czwartek, 7 maja 2015

Tatrzańsko z Górskim Światem

Nie było łatwo. W sumie to pewnie mało brakowało, a zamiast jechać dobrze znaną nam zakopianką, jechalibyśmy gdzieś na zachód, na podbój Karkonoszy...
Ale jednak. Tatry zostały przegłosowane. Na przekór wszystkim nieszczęściom świata, po ostrej grypie żołądkowej w sobotę zawitaliśmy w mroźny, aczkolwiek słoneczny lutowy poranek w Kuźnicach.

TRASA I DZIEŃ:
Kuźnice -> Schronisko na Hali Kondratowej -> Kondracka Przełęcz -> Kopa Kondracka -> Kondracka Przełęcz -> Schronisko na Hali Kondratowej

Cel jakże szczytny. Forumowa impreza.
Poranek był przepiękny. Bezwzględne prognozy były jednogłośne w tym, że będzie to nasz jedyny taki piękny dzień... Trzeba było więc to wykorzystać.

Pierwszego forumowicza spotkaliśmy na Kalatówkach.



Zmierzamy jednak do schroniska, gdzie czeka reszta forumowiczów.
I schroniskowy kot chełpiący ciepłe promienie.



Chwila krzątaniny i ruszamy w kierunku Kondrackiej Przełęczy.



Na ten dzień załoga rozbiła się na trzy grupki zdobywające Świnicę, Giewont i Czerwone Wierchy.







Na przełęczy się rozdzielamy. Część wybiera się na Giewont, część odbija w lewo. My wybieramy tą drugą opcję - idziemy w kierunku Kopy Kondrackiej.





Niestety, po drodze okazuje się, że moje choróbsko chyba jednak było zaraźliwe. Wojtek czuje się kiepsko, więc kończymy naszą wycieczkę dzisiaj na Kopie Kondrackiej. Reszta postanowiła wejść dzisiaj na wierzchołki Czerwonym Wierchów...

... 7 razy:-)

Swoją drogą ciekawa odmiana - nie pamiętam kiedy ostatnio miałam widoki z Kopy Kondrackiej, chyba z dobre trzy lata temu...





Trochę szkoda, bo pogoda rzeczywiście piękna, a z drugiej strony mało szkoda - bo te widoki już (na szczęście) w pamięci mamy.



Nie ma co kusić losu. Napawamy się chwilkę widokami, reszta grupy wyrusza w stronę Małołączniaka, a my schodzimy w dół. Żeby całkiem nie tracić dnia, robimy sobie mały popasik na przełęczy.



Mamy za to okazję, żeby dokładniej przyjrzeć się Wielkiej Turni ;)



I zrobić brakujące nam do kolekcji zdjęcie pt. autorzy na przełęczy.

Popasik kończy się wraz z nadejściem forumowiczów z Giewontu. Wolnym krokiem razem schodzimy do schroniska.





Dzionek jest taki ładny, że aż nie chce się wierzyć, że w nocy ma przyjść porządne załamanie pogody. Łapiemy jeszcze ostatnie promienie słońca na werandzie w Kondratowej. Powoli schodzą się wszyscy forumowicze - zajmujemy dzisiaj całe schronisko ;)



Wieczorem w schronisku toczą się rozmowy, konkursy, opowieści dziwnej treści i takie tam...
Schronisko jest na tego typu spotkaniach najważniejszym punktem wycieczek - atmosfera na nich panująca jest warta wcześniejszego powrotu.
Zwłaszcza przy wczesnopanujących ciszach nocnych.


TRASA II DZIEŃ:
Schronisko na Hali Kondratowej -> Kalatówki -> Biała Przełęcz -> Czerwona Przełęcz -> Sarnia Skała -> Dolina Strążyska -> Przełęcz w Grzybowcu -> Dolina Małej Łąki -> Przysłop Miętusi -> Zahradziska -> Dolina Kościeliska -> Schronisko na Hali Ornak

Drugiego dnia budzą mnie jakieś rozmowy w pokoju. Dowiaduję się z nich, że prognozy się sprawdziły. Za oknem porządna śnieżyca.



W ramach rozgrzewki Wojtek bierze się za odśnieżanie werandy. W nagrodę dostaje od Pań ze schroniska piernik, który w sporej części dostaje się mi ;)

Przed wyruszeniem w dalszą drogę postanawiamy jeszcze zrobić wspólne zdjęcie, co do łatwych nie należy. Efekt, jak widać, poniżej.





I w drogę.

Na Kalatówkach grupa się rozdziela. Docelowo mamy dzisiaj dotrzeć do Ornaku. Część postanawia "skrócić" sobie wycieczkę przez Zakopane. Reszta śmiałków postanawia dotrzeć tam Ścieżką nad Reglami.



Hm, no cóż. Duży aparat siedzi głęboko w plecaku, bo do fotografowania bieli mały jest zupełnie wystarczający. Idziemy trochę przetartym szlakiem - chociaż biorąc pod uwagę intensywność opadów, być może, że całkiem niedawno ktoś tędy przechodził.



Jedyne widoki jakie możemy zobaczyć to skałki w okolicach Zameczków.

W bieli dochodzimy do Czerwonej Przełęczy. Stamtąd jak wiadomo jedyna słuszna droga wiedzie na Sarnią Skałę. Zarzekam się, że nie chce mi się tam iść po raz kolejny, ale w końcu mięknę - trzeba dochować tradycji ;)



Na górze bez zmian. O widokach na Giewont możemy co najwyżej opowiadać.

Następny punktem na naszej trasie jest Polana Strążyska i herbaciarnia.



Niestety, do herbaciarni nie udało nam się zmieścić :) Przez chwilę kusi nas zejście Doliną Strążyską w dół, ale na szczęście szybko z tego rezygnujemy i wyruszamy w stronę Przełęczy w Grzybowcu.

Na szlaku w dalszym ciągu pustki.





W okolicach Wielkiej Polany Małołąckiej przestajemy mieć nadzieję, że wszechogarniająca nas biel jeszcze się dzisiaj rozstąpi.





Na Przysłopie Miętusim Wojtek postanawia zaprzyjaźnić się ze śniegiem.



Nasypało go tyle, że lądowanie jest miękkie ;)

Na Przysłopie część naszej grupy zakłada rakiety. My takich nie mamy, więc pozostaje nam pływanie w śniegu. Całkiem fajna sprawa, a w tych warunkach rakiety też nie wiele pomagają...

W Kościeliskiej możemy w końcu odpocząć od masy śniegu. Ktoś był tak wspaniałomyślny i odśnieżył drogę ;)



Na Polanie Pisanej nawet coś niecoś nam się pokazuje... Zawsze coś ;)



Po drodze spotykamy naszego dobrodzieja. Mało brakuje, a przysypałaby mnie masa śniegu... Na szczęście zdążyłam uskoczyć w porę :)

Docieramy do schroniska, które okazuje się być puste. Większość forumowiczów postanowiła bowiem wybrać się nad Smreczyński Staw na dzikie harce. My korzystamy za to z gorącej wody pod prysznicem :)

Próbujemy ustalić jakoś plany na dzień następny, ale jakoś średnio nam to idzie. Bo jak sensownie zaplanować drogę z Ornaku do Roztoki? ;)

TRASA III DZIEŃ:
Dolina Kościeliska -> Jaskinia Raptawicka -> Kiry
Palenica Białczańska -> Rusinowa Polana -> Gęsia Szyja -> Palenica Białczańska -> Schronisko w Dolinie Roztoki



Rano oczywiście tradycyjnie - zdjęcie pamiątkowe, na którym to większość grupy zamierzała się skryć i jednocześnie wyglądać zza trzech jegomości z frontu.

I również tradycyjnie, dzielimy się znowu na małe grupki. My starą ekipą postanawiamy odwiedzić jaskinie. A, bo ja jeszcze nigdy nie byłam w Raptawickiej...



Oczywiście w dalszym ciągu sypie.



Dochodzimy pod jaskinię. Niestety, osobiście przegrywam walkę z zalodzoną skałą przy łańcuchach. Czyli, że Raptawicka musi jeszcze poczeka ;)



Więcej już tutaj nie zwojujemy, więc wracamy. Opuszczamy Tatry Zachodnie. Na odchodne wcinam jeszcze jedną z najlepszych szarlotek w życiu w Kirach.
Docieramy do naszego samochodu, który zostawiliśmy w Kirach. Tego też trzeba było odkopać.

Jakiś czas później okrojoną ekipą meldujemy się w Palenicy Białczańskiej. Jedyne, co nam przychodzi do głowy to Gęsia Szyja. No to w drogę...



Widoczność lepsza niż wczoraj, chociaż nadal bez szału.

Na Rusinowej daje się już odczuć trzydniowe opady śniegu. Zwłaszcza, że postanowiliśmy iść nieco na skróty grzęznąc przy okazji raz do kolan, raz po pas.





No i jesteśmy. Szczęśliwi zdobywcy Gęsiej Szyi.





I ich buty.

W śnieżnych pierzynach dotaczamy się z powrotem na Palenicę. Do Roztoki dochodzimy już po zmroku. Cytując jednego z forumowiczów, Ryśka, "trafiamy do raju". I to absolutnie nie jest przesada :) Ogrzewana podłoga, gorący prysznic i żarełko pierwsza klasa. Naprawdę, Roztoka to z pewnością najlepsze schronisko w Tatrach i najlepsze, w którym mieliśmy okazję nocować - w obawie o tłumy nie powiem za jaką cenę:)

Jak na poniedziałek przystało, w schronisku dość pusto.



Można więc szaleć ;)

Następnego dnia czeka nas tylko powrót do domu. Pakujemy się i opuszczamy raj zwany Roztoką.



Pogoda wiele się nie zmienia. Żegnamy się z ekipą i ruszamy w stronę Krakowa. Oby do następnej biby :)