sobota, 12 listopada 2016

Na końcu Lofotów i troszkę na końcu świata

Poprzednią opowieść o Lofotach zakończyliśmy na dotarciu do miejscowości o najkrótszej nazwie na świecie - Å.  Z racji, że zbliżał się koniec dnia, trzeba było znaleźć jakaś miejscówkę do spania. Na mapie mniej więcej oceniliśmy, gdzie możemy rozbić namiot.

W Å po minięciu paru domów skręciliśmy w dróżkę, gdzie teoretycznie miał się zaczynać szlak.



Praktycznie jakaś tam ścieżka była, a przy okazji natrafiliśmy w końcu na to, z czego też Lofoty słyną... A mianowicie tørrfisk. Z tym, że sezon suszenia dorszów kończy się na wiosnę. My załapaliśmy się jeszcze na głowy ;)



Fiołkami nie pachniały ;)

Przy głowach oczywiście nie chcieliśmy nocować ;) Szukaliśmy więc dalej.


Widoczki ładne, ale tutaj wieje.


Aż w końcu znaleźliśmy :) Nad Ågvatnet, z pięknym widoczkiem na okoliczne górki.

Po smaku wody upewniliśmy się, że Ågvatnet jest jeziorem. A więc wody nam nie zabraknie ;)


Byliśmy jakoś zmęczeni po tym dniu - chyba głównie przez temperaturę i słonko, które nam trochę przygrzało tego dnia :)

Nie byliśmy jednak jedynymi zainteresowanymi na nocleg w tej okolicy. Parędziesiąt metrów od nas rozbiły się dwie dziewczyny - jak oceniłam po języku - Szwedki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że dziewczyny postanowiły wykąpać się w lodowatej wodzie Ågvatnet... nago ;) Zakryłam więc Wojtkowi oczy :D A przy okazji zastanawiałam się, jak można było wskoczyć do wody w takiej temperaturze, do której ja mogłam co najwyżej zamoczyć nogi ;)

Słońce zaszło, zrobiło się chłodno i poszliśmy spać. Dobranoc :)


Chyba nie muszę wspominać o tym, że w nocy wiało? :D Poranek przywitał nas oczywiście piękną pogodą i bezwietrzną atmosferą.

Poranna kawa :)


Po śniadanku spakowaliśmy wszystkie zbędne klamoty i ruszyliśmy na wycieczkę w nieznane - przez nienazwaną przełęcz w stronę zatoki Stokkvika.

Nie wiedzieliśmy, co jest za tą przełęczą. Mieliśmy tylko narysowaną ścieżkę na mapie. Bez żadnych szczegółów, czasu przejścia.


W okolicy naszą uwagę najbardziej przykuwał szczyt Gjerdtinda. Z okienkiem w środku :)

Ścieżka była wyraźna, ale wkroczyliśmy też w krainę błota. Po tak suchym lecie to i tak pewnie było spoko - nie chcę wiedzieć w takim razie jakie błoto jest na tej ścieżce po normalnym, deszczowym lecie :)




Na ścieżce był też fragment z łańcuchami. Nawet dość stromy.


W razie upadku bach do wody. Lepiej jednak nie testować ;)

Dolina Ågdalen sprawiała wrażenie dziewiczej. Oprócz naszej nie było tam raczej żadnej innej ścieżki. I ogromu turystów też nie było :)

Z widoczkiem na szczyt Mannen
Obeszliśmy jezioro z drugiej strony. Była mini-plaża i oczywiście trochę błotka :)




Ågdalen
I zaczęliśmy podchodzić na przełęcz. Było dość stromo, słonko zaczęło palić.




Trochę podchodzenia stromą, usypującą się ścieżką i wchodzimy na przełęcz. Przełęcz bezimienna - na wysokości ok. 400 m. Naszym oczom pojawia się widoczek na drugą stronę. Czyli tam, gdzie idziemy :)



Zatoka Stokkvika (vik to po norwesku zatoka) i jezioro Stokkvikvatnet. W Norwegii nazwy jezior/szczytów/dolin są bardzo często logiczne.

W dół ścieżka co prawda była, ale strasznie wąska i stroma. Pierwsze metry w dół były wręcz trochę niebezpieczne... Uważnie dreptaliśmy w dół, bo niefajnie byłoby się stoczyć w dół doliny tutaj, na końcu świata ;)


Cały czas towarzyszy nam Gjerdtindan :) Możemy lepiej przyjrzeć się okienku. Szczyt wygląda na bardzo niedostępny. Jak z resztą wiele szczytów na Lofotach.


Ścieżka doprowadza nas na wysokość jeziora. Hm, coś nam się tutaj nie zgadza. Wg. mapy mieliśmy iść ścieżką ok. 100 metrów ponad jeziorem... Ale żadnego odgałęzienia w lewo nie było ;)

Szliśmy więc dalej, wąską i ledwie widoczną ścieżką wzdłuż jeziora.


Momentami poprowadzoną w średnio przyjemnym terenie ;) Ale jak coś to zawsze bach i do wody. Lepiej to niż w przepaść :D


Ścieżka kończyła się mniej więcej na wybrzeżu. I co, dokąd tak właściwie dotarliśmy? Na koniec świata, ponownie :)



Zwiedzamy więc zakątki zatoki Stokkvika.



Testowanie wody - oczywiście słona :)


Wybrzeże przypominało trochę wysypisko śmieci. Najwidoczniej morze wyrzuca tutaj wszystkie skarby, jakie ludzie w nim gubią ;)


Wzięliśmy się więc za szukanie skarbów. Trochę jak w Muminkach :)  Niestety, poza deskami, bojami i innymi śmierdzącymi rzeczami nic nie znajdujemy :)




W takich miejscach można stanąć i popatrzeć w bezkres... :)


Jest też czas na zapisanie myśli :)

Oprócz nas nie ma tutaj nikogo. Sądząc po stanie ścieżki, jaką dotarliśmy nad zatokę, to raczej nie cieszy się popularnością wśród turystów. No cóż - tak teoretycznie to nic tutaj nie ma :) Ale to nic może być cenniejsze niż mnóstwo innych atrakcji. Dla nas jest to magiczne miejsce.

Wiatr wywiewa nas z zatoki. Duje tu niesamowicie. Wracamy więc w stronę naszego namiotu, znowu na przełęcz.



I znowu ścieżką nad jeziorem. Patrzę w górę, na przełęcz. Ajć, podejście będzie strome ;)


Ale po drodze znajdujemy coś na osłodzenie drogi - borówki! Pychotka :)


Wtaczamy się znowu na przełęcz. Na przełęczy spotykamy turystów, którzy pytają nas o ścieżkę z mapy. Niestety muszę ich rozczarować i mówię, że my tej ścieżki nie znaleźliśmy. Ale może faktycznie gdzieś tam była...?


Po drodze zaliczamy jeszcze kąpiel w jeziorku i nabieramy zapasy wody do gotowania.

Nasz namiocik stoi tak jak stał. Zwijamy klamoty i ruszamy w stronę Å szukać kolejnego miejsca noclegowego.


Wychodzimy na najbliższy kopczyk, żeby lepiej rozejrzeć się po okolicy.


Jak widać, Å nie jest największe :)



Namierzamy miejsce, które wygląda na fajne. Schodzimy w dół, bez ścieżki.



I docieramy do przepięknego miejsca :) Zatoka za mną nazywa się Andstabbvika.


Jest sucho, równo, mięciutka trawka... Gdzie indziej już nie chcemy spać :)



Mamy też widok na inne wyspy Lofotów, Mosken i Værøya.



Schodzimy trochę bliżej morza - tutaj za to jest kraina szkierów. Ten bardziej wgłąb morza ma nawet nazwę - Amundsholmen.


Szkiery są bardzo ciekawe. Tętnią życiem ;) Oprócz tego, że do skał było przyklejonych mnóstwo muszelek z czymś a la małże, to w niektórych miejscach tworzyły się zbiorniki wodne pełne glonów, różnych roślinek i żyjątek. W jednym z nich znaleźliśmy malutkiego kraba, który mieszkał w muszelce :)




Do teraz mam w głowie dźwięk fal rozbijających się o skaliste wybrzeże. Tamto miejsce było magiczne :)


I miało sporo zakamarków ;) Tutaj Wojtek znalazł małą zatoczkę, którą szczególnie upodobały sobie meduzy. Niestety nie zrobiłam im zdjęcia ;)


Zmęczenie dało znać, że czas wracać do namiotu i się kłaść. W nocy miało przyjść załamanie pogody, więc trochę baliśmy się, że w środku nocy obudzą nas krople tłukące o tropik namiotu.


Ale o tym, jak się spało i jaki był kolejny poranek, opowiemy już w kolejnym wpisie :)