i asekuruję Artura.





Dalszy teren wydaje się nie mieć już trudności, a po kilku metrach napotykamy ostatnie stanowisko przy żółtym szlaku na Skrajny Granat.



Tutaj droga się kończy. Początkowego zamiaru dojścia na szczyt nie realizujemy, bo w Murowańcu czeka już na nas Hemli.


Schodzących szlakiem turystów prosimy o pamiątkowe zdjęcie, zbieramy rynsztunek i podążamy szlakiem w dół.

W drodze powrotnej fotografujemy jeszcze środkowe żebro.



Teraz znalezienie właściwego wejścia na nią wydaje się proste. Ale jak się nie wie...

Nie dziwi mnie fakt, że ta droga jest uważana za najczęściej przechodzoną drogę w Tatrach. Właściwy jej odcinek jest pozbawiony kruchości i traw, ma urozmaicony przebieg i niskie nagromadzenie trudności. Jest to dobry wybór na początki łazikowania.



Dolnych dwóch wyciągów nie polecam:)