poniedziałek, 28 marca 2011

Mój pierwszy zimowy wyjazd w Tatry

TRASA:
Siwa Polana -> Schronisko na Polanie Chochołowskiej -> Grześ -> Wołowiec -> Grześ -> Schronisko na Polanie Chochołowskiej



Wysiadłem na Siwej Polanie i szybkim krokiem w kierunku Polany Chochołowskiej. Nie sprawdzałem czy będę miał miejsce w schronisku. Mróz w lesie cholerny, na drodze wyciągałem z plecaka kalesony i pod spodnie zakładałem. Podskakiwałem przy tym na chrupiącym śniegu, bo za ciepły to nie był. Nikt nie widział. Chyba:P Do tego zdechły mi baterie w aparacie - już na początku wycieczki:-( Na szczęście dały się rozgrzać w dłoniach i reszta wycieczki uratowana:-) Błękit wszędzie, do schroniska droga spokojna.

Polana Chochołowska

Jak się okazało, w schronisku pustki. Na 132 miejsca jestem 13 nocującym (nie jestem przesądny). Melduję się grzecznie w pokoju i pytam czy jestem w stanie wyjść gdzieś wyżej bez sprzętu. Dziewczyna w recepcji nieco mnie podbudowała, stwierdzając, że na Grzesia na pewno można, na Rakoń możliwe, że też, na Wołowiec na pewno nie. Choć wczoraj w nocy przy pełni księżyca widać było na Wołowcu namiot:-)

Tak więc nie zwlekając długo biegnę na Grzesia – już tam kiedyś byłem latem. Lato było takie, że naprawdę strach było dalej niż na Grzesia iść – śnieg i zerowa widoczność, w przyszłości o tym napiszę:-) Z tyłu Kominiarski Wierch – mój ulubiony szczyt Tatr Zachodnich. W Wysokich ulubionego nie mam:-)

Kominiarski Wierch

Powietrze wyśmienite, przejrzyste, rzeczywiście im wyżej, tym cieplej. Jest naprawdę bardzo przyjemnie. Chyba najlepsze warunki na zdjęcia, choć ja się na tym nie znam.



I ta niesamowita cisza. Nawet gałązka się nie poruszy.

Na szlaku na Grzesia

Tylko się nie śmiać z okularów. Naczytałem się o górskich ślepotach i pożyczyłem:)

Kiedyś musi być ten pierwszy raz w zimie, jak się sporo po górach chce chodzić. Co prawda śnieg w Tatrach już widziałem, jesienią, widziałem również zagrożenie lawinowe w paskudnej pogodzie późnym latem, ale przykrytych śniegiem gór zimą jeszcze nie uświadczyłem. Postanowiłem się wybrać więc w jakieś łagodniejsze tereny, żeby coś w tych górach zobaczyć, może gdzieś wejść wyżej. Sprzętu zimowego nie miałem. Raki i czekan, nie wspominając o wyposażeniu lawinowym, trochę kosztują, a nie miałem pojęcia czy to dla mnie. Może uświadomię sobie wkrótce, że zima w górach nie jest dla mnie? Szkoda by było wywalić 500 zł i pojechać tylko raz:-)

Kominiarski Wierch raz jeszcze. Co za szczyt! Jak dobrze, że jest w ścisłym rezerwacie!

Kominiarski Wierch

Po wyjściu z krzaków odsłoniło się nieco więcej grani. Błyszczących!

Długi Upłaz i Wołowiec

Troszkę mnie to zastanowiło, ale zauważyłem też kilka poruszających się punktów gdzieś przede mną. Podgonię i podłączę się, nie będę na pierwszej zimowej wycieczce chodził sam – tak postanowiłem. Do następnego dnia…:-)
Robienie sobie samemu zdjęć czasem sprawia nieco kłopotu, ale cały ten wyjazd był pod symbolem ustawiania samowyzwalacza i wbiegania w kadr.

Grześ

Na Grzesiu zatrzymuję się tylko na chwilę.



Jacyś ludzie podchodzą pod Rakoń – dogonić będzie ciężko, ale podgonię. No to gonię:-) Szeroko na tej grani jak na autostradzie. Uważnie obserwuję po jakim to stąpam śniegu. Tak jak wcześniej buciki lekko siadały w śniegu, tak na grani podmarznięta z wierzchu, owiana wiatrem twarda skorupa. Nawet niewielkie nachylenia już sprawiają, że trzeba wbijać czubek buta. Podchodzę w szybkim tempie pod kolejne garby w drodze na Rakoń. No rzeczywiście nie jest już tak komfortowo jak przed Grzegorzem, ale nie przesadzajmy – nie ma tragedii. Tuż przed szczytem Rakonia widzę ludzi, którzy tam stali jeszcze jakieś 10 minut temu, stoją nadal. Na nogach raki, w dłoniach czekany. Ucinamy krótką rozmowę. Oczywiście idą na Wołowiec i wracają na nocleg do Chochołowskiej.
Namówiliście mnie!
A na dodatek przynajmniej początek na szczyt jest wygodny i płaski.

Podejście na Wołowiec

Dalej już nieco ostrożniej trzeba, o ile chodzenie w rakach daje możliwość komfortowego stąpania w takich warunkach, to buty sobie raczej kiepsko radzą.

Podejście na Wołowiec

Przy podchodzeniu na Wołowiec jakichś wielkich stromizn nie ma i tak, z pomocą nowych towarzyszy wyrąbujących nieco śniegu na stopnie czekanami, po kilkudziesięciominutowym podchodzeniu stajemy na szczycie. Jeszcze 3 godziny temu nie wiedziałem czy dojdę na Grzesia, a jestem tu. Fajnie:-)
Śniegu na szczycie dużo – pierwszy raz widzę tak głęboko zasypane szlakowskazy.

Na Wołowcu

Na Wołowcu jest bardzo dużo miejsca więc można spokojnie pospacerować... … czy poleżeć.

Na Wołowcu

Parę zdjęć na szczycie – z pożyczonymi okularami (moje są nieco śmieszne) i czekanem (nareszcie mam coś takiego w ręku:-).



Panorama przyzwoita, nigdy jeszcze nie byłem w tych rejonach. Nigdzie nam się nie spieszy, do schroniska 3 godziny, dzień piękny i nic się nie zapowiada na zmianę, do tego na szczycie przyjemnie i ciepło.

Otargańce

Widoki z Wołowca

Z internetu wyczytałem, że właśnie w okolicach Doliny Chochołowskiej najlepiej rozpoczynać przygodę z zimą w polskich Tatrach. Teraz też tak uważam. O chodzenie zimą bez raków nie pytałem w sieci – odpowiedzi potrafią być naprawdę zniechęcające. Tak naprawdę wszystko zależy od warunków pogodowych: raz można iść zimą bez raków w koszulce z krótkim rękawkiem, innym razem strach iść z pełnym wyposażeniem powyżej schroniska. Karty rozdaje pogoda - aktualna i ta, która nawiedzała okolicę przez ostatnie dni. Ja trafiłem na bardzo dobre warunki pogodowe. Słonecznie, mroźno i inwersja – czym wyżej tym cieplej. Towarzyszyła jednak tym warunkom cały czas dwójka lawinowa, a dzień mojego powrotu z tego wyjazdu zaowocował w dość głośny śmiertelny wypadek lawinowy.

Widoki z Wołowca

Widoki z Wołowca

Obecnie z Hemli część sprzętu zimowego już mamy i trochę z niego korzystamy. I oboje uważamy, że góry są piękniejsze…
… latem. Piękniejsze, przyjemniejsze, bardziej szczegółowe. Jak tu przyjrzeć się z bliska ukształtowaniu żlebu, jeśli nie mamy nawet pojęcia iloma metrami śniegu jest przywalony? Czy jest gładki czy podcięty? A zatem czy łatwy czy nie dla turysty? Zima w górach turystycznie jest spoko, ale białe badziewie mi się szybko nudzi. Dni też są bardzo krótkie. Wolę lato, najlepiej późne:-) Choć dzisiaj nie jest najgorzej;)

Widoki z Wołowca

Gapiący się na mnie z daleka Krywań.

Widoki z Wołowca



Jak to na szczytach często bywa – szybko zrobiło się nudno. Wolnym krokiem więc wracamy na dół. Początek schodzenia nieco niekomfortowy, ale później już bajka.



Wyśmienity szlak na początek przygody z turystyką zimową w Tatrach. Na grani Trzydniowiański - Kończysty widać innych powracających do schroniska. Właśnie o tamtym szlaku rozmawiamy, jutrzejszy cel.

Rakoń

Powrót granią bez przygód, spokojnym krokiem z robieniem zdjęć i w dobrych nastrojach. Troszkę mi przypaliło nosek i czoło – pierwszy raz w życiu opaliłem się zimą:-)



Na Grzesiu zrobiło się tłoczno - ze słowackiej strony przybyła tutaj na zachód słońca dwójka Słowaków. Właśnie się dowiedziałem, że doprowadza tutaj jeszcze jeden szlak:)



Po chwili odpoczynku w ostatnich promykach słońca idziemy już prosto do schroniska.
Na kolację chochołowski przysmak – kasza ze skwarkami i słoninką. W życiu bym normalnie czegoś takiego nie kupił, a tam mi smakowało:-) Do tego szybkie plany na dzień jutrzejszy w najporządniejszej schroniskowej jadalni jakie moje oczy widziały i niedługo spać. Jutro kolejny ciekawy dzień:-)