wtorek, 25 lutego 2014

Pozdrowienia z Mylnej

TRASA:
Schronisko na Polanie Chochołowskiej - Ścieżka nad Reglami -> Jaskinia Mylna -> Wąwóz Kraków -> Jaskinia Raptawicka -> Schronisko Ornak


Poprzedni dzień -> Kończysty Wierch


Tunel z kroku na krok robi się coraz węższy, wręcz klaustrofobiczny. Póki co, idzie się dobrze. Ten łańcuch wcale nie był taki straszny, choć nie chciałbym w takiej sytuacji ześliznąć się w szczelinkę pod nim - wizja zakleszczonej nie do wyciągnięcia stopy pomiędzy ścianami pojawiła się mi w głowie momentalnie.

Jaskinia Mylna

Cholera, przecież tam dalej się trzeba czołgać! Myślę, że bez względu na porę dnia, porę roku czy aktualną pogodę, tutaj zawsze jest tak mokro i nie da się wyjść nieusmarowanym w błocie.

Zatrzymuję się na chwilę. Zaglądam do przodu - za chwilę jakiś załom. Patrzę w tył, i w tą szczelinę poniżej łańcucha. Niesamowita cisza. Może poza tymi kapiącymi kroplami wody. W podobnej ciszy wędrowałem przez las dwa dni temu na Grzesia. Tamta jednak była przyjemna, ta tutaj zionie jakąś grozą. Nie spodziewam się, żeby ktokolwiek tutaj za mną szedł. Nie o tej porze dnia w połowie marca.

Jaskinia Mylna

Tuż po wejściu jeszcze sprawdziłem co będę widział w środku przy świetle samego aparatu. Zgasiłem więc czołówkę. Pierwszy raz wiem, że nic nie widzę. Nie widzę własnej ręki przystawionej do nosa! Niesamowite:-)
Jaki horror musiał przeżywać ksiądz Józef Szykowski błądząc tutaj w kompletnej ciemności po utracie światła w poszukiwaniu wyjścia. Nie chciałbym podzielić podobnego losu, oj nie:-)

Włączyłem aparat. Rozbłysło jego zielone światełko namierzania. W jednej chwili przypomniałem sobie film "Zejście". Oglądaliście? Jakże wyraźnie przypomniała mi się gęba tego stwora! Szybko włączyłem czołówkę, schowałem aparat i biegiem do wyjścia! O ile czołganie z przerzucaniem przed sobą plecaka do przodu można nazwać biegiem. A czym szybciej się poruszam, tym większa świadomość sapiącego mi za plecami potwora. Jak ja lubię takie akcje! Nie wiem ile czasu powinienem jeszcze iść, ale światło dzienne zobaczyłem szybko. Pewnie z reguły mało kto tędy tak goni.

Udało się, żyję:-)
W dorobku mam dodatkowe 2 guzy na głowie - nie za bardzo patrzyłem na sufit. 2 guzy i jakież zdziwienie na twarzy! A wystarczy tylko do głowy "wgrać sobie film":-)



Pozdrowienia z Mylnej!

Okno Pawlikowskiego

***

Zapowiadali pogorszenie pogody, opady i zachmurzenie. Miałem plan iść z Chochołowskiej na Ornaki i na kolejną noc schodzić do Schroniska Ornak. Widoczność kiepska, prószy śnieg. W takich warunkach krótko mówiąc bałem się wychodzić samotnie nawet na grań Ornaków.

Postanawiam przejść więc do Doliny Kościeliskiej z poznanym poprzedniego dnia Adamem. Wybieramy ścieżkę nad reglami. Nic się wielkiego po drodze nie wydarzyło, pogoda poprawiła o tyle, że przestało sypać.



Zastanawiałem się przez chwilę czy jest sens zostawać - jeżeli się nie wypogodzi, zapewne zbyt dużo nie zwojuję. Jednak to jeszcze był czas, gdzie szanowałem każdy wyjazd na południe i - warto czy nie  - zostaję. Po drodze do schroniska ułożył się plan na drugą część dnia – obejdę sobie dostępne jaskinie. W Ornaku dostałem pokój z trzema uzbrojonymi po zęby w sprzęt zimowy chłopakami z Warszawy. Mieli ze sobą nawet obszerny, ciężki katalog Petzla i dziabkę. Jakże przydatną w drodze na Ornaki, czy na Ciemniak! Widocznie lubią dźwigać.

Nie da się nie zauważyć, że nie są zbyt rozmowni (nawet pomiędzy sobą) więc szybko wyrzucam co niepotrzebne z plecaka i wracam do jaskiń.



Saturn i Ratusz

Na początek może Mylna. Sama jaskinia poprzedzona jest takimi "wnękami" w skałach.

Okno Pawlikowskiego

Warto się tutaj na chwilę zatrzymać, porozglądać, zanim zagłębi się w mroki Mylnej - tę historię już znacie:-)

Wejście do Jaskini Mylnej

Nieopodal wyjścia drogą powrotną z jaskimi jest szlak wiodący do Wąwozu Kraków.

Wąwóz Kraków

Robię po drodze parę zdjęć, ale po późniejszym oglądnięciu zdjęć Hemli z Wąwozu Kraków zrobionych latem stwierdzam, że zimą to miejsce nie jest nawet ładne. Przynajmniej do drabinki prowadzącej do Smoczej Jamy. Dalej nie poszedłem - usłyszałem gdzieś w górze huk spadających kamieni. Nie wiedziałem gdzie ich się spodziewać, czy lecą na mnie, czy 100 metrów ode mnie. Wróciłem tą samą dróżką.

Wąwóz Kraków

Wąwóz Kraków

Nie podobało mi się w Wąwozie Kraków, a te popodpierane o ściany kije jeszcze bardziej go szpecą. Muszę pójść tam jak będzie zielono:-)

Na koniec postanawiam odwiedzić jeszcze Jaskinię Raptawicką. Ponowne krótkie podejście dróżką z łańcuszkami. Chwila po skałkach

Podejście do Jaskini Raptawickiej

i jestem nad wejściem do jaskini. Trochę mnie to zaskoczyło, że schodzi się do niej w dół.

Jaskinia Raptawicka - drabina

I to po drabince:-)
Wewnątrz naszły mnie inne męczące myśli - czy gdzieś w kącie nie siedzi jakiś zwierz, który ma zamiar mnie mocno wystraszyć.
Takie rzeczy tylko w samotnych wędrówkach:-)

Jaskinia Raptawicka

Jaskinia Raptawicka mi się spodobała. Ma ogromną komnatę i parę zaułków. Spędziłem w niej troszkę czasu.

Jaskinia Raptawicka

Ze spadających z sufitu kropel utworzyły się na ziemi, proszę się nie śmiać, bardzo ciekawe „sople”:-)

Jaskinia Raptawicka



Połaziłem trochę po wszystkich kątach i opuszczam jaskinię.

Jaskinia Raptawicka

Najpierw próbuję bez użycia drabiny, tak pomyślałem, czy dałbym radę się wydostać gdyby nagle zabrakło żelastwa. Po kilku próbach skapitulowałem, ale jestem pewien, że to wyjście nie jest trudne:-)

Jaskinia Raptawicka

W drodze powrotnej chwila kontemplacji nad przypominającą Zadniego Mnicha turnią.

Bystra

I spojrzenie w kierunku Bystrej - być może jutro nie będzie w cale taki brzydki dzień.



Niespiesznie wracam do schroniska. Niespiesznie, bo jest bardzo blisko, a nie mam tam za bardzo co robić...
... ani z kim pogadać:)


Dzień 4
TRASA:
Schronisko Ornak -> Iwaniacka Przełęcz -> próba podejścia na Ornak -> Schronisko Ornak -> Dolina Kościeliska -> Przysłop Miętusi -> Przełęcz w Grzybowcu -> Dolina Strążyska -> Dolina ku Dziurze -> Dworzec PKP

Pogoda zdecydowanie gorsza niż w pierwsze dwa dni, ale chyba jest lepiej niż wczoraj. Nie pada, pochmurno i wieje. Dzisiaj też postanowiłem, że wracam wieczornym pociągiem do domu.

Zanim się jednak zabiorę za drogę powrotną, spróbuję się przejść na grań Ornaków – jedna z bardzo niewielu możliwości wypadowych w góry z tego schroniska. To jego duża wada.

Dzisiaj warunki śniegowe zupełnie inne niż te, z którymi zetknąłem się dwa i 3 dni temu. Widać świeżo nasypany śnieżek, ale nie jest tego za dużo – ślady nie są całkowicie zasypane.  Ponad godzinny spacer do Przełęczy Iwaniackiej bez kłopotów i bez przygód.

Iwaniacka Przełęcz

Widzę przysypane śniegiem dołki w kierunku Ornaków. Nikt dzisiaj tędy jeszcze nie dreptał. No nic, wedle mapy jest to kilka minut lasem, a później już tylko kosówka więc przynajmniej będę widział co się dzieje dookoła. Czy chmurzy, czy przejaśnia...

Las się rzeczywiście szybko kończy, a później szlak mocno stromieje w kierunku Suchego Wierchu Ornaczańskiego. Szybka myśl typu: czy tutaj nie grożą lawiny. Na mapce strzałki nie widzę, jest w żlebie obok, tuż przy szlaku, którym właśnie szedłem. Ale czy to lawiny kierują się strzałkami na mapach czy raczej strzałki pojawiają się tam, gdzie schodzą lawiny? No właśnie:-)

Czerwone Wierchy

Przewalają się chmurzyska, wieje wiatr dość mocny, nie wiem czy nie przygoni jakiejś śnieżycy. I bez opadów wiatr wznosi w górę sporo leżącego śniegu i zasypuje skutecznie ślady – powyżej lasu już ich nie widziałem. Szlakiem z resztą też na pewno nie idę, jest to jakaś wijąca się ścieżynka, a ja idę wręcz na wprost. Kopne to śnieżysko.



Po każdym kroku noga wpada mi po udo i nieco się zsuwam. Męczące. Dużo przeszkadza w marszu kosówka – jest przysypana śniegiem i postawienie nogi obok takiego krzaczka kończy się jej wpadnięciem aż po tyłek w zaspę. Podejście to nie jest długie, ale wymordowało mnie kompletnie.



Rozglądam się dookoła – nigdzie nie ma człowieka. Niech kogoś zobaczę, bo stracę odwagę, żeby iść dalej, nie znam gór zimą. Wiatr ślady zasypuje skutecznie. Doczłapałem się jakoś do widocznego z dołu grzbietu, za nim pojawił się kolejny. Pewnie w dobrych warunkach jest to 4-5 minut spaceru. W obecnych byłoby pewnie ze 20 minut. Byłoby, bo właśnie odpuściłem. Silny wiatr przesuwający śnieg, szybko przemieszczające się chmury, brak ludzkiej duszy w zasięgu wzroku (nikogo nie widziałem od opuszczenia schroniska) pokonały u mnie chęć wczłapania się na grań. Wracam. Najzwyczajniej w świecie boję się dalej iść.
I dobrze - zanim zszedłem zaczęło sypać.





Widziałem śnieg sypiący wczoraj, strasznie ogranicza widoczność, a nie chciałem się w takiej sytuacji znaleźć sam na grani, zbyt wielka ze mnie pierdoła:-) Powrót w stosunku do podchodzenia był około 10 razy szybszy. Do lasu w kilka minut, a podłaziłem tu ponad pół godziny. Wolnym krokiem wracam tym samym szlakiem, którym przyszedłem i myślę co dalej. Mam dużo czasu, a nie bardzo wiem dokąd iść, na pewno nie prosto na PKP.

Zejście z Iwaniackiej Przełęczy

O! Ludzie! Na Iwaniackiej spotykam dwóch chłopaków. Pytają jak droga na Ornaki. Teraz?! Nie mogli tu przyjść godzinę temu?:-( Ale cóż, mogę jeszcze z nimi pójść. Pytam o ich plan – robią kółko przez Starorobociański do Schroniska na Polanie Chochołowskiej. Łeee… Czyli od grani Ornaków i tak muszę sam wracać. Nie, nie idę. Odpuszczam.

W drodze powrotnej ułożył się plan. Przejdę się kawałek Ścieżką nad Reglami do doliny Strążyskiej. Szedłem już tamtędy, ale na pewno to dużo lepsze niż wracanie do Kir. W miejscu, z którego widać dobrze felerne podejście na grań Ornaków obserwuję wcześniej napotkanych.

Zejście z Iwaniackiej Przełęczy

Poszli po moich śladach, nie szlakiem, którego i tak nie widać. A może to i dobrze?



Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że spacerowanie po górach zimą wiąże się z częstym omijaniem szlaku.

Schronisko Ornak

Wracam do wylotu Doliny Kościeliskiej, a raczej do skrętu na czarny szlak biegnący wzdłuż  Tatr.



Tutaj już ludzi trochę jest. Dochodzę do Przysłopu Miętusiego. Mały poczęstunek z resztek tego, co mi zostało, parę zdjęć i spaceruję dalej.



Przysłop Miętusi

Wielka Polana – bardzo mi się podoba.

Wielka Polana Małołącka

Ślicznie wiszące skaliska nad jej otoczeniem - tutaj również musi być przepięknie latem.
Dalej ścieżką przez Przełęcz w Grzybowcu dotarłem do herbaciarni w Dolinie Strążyskiej. Tutaj postanowiłem zobaczyć Silkawicę - z racji, że to tylko kilka minut spaceru.

Siklawica

Wodospad całkowicie zalodzone - gdzieś tylko słychać pod skorupą lodu ściekającą wodę.

Polana Strążyska

Północne urwiska naszej najpopularniejszej góry robią ogromne wrażenie.

Północna Ściana Giewontu

Jest w okolicach jeszcze jedna turystycznie dostępna jaskinia. Postanowiłem, że i ją odwiedzę. Przyspieszyłem kroku, żeby wyrobić się jeszcze na pociąg. Wedle mapki 20 minut do góry od wylotu Doliny ku Dziurze. Wedle moich nóg około 15 minut i jestem przed jaskinią.

Dolina ku Dziurze

Przed jaskinią schodzącą stromo w dół, pełną jesiennych liści i z wiszącymi starymi ekspresami na suficie.

Dolina ku Dziurze

Tego się nie spodziewałem:-) Powęszyłem trochę to tu, to tam i wracam.



Tym razem już prosto na dworzec PKP. W pociągu natykam się na dwóch chłopaków z Warszawy, z którymi mijałem się w schronisku na Chochołowskiej, także znaczna część długiej jazdy do domu jeszcze w klimacie rozmów górskich. Cały wyjazd uważam za zdecydowanie udany. Pełen wrażeń, nowo odwiedzonych miejsc, z dozą walki z własnymi chęciami i możliwościami. Dużo się też w tym wyjeździe nauczyłem i dowiedziałem, że jeszcze więcej nauki przede mną. W pamięci pozostają takie obrazy:

Kominiarski Wierch

I jest coś jeszcze, coś, co sprawia, że ten wyjazd chyba będzie dla mnie długo wyjątkowy: nie sądzę, żebym już kiedykolwiek wybrał się w Tatry zimą bez raków:-)