poniedziałek, 10 czerwca 2013

Orava - spod mostu na zamek

Majówka na Słowacji - dzień III.
Opis poprzedniego dnia zobaczyć można tutaj, a kolejnego tutaj.

TRASA SAMOCHODEM:
okolice Valaške Dubovy -> Oravský Podzámok -> Dolný Kubín -> Terchová -> Štefanová

Mapa trasy:





Ranek wita nas spokojnie. Podnosze jedno oko, widzę przed sobą błotnistą drogę, żywą zieleń... i w sumie to nic więcej. Jakaś mgła, czy tam chmury...
Nie ma się co dziwić. Miniona noc była dość pamiętliwa :)




Wróćmy jednak do niej. Ułożywszy się późnym wieczorem wygodnie w samochodzie okazało się, że nadciąga w końcu burza, która zdawała się wisieć nad nami całą drogę. "Wojtu, jak będzie burza to przemieścimy się pod tamten most? Bo tutaj ten słup, drzewa, gałęzie i w ogóle.."
Okazało się, że nadeszło to szybciej, niż myśleliśmy. Do czasu, kiedy pioruny zaczęły uderzać na tyle blisko nas, zrobiło się jednak całkowicie ciemno.

Mogliśmy obserwować burzę, która co jakiś czas rozświetlała nam dość porządnie okolicę. zasnute chmurami Góry Choczańskie co jakiś czas rysowały się na tle ciemnego nieba. "O, przypierdzieliło w tamten pagór". Burza w górach JEST niebezpieczna :)

Pod mostem było jednak bezpieczniej, aczkolwiek dziwne, głuche dźwięki co chwilę przypominały mi ludzkie kroki. Z resztą chyba nie tylko mi, bo parę razy usłyszałam senne "Co to było?" :) Dookoła szalała burza. Kłębiła się praktycznie przez całą noc. Spaliśmy, ale bliskie wyładowania co jakiś czas nas budziły. Sen nie był jednak zbyt spokojny, cały czas bałam się, że zbudzą nas reflektory jakiegoś samochodu nadjeżdżającego z naprzeciwka. Staliśmy w końcu na drodze, ale nie było innego wyjścia - jeśli chcieliśmy oczywiście jechać dalej :) Dlaczego? Myślę, że to wyjaśnią zdjęcia :)

Mimo wszystko, rano obudziliśmy się dość wypoczęci. Kiedy postanowiliśmy na dobre wyjść z samochodu okazało się, że burze chyba zrobiły swoje i zaczyna klarować się pogoda! Miejscami wychodził błękit, mgły zdawały się teraz być parującą wodą z namokniętej ziemi.



Uch... Ciekawa okazała się być miejscówka, w której spaliśmy :) Czego tam nie było... Jak widać, pewnie cała Valaska Dubova urządza sobie tam własną skladkę :)

Nie chcieliśmy jednak w takim miejscu jeść śniadanka. Zapakowaliśmy się więc z powrotem do karocy... I w drogę :)

Okazało się, że po-burzowy poranek nas nie zawiódł. Udało mi się nakłonić ukochanego Narzeczonka (diky :*) do zatrzymania się na foteczki :> Jeszcze ma do mnie i mojego aparatu cierpliwość :)

Mała Fatra


Mała Fatra


Było jednak po co! Na horyzoncie, znad chmur wynurzyła się część Małej Fatry - Stoch i Vel'ky Rozsutec. Cóż za widok! Co ciekawe, dwa dni wcześniej też w tym samym miejscu spotkały nas przejaśnienia :) Fakt, że droga w tym miejscu jest położona dość wysoko. I jest niesamowicie widokowa.



Ee... Prawie jak po wyjściu od fryzjera :)


To miejsce nie nadawało się jednak na śniadanko - budowa. Szukając odpowiedniej dróżki, w którą moglibyśmy zjechać, przejechaliśmy Dolny Kubin... I w końcu wylądowaliśmy znowu w mgle, w może nie najpiękniejszym miejscu - obok płynącej w dole rzeki Orawy. To niepodważalny dowód na to, że znajdowaliśmy się w kolejnej słowackiej krainie - Orawie.


Obserwowałam rodzącą się piękną pogodę i jak zawsze - uwieczniałam, a Wojtuś w tym czasie szykował nam jajecznicę. Udało się ją zrobić bez żadnego tłuszczu i grama soli. A jak smakowała! :)











Przy okazji zrobiliśmy sobie małą poranną toaletę i uczesani wyruszyliśmy w drogę. Kierunek - wieś Oravsky Podzamok. Cel - Oravsky Hrad, czyli po prostu Zamek Orawski :)

Po drodze musieliśmy się jednak zatrzymać... Tak, jak ja wcześniej MUSIAŁAM zrobić zdjęcia, tak Wojtek MUSIAŁ staną na tym moście... Niestety, nie wszystko poszło po jego myśli :)





Widzicie to rozczarowanie? :P

Ale most faktycznie fajny :)



Parę minut później naszym oczom ukazał się zamek.
I tutaj chciałam zwrócić uwagę na błąd, który często wkrada się Polakom. Oravsky Podzamok to nie nazwa zamku! To nazwa tej małej wioski, która znajduje się u jego stóp. Jak sama nazwa wskazuje, zawierając prefiks "pod". Na język polski tłumaczy się ją: Orawskie Podzamcze :) Natomiast Zamek Orawski po słowacku nazywa się Oravsky Hrad.

Zamek Orawski

Oravsky Podzamok za to ma uroczy rynek! Jest coś takiego w tych słowackich, górskich wioskach, co sprawia, że wszystkie są urocze.

Orawskie Podzamcze

Wojtuś podróżniczek zwiedza świat :P


Zostajemy postraszeni, że za wniesienie lustrzanki i za przyjemność używania jej na terenie zamku będziemy musieli zapłacić 3 ojro. Czekają nas jednak jeszcze prawie 3 dni na Słowacji, więc postanawiamy trochę przyoszczędzić i Canonito zostaje w karocy. Chlip :(


Jest równo 9:00. Jesteśmy pierwszymi gośćmi. Okazuje się, że zwiedzać będziemy grupą, ze słowacką przewodniczką i słowackimi licealistami. Ja tam się cieszę... Wojtuś mniej :)

wchodzimy do zamku. Początkowo stosuję się do zaleceń i nie robię zdjęć - po czasie okazuje się, że dookoła focą wszyscy. Cóż - chyba mała ściema z tą opłatą za aparat :) Wyjmuję mojego Sonego i focę nim. Gdzie dawna dobra jakość zdjęć Sony Ericssonami? :(

Orawski Zamek



Zwiedzamy zamek. Wojciech ogląda dokładnie każde miejsce. Ja coś tam pamiętam z dzieciństwa, kiedy już tutaj byłam i słucham pani przewodniczki. Słowacki jest taki piękny - i do tego z ust kobiety. Faceci tak ładnie po słowacku nie gadają - przysłuchajcie się kiedyś sami :) To kolejna motywacja do tego, żeby się go nauczyć :>

W sumie to z opowieści o zamku mozna usłyszeć sporo o jego historii i parę legend, które zapadają w pamięć :) Zamek przeżył pożar, który dość dotkliwie go zniszczył - z elementów drewnianych zachowało się tylko jedno bardzo solidne sklepienie. Pani przewodniczka każde pomieszczenie otwiera i za nami zamyka - a my myśleliśmy, że sobie zrobimy samowolkę w łażeniu po zamku :)

Orawski Zamek

Legendy odnoszą się w sporej części kobiet - jest na przykład lustro, w które spojrzenie gwarantuje wieczną młodość. Ale żeby nie było tak prosto - do końca życia nie można się już popatrzeć w żadne inne. Któraś pani się odważy?




Zwiedzamy też pomieszczenie z orawskimi strojami i sprzętami. Najbardziej zapadają mi w pamięć pewne grabki. I to nie dlatego, ze są ładne. Podobno kiedyś kawalerowie darowali takie własnej roboty grabie wybrance, która chcą poślubić... Pełniły więc rolę obecnego pierścionka zaręczynowego. Praktycznie :)



W międzyczasie, kiedy zwiedzamy piękna, poranna pogoda nieco się jednak zmieniła... I nad zamkiem szalała burza. Pani przewodniczka z nadzieją w oczach zapytała, czy decydujemy się na przejście do górnej części, czy idziemy w dół. Ku naszej uciesze, z gardeł licealistów popłynęło głośne 'hore!!'. To oznaczało, że idziemy :>



Szliśmy po schodach, których podobno tutaj kiedyś nie było. Trzeba było więc nieco się spiąć... i wspiąć, żeby dostać na górę. Ciekawe, jaka wycena? :)

Na górze czuło się już wysokość. Może to sprawka tych schodów, a może po prostu wyobraźnia działała? :) Czekała tam na nas kolejna legenda. Tym razem trzeba było stanąć na trzecim schodku, obrócić się tyłem do otworu studni i rzucić do niej kamieniem. Kto trafił, podobno gwarantował sobie bogactwo. Niestety nie mieliśmy przy sobie niczego do rzucania :(

I na tym zakończyło się zwiedzanie. Najwyższa część zamku pozostaje tajemnicą - nie jest bowiem udostępniona dla turystów. Może to i dobrze? :)

W dół zeszliśmy szybko. Akurat burza odchodziła gdzieś dalej - pozostałością po niej był tylko mokry dziedziniec zamku i wzburzona Orawa. Deczko mokrzy wpakowaliśmy się do karocy i opuściliśmy tą piękną wioskę. Kierunek z powrotem - Dolny Kubin!

Dolny Kubin

Aura świeżo po burzy, mokro, ale zaś robi się parno i prawdopodobnie ostatniego słowa groźna aura dzisiaj nie powiedziała. Postanawiamy obejrzeć nieco miasteczko. Przechadzamy się po placu w centrum ze wspaniałym widokiem na Wielki Chocz. Spokojne i urokliwe miejsce, czysto, cicho. W takim miasteczku można żyć:-)

Dolny Kubin

Wielki Chocz

Kościółek i Wielki Chocz.

Wojciech zaczyna się wyłupiać. Oznacza to jedno, że zaczyna się za południową granicą czuć jak u siebie, a to duży postęp:)








Zaglądamy również do Słowackiego odpowiednika naszego baru mlecznego. Kosztujemy tego, co przeciętni Słowacy zajadają na co dzień - Držkora. Wojtuś niezbyt rozsmakowuje się w tym specjale a mi... smakuje! Co ciekawe, tajemnicza Držkora okazuje się być zupą-flakami o smaku paprykowym. Co ciekawe - na co dzień Wojtuś uwielbia flaki, a ja nie cierpię :) Jak ja lubię Słowaków za tą paprykę wszędzie! :) Wiedzą, co dobre. Zaglądamy jeszcze do kilku sklepików i wstrząśnięci niektórymi cenami postanawiamy ruszać w dalszą drogę.

Pakujemy się do Karocy i obieramy kierunek na zachód - do Stefanovej.

Opuszczamy Dolny Kubin z bardzo pogodnymi nastrojami i zadowoleni z pomysłu zatrzymania się tutaj na kilka chwil. Jedziemy w kierunku Parnicy, gdzie skręcając w prawą obierzemy drogę przez teren Parku Narodowego Małej Fatry do Terchovej. Stamtąd już rzut beretem do Stefanovej i naszego miejsca noclegowego - rezerwowanego wcześniej.

Przez całą drogę odsłaniają nam się świetne widoki na pobliskie pagóry. Przewijające się pod szczytami chmury dodają uroku, ale dodają nieco strachu, może się z nich w końcu coś rozwinąć:) Okolice piękne. Na tyle piękne, że jedziemy najszybciej 50km/h - po prostu sobie podziwiamy:-) Z resztą słowaccy uczestnicy ruchu drogowego nie sprawiają wrażenia, jakby się paliło - mało kto się mocno śpieszy.

Mała Fatra


Velicna


Wielki Chocz







I wkraczamy do Parku Małej Fatry. Od razu wpadają w oczy zalesione, acz skaliste szczyty przy samej drodze. Fajnie:-) Spokojnym tempem docieramy do Terchovej, która wita wszystkich przyjezdnych wyeksponowanym pomnikiem urodzonego tutaj Juraja Janosika.

Poludnovy Grun


I zaraz za pomnikiem w lewo, do Stefanovej. Tylko wjechaliśmy w uliczkę pomiędzy skały, Wojtuś zaczął się zachwycać. Tak, tak, Tiesňavy robią wrażenie:-) Chwilę po najciaśniejszym miejscu zatrzymujemy się na niewielkim parkingu przyjrzeć się im dokładniej z bliska i rzucić okiem na sieć szlaków. Część z nich podobno poza sezonem letnim zamknięta. Piękny stąd widok na Południowy Groń. Póki co, ładny, a jeszcze nie wiemy, że da nam wkrótce nieźle popalić:)

Spędzamy chwilkę na spoglądaniu na skałki w przekonaniu, że jeszcze się tu w tym wyjeździe zjawimy i jedziemy dalej, do naszej chatki się zadomowić. Problemu większego z dojazdem nie ma. Tam gdzie rozjazd dróg, jest wszystko oznaczone, gdzie nie wiemy czy możemy jechać dalej, pytamy ludzi. Jeden miły pan nawet nam dokładnie wyliczył który dom w której alejce i za którym zakrętem będzie miał numer 535:-) W ten sposób bardzo szybko odnajdujemy naszą chatkę i jesteśmy mile zaskoczeni.

Wojciechowi zapadła w pamięci pierwsze słowa właścicielki: "... tak, cobyście zechcieli do nas jeszcze raz przyjechać":-) Szybko się zadomowiamy, rozglądamy dookoła, chwilkę spędzamy na opracowaniu planu na to popołudnie i ruszamy w drogę.

Wystartowaliśmy przy słonecznej, podeszczowej, obiecującej pogodzie niebieskim szlakiem na Poludnovy Grun. Po drodze mijamy całkiem sporo schodzących turystów, i to nie tylko z Polski:) Widać, że to już nie Wielka Fatra.



Dość szybko podchodzimy, ale jeszcze szybciej zasnuło się słońce. Nawet nie zauważyliśmy kiedy. Żeby tego było mało, kłębić się zaczęły całkiem niesympatyczne chmury i jeszcze przed opuszczeniem lasu zaczęło powoli kropić. Wojtka mina nietęga, w obawie, że nici z naszej wycieczki na Poludnovy Grun. Nie minęła chwila, a kropienie przeszło w prawdziwą ulewę. Mając na uwadze aurę z tego dnia włączył mi się strach przed burzą i hemli-pęd na tyle, że w paręnaście minut byłam z powrotem na dole. Bez kurtki, bez niczego... Czekałam w przemoczonych ciuchach na dole na Wojciecha, który schodził normalnym tempem. Już myślałam, że czeka mnie zapalenie płuc, czy tam zaziębione nerki - cały wieczór czułam się dość dziwnie, a mieliśmy jeszcze dwa dni pochodzić... I po co było się tak spieszyć? :)







Po powrocie do chaty postanowiliśmy jeszcze odwiedzić Lidla, który, jak dowiedzieliśmy się od sąsiadów z pokoju obok - podobno był w Terchovej. Faktycznie - na dodatek wzbudzał najwidoczniej zaufanie Polaków, bo pod sklepem było chyba tyle aut na polskich blachach, ile na słowackich. I co ciekawe - największa ilość turystów była z Gliwic i okolic. Co takiego tam jest, że wszyscy cisną na Fatry? :)

Wieczorem próbowaliśmy ustalić trasę. Ma być pogoda, ma nie być pogody... Nic nie wiadomo!
Wiemy tylko, że rozpoczynamy wędrówką przez Diery. Następny dzień pokaże, co dalej.

c.d.n.!